piątek, 24.10.2025
czwartek, 23.10.2025

czasami, aby wprowadzić większe zmiany w życiu, trzeba zacząć od czegoś małego.

jak zmiana kierunku, pozycji w jakiej śpisz.– a więc cypiać do góry nogami, tak po prostu..

zacznij od tej małej rzeczy i zobacz, co się stanie.

a jeśli to nie zadziała, spróbuj czegoś innego.

zmienić kolejną małą rzecz.

coś w końcu pyknie.

coś kliknie.

i ta jedna mała rzecz stanie się wierzchołkiem góry lodowej, rozpocznie lawinę zmian.

spróbuj. ja próbuję. mała rzecz.

od dwóch dni czuję się trochę przytłoczony. nie wiem dokładnie dlaczego, ale chyba przez to, że ostatnio sporo się dzieje wokół mnie. i trudno mi się odnaleźć w tym wszystkim. albo po prostu sam to sobie robię – źle zarządzając moją energią.

mimo to, dziś postanowiłem wsiąść do autobusu i pojechać… gdziekolwiek. jeszcze nie wiem dokąd. po prostu siedzę i piszę: wpis, wspomnienie, dziennik. taka wolność zwykle mnie ładuje – daje mi energię, dobre wibracje, siłę do działania. wziąłem dwa banany i wyszedłem. z plecakiem (pełnym technologii). może pojadę do mojego klienta – i tak muszę się tam dziś albo jutro pojawić. może wpadnę do najbliższej kawiarni, żeby trochę popracować. a może po prostu będę jeździł pół dnia po warszawie i dopiero wtedy zdecyduję, co dalej.

właściwie to już czuję się lepiej 🙂 tak, ta #wolność, możliwe wybory – to już mnie uzdrawia. daje mi poczucie kontroli.

więc jadę dalej…

środa, 22.10.2025

siedzę sobie w kawiarni ( ), piszę, myślę, planuję resztę dnia, uspokajam się. wchodzi grupa młodych dziewczyn. siedem, może osiem dziewczynek, dziewięć może dziesięć lat. ach, robią tyle hałasu, biegają wszędzie, ekscytują się darmową szklanką wody, którą dostały od baristy, zamawiają małe kawy czy cokolwiek to było. i są wszędzie.

patrzę na nie i myślę – co za wspaniały sposób na spędzanie czasu z przyjaciółmi. i jestem zazdrosny. zazdrosny o tę energię, takie życie, o taką aktywność i szczęście. chciałabym tak żyć. cóż, właściwie staram się tak żyć. i żyję. z tym samym poziomem energii. jednak wokół mnie ciężko o ludzi w moim wieku, którzy też chcą tak żyć – którzy chcą się ruszać, śmiać, biegać jak te dziewczynki.

mam nadzieję, że gdy dorosną, nie zamienią się w tych zmęczonych, wyczerpanych, siedzących, wiecznie odpoczywających dorosłych. mentalnie, a może energetycznie, bliżej mi do tych dziesięcioletnich dziewczynek niż do „moich ludzi”.

nie mogę powiedzieć, że wczorajszy dzień był zły, ale był… trudny. jego pierwsza część – do 16:00 – była super. po prostu świetna. nawet dodałem swój nastrój do Apple Health jako „przyjemny” (to sporo). i ten dzień to była przyjemność. więc tak, pierwsza część była po prostu super.

Druga część… cóż, chyba właśnie „trudna” to właściwe słowo. zdecydowałem, że pojadę sobie na zajęcia z jazdy na rolkach, żeby trochę się poruszać przed lekcją tańca, jazzu. chciałem wczuć się w muzykę – uwielbiam jazdę przy muzyce, to dla mnie coś w rodzaju tańca na rolkach. po prostu to kocham. bywa, że takie zajęcia są mega przyjemne, choć zdarza się, że bywają i przygnębiające (osobna opowieść), ale wczoraj czułem, że to mogą być jedne z tych lepszych zajęć .

i tak było, dopóki (jadąć na zajęcia) nie zjechałem lekko z drogi i wtedy jedna z opon w moim samochodzie… uległa uszkodzeniu. no gumę złapałem. opona do wyrzucenia. no świetnie. okazało się oczywiście,, że mój samochód nie ma nawet zapasowej opony. to małe autko i po prostu nie ma na nią miejsca. mimo to zachowałem spokój. mobilna wulkanizacja przyjechała po godzienie. facet wymioenił mi oponę, a także naprawił drugą (okazało się, że i druga uszkodzona – na szczęście lekko). no i tak, niespodziewane wydatki.

udało mi się załapać na ostatnią część zajęć rolkowych – z dwóch godzin, zostało tylko 45 minut, ale ok. pobawiłem się trochę, oreagowałem, choć nie do końca wpadłem w ten mój ulubiony flow, ale ok. w drodze na zajęcia z jazzu, zacząłem czuć, że samochód prowadzi się… nieco inaczej. choć pewnie to tylko moja wyobraźnia, to jednak nie czułem się już w pełni komfortowo po naprawach opon.

a podczas lekcji jazzu… poczułem zmęczenie dniem. jazz i tak jest dla mnie dość trudny – szybkie ruchy, dużo spinania ciała, praca nad koordynacją – bywa, że po prostu nie nadążam.

dzisiaj, następnego ranka, cieszę się, że wczoraj – mimo problemów – nie zrobiłem nic głupiego po powrocie do domu. nie zpesułem dnia ciężką kolacją. tak na prawdę, nie zjadłem prawie nic. i bardzo dobrze. spałe, trochę dłużej niż zwykle, ale to jest ok. dziś czuję się dobrze, lepiej, niż mógłbym się tego spodziewać. wczoraj był trudny dzień, ale to już za mną. jestem w dobrym nastroju, dziś jest wiele do zrobienia, a życie toczy się dalej. cieszę się, że moje reakcje na takie dni są coraz lepsze.

wtorek, 21.10.2025

część pierwsza – emocje

obejrzałem ostatnio wideo na YouTubie – rozmowę dziennikarza Bogdana Rymanowskiego z profesor Grażyną Cichosz: „żywieniowy przekręt.” to długa, emocjonalna rozmowa o jedzeniu, zdrowiu i globalnym spisku, który – zdaniem profesor – „zatruwa” nas od dziesięcioleci.

nie planowałem oglądać tego materiału, raczej unikam takich rzeczy. ktoś, kogo znam, wysłał mi link, nie mówiąc wiele – po prostu dając do zrozumienia, że warto zobaczyć. właśnie to mnie zainteresowało – nie samo nagranie, ale to, jak łatwo nadal wierzymy w coś tylko dlatego, że brzmi to mocno, dramatycznie albo odważnie.

pani profesor mówi z ogromną pewnością – o maśle i margarynie, o cholesterolu, mięsie, soi, o tym, jak „oni” (korporacje, naukowcy – ktokolwiek pasuje do narracji) mieli nas wszystkich oszukać. nazywa współczesną dietetykę kłamstwem, naukę – oszustwem, a ludzi u władzy częścią wielkiego planu.

to emocjonalne, momentami teatralne.

i właśnie dlatego działa.

bo gdy ktoś mówi z takim gniewem – z mieszanką rozczarowania i jednocześnie pewności – to wydaje się prawdziwe, tak brzmi. gniew przekonuje. nauka rzadko. nauka jest powolna, ostrożna, pełna „być może” i „w niektórych przypadkach”. gniew jest prosty: okłamali nas, a ja znam prawdę.

jest w tym coś fascynującego – jak dobrze takie historie się sprzedają. obiecują coś, czego nauka nigdy nie daje – jasność.

bez niuansów, skomplikowania, złożoności, bez nudnych liczb. tylko bohaterowie i złoczyńcy. proste zasady: jedz jajka, nie soję. wierz w masło, nie w lekarzy.

i właśnie to lubimy. przecież łatwiej jest poczuć się zdradzonym niż przyznać, że coś robimy źle.

ja jednak wierzę w coś innego. nauka nie próbuje nas oszukać. naukowcy czasem się mylą, nawet w sumie dość często – ale to część procesu – nikt nie planuje zniszczyć świata. „nauka” się uczy, poprawiaja, idzie dalej. wolniej – tak, ale do przodu. świat nie jest doskonały, ale nie jest też jednym wielkim spiskiem.

i może właśnie o tym zapominamy: że prawdziwa manipulacja często przychodzi od tych, którzy twierdzą, że z manipulacją walczą.

najgłośniejsi „poszukiwacze prawdy” są zazwyczaj świetnymi narratorami, którzy grają na strachu, nostalgii, złości. brzmią odważnie, ale są uzależnieni od konfliktu. to właśnie napędza ich narrację.

nauka działa za to po cichu, powoli, bez sloganów, dramatów – i często przegrywa w grze o uwagę.

nie piszę tego, żeby atakować panią profesor z materiału wideo. piszę to, ponieważ widzę, jak szybko takie historie się rozchodzą – i jak rzadko zatrzymujemy się, żeby je przemyśleć, zanim w nie uwierzymy.

a może jednak… wcale nie ma żadnego wielkiego spisku? może po prostu strach sprzedaje się lepiej niż cierpliwość?

część druga – fakty

po obejrzeniu tego wywiadu, rozmowy, nie mogłem tak po prostu zostawić tematów w niej poruszanych. chciałem wiedzieć, co z tego jest prawdą, a co nie – głownie dla siebie, w końcu skupiam się tak mocno na zdrowym życiu.

więc postanowiłem sprawdzić każdą główną tezę profesor Cichosz, krok po kroku.

żeby to zrobić, skorzystałem z pomocy ai – mojego asystenta, stefana (chatgpt) – który pomógł mi przeszukiwać bazy naukowe, raporty WHO i EFSA oraz różne publikacje naukowe. razem stworzyliśmy tę drugą część – przejrzyste, oparte na faktach podsumowanie tego, co jest prawdziwe, a co tylko „dobrze” brzmi. i wcale nie chodzi o to, by wykazać, że ktoś ma rację, a ktoś inny nie. chodzi o to, żeby pokazać co jest prawdą, a co tylko graniem na emocjach, jak wygląda prawdziwa wiedza, kiedy zdejmie się z niej całą otoczkę emocji.

1. tłuszcze zwierzęce i oleje roślinne

Współczesne badania nie potwierdzają, że tłuszcze zwierzęce są „zdrowsze”, ani że oleje roślinne są rakotwórcze. Duże metaanalizy (Harvard School of Public Health, 2020–2023) pokazują, że zastąpienie tłuszczów nasyconych olejami roślinnymi nienasyconymi zmniejsza ryzyko chorób serca o 10–25%. Jedynym naprawdę szkodliwym tłuszczem były przemysłowe tłuszcze trans – stosowane kiedyś w margarynach – dziś zakazane w UE i USA.

Wniosek: jej krytyka była kiedyś częściowo uzasadniona, ale dziś nie ma już pokrycia w rzeczywistości.

2. cholesterol i choroby serca

Cholesterol w diecie ma mniejsze znaczenie, niż sądzono, ale LDL-cholesterol i tłuszcze nasycone wciąż mają kluczowy związek z rozwojem miażdżycy. WHO i American Heart Association jasno mówią: im niższe LDL, tym mniejsze ryzyko. Wyniki badań z ostatnich lat (2019–2024) potwierdzają, że redukcja LDL – niezależnie od sposobu – obniża ryzyko zawału i udaru.

Wniosek: „przekręt cholesterolowy” to mit. nauka go wyeliminowała.

3. soja i GMO

Badania ostatnich 20 lat (WHO, EFSA, FDA) potwierdzają, że soja GMO jest bezpieczna dla ludzi i zwierząt. Nie ma dowodów, że powoduje choroby autoimmunologiczne, Hashimoto czy zaburzenia hormonalne. Wręcz przeciwnie – umiarkowane spożycie soi może obniżać poziom LDL i wspierać zdrowie kobiet w okresie menopauzy.

Wniosek: demonizowanie soi i GMO to mit bez naukowego uzasadnienia.

4. aspartam i glutaminian sodu

Te składniki przebadano setki razy.

  • Aspartam: EFSA (2023) i WHO (2024) potwierdziły jego bezpieczeństwo w normalnych ilościach.
  • Glutaminian sodu (MSG): nie przenika bariery krew–mózg i nie powoduje uszkodzeń neurologicznych w dawkach spożywczych.

Choć nie jestem – i nie będę – zwolennikiem żadnego z tych związków, to jednak muszę przyznać, że badania, które zobaczyłem lekko mnie uspokoiły.

Wniosek: lęk przed „chemią” w tym przypadku to strach, nie fakt.

5. „Tyjemy od insuliny, nie od kalorii”

To zdanie brzmi dobrze, ale jest sporym uproszczeniem. Tycie zawsze wynika z nadwyżki kalorycznej – niezależnie od hormonów, i temu ciężko zaprzeczyć. Insulina wpływa na sposób magazynowania energii, ale nie zmienia praw fizyki. Diety niskowęglowodanowe działają, bo zwiększają uczucie sytości – nie dlatego, że „kalorie się nie liczą.”

Wniosek: półprawda ubrana w chwytliwe hasło.

6. jodan potasu w soli

Od dziesięcioleci stosowany w celu zapobiegania niedoborom jodu – bezpieczny, przebadany, skuteczny. WHO i EFSA nie znajdują żadnych dowodów, że działa prozapalnie lub toksycznie w ilościach używanych w żywności.

Wniosek: mit. jodan potasu nie jest tak szkodliwy, jak to zostało przedstawione.

7. dieta wysokobiałkowa

Dla zdrowych dorosłych osób, 30–35% energii z białka jest bezpieczne i może pomóc w utrzymaniu masy mięśniowej oraz sytości. Nie jest jednak uniwersalnym rozwiązaniem. Osoby z chorobami nerek czy dną moczanową powinny zachować ostrożność.

Wniosek: dobre narzędzie w konkretnych sytuacjach, ale nie dla wszystkich.

na koniec

nauka nie mówi językiem tabloidów. nie krzyczy, nie upraszcza, nie gra na emocjach. działa powoli, sprawdza (również siebie), czasem się myli – ale zawsze próbuje zbliżyć do prawdy. w podstawie nauki leży prawda. więc tak – masło jest ok, ale nie jest święte. soja też, ale daleko jej do bycia magicznym (za jaki była kiedyś uważana).

może więc największy „przekręt” wcale nie tkwi w jedzeniu, tylko w ludziach, którzy obiecują nam prostą prawdę. która z prawdą niestety niewiele ma wspólnego.

chciałbym zrezygnować ze i wrócić do . i mam sporo ku temu powodów. ale jest jedna drobna funkcja, która trzyma mnie przy Spotify – inteligentne odtwarzanie losowe. dzięki niej nowe, spotify dodaje do moich aktualnie słuchanych playlist nowe, polecane utwory. wybrane na bazie tego, co aktualnie słucham, więc co kilka utworów słyszę coś nowego. uwielbiam to. mała, ale genialna funkcja. jeśli kiedykolwiek doda coś podobnego, natychmiast się przełączam.

poniedziałek, 20.10.2025

powoli zaczynam restartowanie mojego życia. i nie jest to łatwe, ponieważ restartuję się w języku angielskim. muszę przestawić wszystko, co wiem, na ten nowy język – mój dziennik, notatki, nawet to, co jem. i jest to mega dziwne, ponieważ nigdy wcześniej nie używałem angielskich nazw posiłków. nie znam nazw posiłków, nie wiem jak nazywa się to, co jem, ale dzięki Stefanowi (AI) uczę się. wrzucam zdjęcie mojego śniadania, opowiadam o nim. krok po kroku zaczynam opisywać moje dni po angielsku.

mam nadzieję, że za kilka dni będę sprawniej opisywał moje posiłki – nie tylko dla siebie, ale dla całego systemu, który śledzi moje życie. przygotowuję też mój cały blog pod tą nową wersję mnie, pod angielską wersję mnie. zdecydowałem, że chcę zmigrować wszystko na język angielski – bez usuwania polskiej części. właściwie od kilku dni piszę w dwóch językach i muszę przyznać, że jest to całkiem ok.

całe przestawienie na język angielski muszę robić mega powoli i super ostrożnie – blog nie była wcześniej dwujęzyczny, nie jest do tego przygotowany. muszę przepisywać niektóre części, zmieniać nazwy, ualizować domeny, tagi, kategorie… wszystko. i jest tego całkiem sporo. dużo pracy, ale nie spieszy mi się. chyba.

totalnie nie podoba mi się wygląd nowego Pro – zwłaszcza w tym pomarańczowym kolorze. ale iPhone Air? Wspaniały design, wykonanie, kolory. nawet mniejsza bateria mi nie przeszkadza – całkowicie bym w niego poszedł… ale brakuje jednej rzeczy. i dla mnie jest to coś, z czego nie jestem w stanie zrezygnować: aparat makro.

używam go codziennie w moim iPhonie 15 Pro Max. głównie do robienia zdjęć etykiet jedzenia z bliska, z odległości zaledwie kilku centymetrów. bez tej funkcji Air po prostu nie nadaje się dla mnie. i to jest trochę bardzo do bani. , popraw Aira to w przyszłym roku.

czy znowu zmieniłem nazwę bloga? być może. czy tym razem jest prawdziwie zarąbista? o tak 😎 nie mam pojęcia jak mogłam na to nie wpaść na samym początku. moja nowa (ale trochę stara) marka, filozofia, motto, znak, nazwa: wasfine.life

ostatnie tygodnie głupoty sprawiły, że znowu trochę przytyłem – jakiś kilogram, może półtora ponad to, co chciałem utrzymać. więc wróciłem powyżej 73 kg. i to właściwie dobrze – coś w rodzaju kary za ostatnie dni, wyraźny sygnał, że ten bullshit się skończył. bo dopóki byłem poniżej 73 kg, czułem, że mam jeszcze czas, że mogę sobie pozwolić na luz, „zabawę”, że mogę sobie trochę odpuścić. miałem to głupie poczucie bezkarności. ale dziś, kiedy zobaczyłem 73,8 kg, dotarło do mnie – stary, przegiąłeś. to był jasny sygnał, że muszę wrócić do pracy nad sobą, tej restrykcyjnej, mądrej, skutecznej.koniec głupich decyzji, chaosu, braku organizacji. i – co dziwne (a może nie?) – tego właśnie potrzebowałem. bo dzięki takiej „porażce” podjąłem kilka decyzji, zmieniłem parę rzeczy – takich, których pewnie bym nie zmienił, gdybym się nie pogubił. więc coś na kolejny krok do przodu. na szczęście zaczynam z poziomu +1,5 kg, a nie +4 kg, więc nie jest źle. i wiem, że teraz mam szansę w końcu zejść poniżej 70 kg – czego nie udało mi się zrobić wcześniej. teraz, z nową energią, nowymi narzędziami, nowymi myślami, mogę to osiągnąć. to są zalety moich porażek. szkoda tylko, że mój rozwój tak często zaczyna się od błędów… ale może właśnie tak rosnę – przez potknięcia, świadomość i chęć, żeby znowu wstać.

właśnie zdałem sobie sprawę, że bycie miłym, szczęśliwym, cierpliwym – to tak naprawdę kwestia inteligencji, bycia mądrym. trzeba być wystarczająco mądryness, by kontrolować siebie, nie pozwolić, by cokolwiek wytrąciło cię z równowagi i właściwie wykorzystywać swoje emocje. trzeba być właścicielem swojego ciała, swoich emocji, swoich działań – a nie ich ofiarą czy niewolnikiem. głębokie. warte przemyślenia.i zapisania.

niedziela, 19.10.2025

Czuję, jakbym w końcu wypełnił wszystkie oczekiwania wszystkiego, co mnie otacza — wszystkiego, co nie jest zgodne z moimi najważniejszymi celami w życiu.

kiedyś powiedziałabym, że w ostatnich dniach „spieprzyłem”. myślę, że dziś mogę powiedzieć, że przeszedłem już przez wszystkie możliwe złe wybory. jest niedziela wieczór i czuję, że mam dość – że zrobiłem już wszystko źle, co musiałem – i że jestem gotów wrócić na właściwą drogę. wymagającą, ale właściwą.

mam nadzieję, że ten moment stanie się dla mnie nowym początkiem, iskrą, która zapali coś dużego i prawdziwego w mojej codzienności. Mam nadzieję, że jutro rano obudzę się i nie tylko to wszystko zapamiętam, ale też poczuję silną motywację, by tak właśnie działać.

dużym wyzwaniem przy przejściu na język angielski z moim blogiem, jest przetłumaczenie tego co już tam mam. i nie chodzi jedynie o treści, wpisy, dane, ale też o samą stronę, motyw, wtyczki (których przecież narobiłem całkiem sporo). jednym z pierwszych i ważniejszych kroków – który pozwoli mi sprawnie dodawać nowe wpisy po angielsku – jest przetłumaczenie na jeżyk angielski tagów, które przez lata dodawałem do mojego bloga. staram się pilnować porządku w tagach, ale i tak uzbierało się ich kilkaset. tłumaczenie jeden po drugim? oj nie, podziękuję. wpadłem więc na pomysł, aby zrobić to w miarę automatycznie – i ten wpis ma mi to umożliwić. dodałem do niego wszystkie tagi, jakie mam wstawione na mojego bloga, następnie – jeżeli po kliknięciu „opublikuj” cała moja strona się nie wysypie – wyślę ten wpis do tuopmatycpznego tłumaczenia przez wpml. w ten sposób powinna powstać angielska wersja każdego z moich tagów. ciekawe, czy to się uda 🙂

poniedziałek, 13.10.2025

mój blog pozostanie przez jakiś czas polsko-angielski. a więc dojdzie wersja angielska, a polska nie zniknie. będę sukcesywnie tłumaczył wszystkie stare treści (z pomocą systemu WPML), a następnie… no, jeszcze nie zdecydowałem, czy fajne.life zniknie. chciałbym, żeby zniknęło, ponieważ to będzie oznaczało, że moja „migracja” się udała i – co ważniejsze – miała sens.

tworzę mój angielski świat w internecie. fajne.life zamieni się w TomorrowWasFine.life – uwielbiam tę nową nazwę, ależ będę się nią bawił:) adres już zabookowany i działa. kilka dni debatowaliśmy z Stefanem (który staje się powoli Steven’em) nad nową nazwą. muszę przyznać, że udało mi się opracować trzy mega fajne brandy (i z 15 nieco mniej mi pasujących, choć równie magicznych), dość długo zastanawiałem się co wybrać. wybrałem ten, który najmocniej ze mną zarezonował, ale – co nie było zamierzone – jest najbliższy mojej dotychczasowej nazwie fajne.life.