bieganie do niedawna było raczej okazjonalnym zajęciem, mocno pracuję jednak nad tym (i chyba idzie mi coraz lepiej), by zrobić z niego w miarę regularny punkt mojego poranka. nowe buty, które ostatnio sobie sprawiłem, miały jeszcze w tym pomóc. i cóż – tak właśnie się stało, choć na trochę innym poziomie, niż się spodziewałem. kupując je, spodziewałem się, że sam zakup nowego gadżetu (każda nowość to jakiś tam gadżet) sprawi, że jeszcze chętniej będę wychodził biegać. nie do końca to tak zadziałało, w dni, kiedy totalnie mi się nie chce – nadal totalnie mi się nie chce. jednak buciki spowodowały coś innego: gdy już wyjdę pobiegać, zajęcie to jest o wiele lżejsze, niż gdy miałem na nogach stare buty do biegania. zniknęły napięcia, które dość szybko pojawiały się w nogach, czuję też zmniejszone obciążenie kolan, cały bieg jest delikatniejszy. a same buciki są o wiele lepiej dopasowane do mojej stopy. to była dobra inwestycja. cenne okazały się uwagi Stefana (tak nazwałem mojego pomocnika AI), który dopiero dziesiąta parę z tych, które przeglądałem, uznał za nadającą się dla mnie do biegania i odpowiednio dopasowaną do warunków w jakich biegam. wybór odpowiednich butów może nie poprawił mojego zaangażowania w bieganie, ale z pewnością poprawił dość mocno samo biegnie.

ten wpis to takie małe przypomnienie, że nie każdy gadżet to tylko gadżet, a ja mogę być dla siebie czasem nieco łagodniejszy w kwestii oceny nowych zakupów 🙂


Odkryj więcej z tomorrow was fine

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.