Dziś rano wpadłem w taki stan… rozmyślań. O tym całym „fajnym życiu”, o którym opowiadam, pokazuję, które przeżywam i którym – mniej lub bardziej – staram się zarażać. Bo przecież można wszystko pozmieniać. Naprawić. Ułożyć od nowa. Można żyć zdrowo, być szczęśliwym, podnieść swoje ciało i umysł z kolan. Można. Kurna, wystarczy chcieć. Bardzo chcieć.

Część ludzi, których spotykam, daje się temu porwać. Przynajmniej trochę – tyle, by zakwestionować swoją dotychczasową codzienność. Zaczynają próbować, stawiać pierwsze kroki na tej trudnej drodze. Po cichu mówią: „wierzę ci, spróbuję”. I to jest mega fajna sprawa. Ale spora część – niestety – reaguje inaczej. „Niemożliwe”, „to nie dla mnie”, „już za późno”. I to jest dla mnie chyba najcięższe. Bo ja wiem – ja to naprawdę wiem – że jedyne, co stoi im na przeszkodzie, to własne przekonania. Tylko to.

Z mojej perspektywy wygląda to trochę jak w tym starym powiedzeniu: „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Tylko że tu nie chodzi o uszy, tylko o całe życie.

I właśnie to boli najbardziej. Ta świadomość, że ich największą przeszkodą jest myśl, że „się nie da”. Że ta myśl odbiera im szansę na długość, sprawność, radość. To jest dla mnie definicja największej przegranej. Jedynej przegranej.

Bo najgorzej jest przestać wierzyć, że jeszcze można. Że jeszcze się da. Że jeszcze jest sens spróbować.

Kiedyś – Ci „niektórzy” – zatrzymają się i dopiero wtedy, gdy faktycznie będzie już za późno, być może pomyślą: „mogło być inaczej”. I ta świadomość będzie bolała bardziej niż wszystkie ćwiczenia, pot, wyrzeczenia i próby, które dzisiaj wydają im się nie do udźwignięcia.

Dla mnie to ogromny smutek – ponieważ ich porażkę muszę przeżywać tu i teraz. Świadomość w tym przypadku staje się ogromnym ciężarem.


Odkryj więcej z tomorrow was fine

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.