Maraton, którego nie będzie
widziałem, że w Multikinie szykuje się niedługo maraton „Władcy Pierścieni”.
Dwanaście godzin na sali kinowej. Epickie widowisko, wielki ekran, rozmach, obrazy, które wciągają i nie puszczają. Kiedyś byłbym zachwycony. Grzesiek sprzed lat kupiłby bilet bez chwili wahania, sprawdził repertuar, ceny, zarezerwował miejsce i szykował się na wielką przygodę.
Ale dzisiejszy Grzesiek… już nie.
Bo dwanaście godzin to nie tylko maraton filmowy. To dwanaście godzin siedzenia w jednej, nienaturalnej pozycji. Dwanaście godzin życia, których nie da się odzyskać. Dwanaście godzin pompowania emocji w sztuczny sposób – popcorn, nachos, cola, a na koniec pewnie jeszcze fast food. I kiedy to sobie poukładałem w głowie, nagle zrobiło mi się przykro.
Nie dlatego, że nie pójdę. Nie dlatego, że coś mnie omija.
Zrobiło mi się przykro na myśl o pełnej sali ludzi, którzy właśnie w ten sposób dołożą kolejną małą cegiełkę do bycia niesprawnym na starość.
Tak po ludzku szkoda.
Choć wiem, że nie dla każdego to codzienność, to dla wielu niestety właśnie tak. I mam świadomość, że czasem jeszcze ulegam pokusom, że zdarza mi się wybrać łatwe emocje, szybkie rozwiązania. Ale moja głowa coraz częściej już wie, że to nie jest nic atrakcyjnego.
Głowę też trzeba trenować. Trenujcie ją.
Odkryj więcej z tomorrow was fine
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.