Tag: wygoda

czwartek, 25.09.2025

trafiłem na materiał, który dobrze pasuje do mojej drogi i do tego, co próbuję zmieniać w moim życiu. zwykła rozmowa i zwykłe zakupy, a jednak pełne treści, które warto mieć pod ręką – bo przypominają o prostych rzeczach, które decydują o tym, co naprawdę jemy. materiał obowiązkowy do obejrzenia.

bywa tak, że człowiek wpada w wir codzienności i nie zauważa, jak wiele jego wyborów jedzeniowych to tylko wygoda w ładnym opakowaniu. podczas rozmowy pawła albrechta z jakubem mauriczem zobaczyłem dokładnie to – zwyczajne produkty z półek, te najbardziej codzienne, które niby niczym nie różnią się od siebie, a jednak kryją w sobie mechanizmy, przez które tak często karmimy się w zły sposób. szybciej, taniej, łatwiej. a potem to „szybciej, taniej, łatwiej” zamienia się w otyłość, choroby, depresję i cichy smutek codzienności.

nie była to dla mnie sensacja, raczej kolejny krok w uczeniu się właściwego żywienia. od dawna wiem, że marketing ma swoje sztuczki, ale tu dostałem gotowe przykłady, które jeszcze mocniej otwierają oczy. jogurty „fit”, które na froncie obiecują zdrowie, a z tyłu mają syropy, słodziki i aromaty. płatki śniadaniowe, które w nazwie podkreślają pełne ziarno, a po przeliczeniu okazują się zwykłym deserem. batoniki białkowe, które poza proteiną wpychają w nas błonnik z tuby i sztuczne słodziki. sosy, które w jednej łyżce mają sól na pół dnia. wędliny, które na etykiecie są „bez konserwantów”, a w składzie lądują ekstrakty roślinne będące naturalnym źródłem tych samych związków, od których niby chcemy uciec.

to właśnie te przykłady przypominają mi, że chemia w jedzeniu to nie tylko dodatki „dla smaku”. to mechanizm uzależniający. smaki napompowane do granic, tak intensywne, że naturalne jabłko czy zwykła marchew wydają się blade. to jest walka, którą prowadzę – powolne odzwyczajanie się od nałogu, który uderza codziennie, kilka razy dziennie, a jego ofiarą jest niemal każdy.

moje kubki smakowe zaczynają się zmieniać. coraz częściej czuję, że naturalne jedzenie smakuje lepiej. ale droga jest trudna, bo wciąż kuszą mnie te produkty, które obiecują „fit”, „bez cukru”, „light”. prawda jest jednak taka, że jedzenie pełne chemii to nałóg – i to jeden z najgorszych. bo nie potrzebujesz specjalnej okazji, żeby po nie sięgnąć. ono stoi na półce w każdym sklepie i udaje normalność.

film potwierdził tylko, że jestem na dobrej drodze. nie działam impulsywnie – moje czyszczenie kuchni od dawna jest zaplanowane. to część większej układanki: lepszego żywienia, walki z niewłaściwymi nawykami i uczenia się na nowo smaku.

jedzenie nie jest tylko paliwem. jest też kulturą, schematem, przyzwyczajeniem, które łatwo może stać się więzieniem. a ja nie chcę być więźniem chemii i wygody. chcę budować coś odwrotnego – życie oparte na prostych wyborach, na jedzeniu, które nie jest napompowane, a mimo to daje siłę.

i właśnie dlatego ten materiał ląduje u mnie w kategorii „skarby”. bo jest jednocześnie przypomnieniem i ściągą: patrz na skład, nie na front opakowania. porównuj wartości w przeliczeniu na 100 g, nie na „porcję”. uważaj na słodziki, na oleje utwardzane, na marketingowe obietnice. wybieraj produkty z krótkim, zrozumiałym składem. bo to, co wydaje się oczywiste, w praktyce okazuje się codzienną pułapką.

Koniec roku 2025
Koniec

niedziela, 29.10.2023

Od kilku lat słowo „zmiana” często mi towarzyszy. Wiele razy opowiadałem tu, na blogu, na przykład o rzuceniu palenia. Ta jedna z pierwszych większych zmian, była wręcz punktem zwrotnym w moim życiu. Jednak przez te wszystkie lata, było ich sporo więcej: od założenia bloga, po rozpoczęcie podcastu, zmiany diety, treningi, lekcje tańca, po wiele, wiele innych.

Pomyślałem jednak dzisiaj o innej zmianie, o której chciałbym wspomnieć. Zmianie, która może wydawać się nieco mniejsza, ale z pewnością jest mocno symboliczna, i bardzo pomaga mi w codziennym podejmowaniu właściwych decyzji. A chodzi o… zakup biletu miesięcznego na komunikację miejską.

Samochód przez lata był powodem tego, że niewiele się ruszałem. Albo raczej pretekstem do tego, by się nie ruszać. Woził mnie wszędzie skurczybyk, powoli, ale bardzo skutecznie przyczyniając się do zakodowania w mojej głowie tej destrukcyjnej myśli: nogi służą człowiekowi do wciskania pedałów w samochodzie, nie do poruszania się.

Proces zmiany takiego myślenie trwał u mnie dość długo. W końcu podróżowanie – a używając tego słowa mam również na myśli wyprawy na zakupy czy do pracy – wydaje się tak bardzo łatwiejsze, gdy mamy do dyspozycji cztery kółka, które nas wszędzie zawiozą.

Właśnie… „łatwiejsze”. Chyba lepiej nawet użyć słowa „wygodniejsze”.

Jednak wygoda nie zawsze idzie w parze z korzyściami dla zdrowia i samopoczucia. Zrozumienie tego faktu i decyzja o zakupie (pierwszego) biletu miesięcznego na komunikację miejską, zamiast codziennego korzystania z samochodu, stało się dla mnie symbolem zmiany podejścia do własnego zdrowia i aktywności fizycznej. Ta drobna zmiana jednocześnie otworzyła i uwolniła moją głowę od wielu ograniczeń. Sam fakt, że nie ciągnę za sobą tego bagażu, który trzeba zaparkować, zatankować, umyć, odkurzyć, o który trzeba się martwić, by nie został zarysowany, uszkodzony, czy skradziony – jest mocno uwalniający. Jednak korzyści jest tak wiele więcej:

  • Oszczędność pieniędzy. Nie namawiam Cię do całkowitego pozbycia się samochodu (choć nie twierdzę, że nie byłoby to ciekawym rozwiązaniem), to zachęcam do ograniczenia jego używania. Choć nie znikają wtedy koszty związane z ubezpieczeniem, czy przeglądami, ale zdecydowanie rzadziej wymagane jest tankowanie, naprawy, czy koszty parkowania „na mieście”. A z czasem może się również okazać, że tak naprawdę nie wcale nie potrzeba mieć aż tak drogiego samochodu, jaki do tej pory wydawało się, że warto mieć.
  • Podróżowanie komunikacją miejską przyczynia się do zmniejszenia ruchu na drogach i emisji spalin, co poprawia jakość powietrza i zmniejsza negatywny wpływ na środowisko. Tak, wiem, oklepany slogan. Ale to przecież najświętsza prawda! 🙂
  • Podróżowanie komunikacją miejską to również… czas! Poruszanie się autobusem daje możliwość lepszego wykorzystania go w trakcie podróżowania. Nie trzeba skupiać się na prowadzeniu samochodu, a można np. poczytać książkę, porozmawiać przez telefon ze znajomymi lub po prostu odpocząć. Jadąc autobusem do pracy, znajdziesz czas na przeczytanie książki, posłuchanie audiobooka lub podcastu. Możesz ten czas wykorzystać również na skupieniu i pracy ze swoim oddechem – a więc medytacji. Przyda się tu zakup małego, lekkiego czytnika ebooków, i można jeździć!
  • Jeżeli mieszkasz w dużym mieście – choć pewnie tych mniejszych również to może dotyczyć – komunikacja miejska pomoże Ci również odzyskać część ulatującego czasu za sprawą o wiele szybszego podróżowania po zatłoczonych ulicach. Autobusy mają często wydzielone specjalne pasy, by nie stały w korkach, metro i tramwaje również nie muszą stać w długich, miejskich kolejkach. Choć może, gdy tylko polubisz się z komunikacją miejską – tak jak mnie – zawsze będzie Ci brakowało jeszcze kilku dodatkowych minut podróż na dokończenie kolejnego rozdziału książki, czy odcinka ulubionego podcastu.
  • Być może wydaje Ci się, że podróżowanie własnym samochodem jest pewniejszym rozwiązaniem – w końcu można wszędzie dojechać, nawet gdy coś się akurat dzieje na drodze. Na przykład, w przypadku ogromnych opadów śniegu, deszczu, czy jakiegoś rodzaju awarii. Pamiętaj jednak, że samochody poruszają się po tych samochodach (zalanych, czy zasypanych) drogach, co autobusy. Jednak różnica polega na tym, że w przypadku gdy coś się wydarzy, raczej nie porzucisz swojego samochodu, by kontynuować swoją podróż w inny sposób, co oczywiście możesz zrobić podróżując komunikacją miejską. Gdy coś się zepsuje, to nie będzie na Twojej głowie. To ograniczenie odpowiedzialności było właśnie jedną z najbardziej uwalniających elementów zmiany, którą dziś opisuję.
  • I na koniec, krótko, podróżowanie autobusami jest bezpieczniejsze, niż swoim własnym samochodem. Z danych statystycznych wynika, że w Polsce więcej osób ginie w wypadkach samochodowych niż w wypadkach komunikacji miejskiej.

Wszystko to składa się na obraz zmiany, która, choć na pierwszy rzut ok może wydawać się malutka, w rzeczywistości przynosi ogrom korzyści. Nie tylko pomogła mi w codziennych, drobnych sprawach, ale stała się także motorem dla zmiany globalnej – przyczyniła się do poprawy mojego zdrowia oraz… samopoczucia. Zrozumiałem, że wygoda nie zawsze jest najważniejsza, a i częściej myliłem ją ze zwykłym przyzwyczajeniem.

Zmiana te stała się również kolejnym symbolem innego podejścia do życia, deklaracją – czymś, co jest niezwykłe istotne w budowaniu. Była kolejną cegiełką w zwiększaniu aktywności fizycznej w moim życiu. Otworzyła moją głowę na nowe możliwości i uwolniła od wielu ograniczeń. Zmiana, która pomogła mi zrozumieć, że czasami warto zrobić coś, co na początku może wydawać się nielogiczne, trudne, może niewygodne, ale w dłuższej perspektywie nabiera ogromnego sensu. I słowo „wygoda” nabiera zupełnie innego znaczenia.

Zachęcam Cię do poszukiwania takich małych zmian, które mogą przynieść wiele korzyści. Może to być coś tak prostego, jak zakup biletu miesięcznego na komunikację miejską, ale może to być także coś innego, co pomoże Ci poprawić Twoje zdrowie, samopoczucie, a nawet jakość życia. Pamiętaj, że zmiana zaczyna się od małych kroków, a każdy krok, nawet najmniejszy, może być krokiem w dobrym kierunku.