Tag: droga

wtorek, 10.09.2024

Dziś świętuję ważny kamień milowy i chciałem się tym z Tobą podzielić. Wcześniej o tym nie wspominałem, ale 1 stycznia 2024 podjąłem decyzję, że nie chcę więcej brać do ust alkoholu. Sylwestrowa impreza, kończąca poprzedni rok, była ostatnią, na której bawiłem się z alkoholem. Przed chwilą minęło 250 dni od tego momentu i pomyślałem, że czas napisać o tym kilka słów.

Choć nigdy nie spożywałem dużej ilości alkoholu, moja styczność z nim należała raczej do sporadycznych, to mimo wszystko postanowiłem zrezygnować nawet z takiej ilości tej trucizny. Tak, alkohol to trucizna – taka sama jak papierosy, narkotyki, czy cyjanek. Zabija. Choć może nie tak szybko i skutecznie jak ta wymieniona na końcu.

moje doświadczenia

Z perspektywy czasu widzę, że alkohol przez lata był obecny w moim życiu w różny sposób. Przede wszystkim był on główną część towarzyskich spotkań, które wydawały się… bezpieczne i niewinne. Zaczęliśmy się poznawać już na końcu podstawówki i od tamtego czasu zaczął być on tożsamy z dobrą zabawą. Jednak, w miarę jak dorastałem, zacząłem dostrzegać, że alkohol nie wnosił do mojego życia niczego wartościowego. Było wręcz przeciwnie – odbierał mi to, co najważniejsze.

Nie mogę powiedzieć, że kiedykolwiek miałem problem z nadużywaniem alkoholu, od zawsze był on dla mnie jedynie elementem spotkań towarzyskich, sposobem na zabawę, wyzwalaczem śmiechu, ale mimo to, tracenie kontroli – albo nawet tylko jej kawałka – po wypiciu alkoholu, stało się dla mnie zbyt częstym zjawiskiem. Pamiętam chwile, kiedy po imprezach budziłem się następnego dnia z uczuciem wstydu za moje zachowanie. Choć nie bawiłem się przecież inaczej, niż osoby, z którymi byłem poprzedniego wieczoru. Jednak czułem się, jakbym stawał się kimś innym – kimś, kim nie chciałem być. Nie mogłem znieść myśli, że coś takiego może się powtórzyć.

Zapadła więc decyzja. Rzucam to. I nazbierałem całą garść powodów, które tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że to dobra decyzja.

mit

Wiele osób wierzy, że alkohol to sposób na rozluźnienie. W końcu tak często słyszymy o „kieliszku wina po ciężkim dniu pracy” jako nagrodzie czy antidotum na stres. W mojej ocenie nie tylko nie jest to prawda, ale jest totalnie odwrotnie. Zamiast pomocy, relaksu, odpoczynku, alkohol wprowadzał do życia więcej chaosu. Potwierdzają to badania, według których alkohol nie tylko nie pomaga w zdrowym relaksie, ale może prowadzić do stanów lękowych i depresji. Zamiast przynosić ulgę, robi z nas kogoś innego. Sprawia, że skręcamy w stronę, w którą wcale skręcać nie chcemy.

zdrowie i dobre samopoczucie

Alkohol ma negatywny wpływ zarówno na zdrowie fizyczne, jak i psychiczne. To toksyna, która szkodzi każdemu organowi w ciele, przyczyniając się do problemów z sercem, wątrobą i układem nerwowym. Takie są fakty. I one doprowadziły mnie do pytania: dlaczego właściwie dobrowolnie spożywam coś, co tak bardzo mnie niszczy?

Dzień po spożyciu alkoholu był zawsze trudny. Fizyczny dyskomfort to jedno – bóle głowy, brak energii, problemy z koncentracją. Ale to, co naprawdę mnie dobijało, to psychiczna „kacowa mgła”, poczucie winy i wstyd. Doszedłem do wniosku, że życie w zgodzie z moimi wartościami oznacza rezygnację z alkoholu. I nie miało znaczenia, czy chodzi o dużą imprezę ze znajomymi, czy dwa piwa do obiadu z dawno niewidzianym kolegą ze szkoły.

spożywanie jako nałóg

Niektórzy nie zdają sobie sprawy, że alkohol jest równie uzależniający, co papierosy, słodycze, czy inne używki, narkotyki. Raz dziennie, raz w tygodniu, raz w miesiącu – inna jest tylko skala nałogu. Kiedyś paliłem papierosy. To moje czarne czasy. Na szczęście udało mi się z tego uwolnić. Dlatego zdecydowałem, że na alkohol również nie ma miejsca w moim życiu. Pragnienie bycia wolnym od wszelkich nałogów to kolejny z powodów, które poprowadziły mnie do tego, by podjąć decyzję o całkowitej rezygnacji z alkoholu.

dlaczego nie przerwa

Oczywiście. Zamiast podejmować tak jednoznaczną i restrykcyjną decyzję o całkowitej rezygnacji z alkoholu, mogłem sobie jedynie zrobić od niego przerwę. Jednak zrozumiałem, że nie ma dla mnie sensu traktowanie alkoholu jako czegoś, od czego mogę chwilowo odpocząć. Opisane w tym wpisie powody, dla których z alkoholem się nie lubimy, nie znikną po tygodniu, miesiącu, czy nawet roku. Chcę wyeliminować alkohol całkowicie, ponieważ nie pasuje on do mojej wizji „fajnego życia” – życia prostego, zdrowego, i autentycznego.

wyzwania

Nie było to łatwe. Przez lata uczyłem się, że „alkohol = rozrywka”, a „rozrywka = alkohol”. To silnie zakorzenione przekonanie wymagało przemyślenia i dość mocnej zmiany w mojej głowie. Pojawiły się momenty, w których czułem się wyobcowany, gdy znajomi podczas wspólnych, wieczornych spotkań sięgali po drinki. Ale z każdym kolejnym spotkaniem czułem się silniejszy i bardziej pewny swojej decyzji. Musiałem nauczyć się na nowo bawić. W inny sposób. I odkryłem, że to, co wcześniej nazywałem „rozrywką”, wcale nią nie było.

korzyści

Dziś, po 250 dniach, mogę szczerze powiedzieć, że moje życie zmieniło się na lepsze. Może nie jest to zmiana diametralna, zauważalna gołym okiem, ale widzę, że mam więcej energii, lepiej śpię, a i moje relacje ze znajomymi stały się bardziej autentyczne. Cenię sobie jasność umysłu i poczucie kontroli nad własnym życiem. Rezygnacja z alkoholu pozwoliła mi żyć zgodnie z moimi wartościami i dążyć do prostszego, bardziej zorganizowanego życia.

ten wpis…

Są dwa powody, dla których powstał ten wpis.

Pierwszym jest to, aby zachęcić Cię do refleksji nad Twoim stosunkiem do alkoholu. Nad tym, że lampka wina, po którą być może sięgasz do niedzielnego obiadu sprawia, że Twoje życie skraca się o mały kawałeczek. Alkohol to trucizna, niezależnie od tego, czy wypijasz butelkę wódki pod sklepem, czy kieliszek drogiego szampana w sylwestrowy wieczór. Każda zmiana zaczyna się od decyzji.

I to prowadzi mnie do drugiego powodu, dla którego powstał ten wpis. Wielokrotnie pisałem na blogu, że fajne życie to deklaracja. To właśnie od deklaracji wszystko się zaczyna. A ten wpis jest moją deklaracją. Taką, która ma mi pomóc w kontynuowaniu mojej podróży do fajnego życia.

Ostatnie 250 dni to był dla mnie trudny, ale zarazem niezwykle satysfakcjonujący czas. O wiele łatwiej było mi się odciąć lata temu od papierosów niż teraz od alkoholu. Być może dlatego, że po papierosy sięgałem każdego dnia, w każdej godzinie mojego życia – ten nałóg.był bardzo wyraźny w moim życiu, a alkohol… był nieco zamaskowany. Zdarzało się, że nie sięgałem po niego i przez dwa-trzy miesiące, nie odczuwałem potrzeby, by po niego sięgnąć. Jednak potem przychodził moment spotkania ze znajomymi, imprezy, urodzin, zabawy sylwestrowej i… alkohol wracał. A wraz z nim wszystkie opisane w tym artykule problemy.

Koniec

poniedziałek, 24.06.2024

dawno się nie odzywałem i chyba nadszedł w końcu czas, aby opowiedzieć Ci, co się ze mną działo. piętnaście miesięcy temu postanowiłem zrobić coś totalnie szalonego. wspominałem już o tym wcześniej:

zacząłem uczyć się tańczyć.

było to zwariowane przedsięwzięcie, zwłaszcza dla 38-latka, który nigdy wcześniej nie miał styczności z tańcem. pomysł wydawał się równie ekscytujący, co przerażający. pamiętam, jak wiele osób stukało się w głowę, gdy o tym opowiadałem.

i wiesz, od samego początku moja nauka szła dość nieporadnie. było ciężko, niezręcznie, momentami wręcz tragicznie. bywały dni, gdy byłem całkowicie załamany. każdy krok, każdy ruch wymagał ogromnej determinacji i wytrwałości. Uczyłem się na nowo chodzić, stać, skakać. walczyłem z przyzwyczajeniami (złymi) kilkudziesięciu lat. często czułem się, jakbym znalazł się w szkole tańca totalnie przez pomyłkę.

były momenty, kiedy myślałem, że się poddam, że odpuszczę i wrócę do wygodnego fotela, zrezygnowany. Jednak mimo trudności, nie poddałem się. pracowałem ciężko każdego dnia, walcząc z ograniczeniami i słabościami. jedynie mój dziennik był światkiem tego, co przeżywałem.

i wczoraj, równiutko w moje 40 urodziny, w – szkole, która męczyła się ze mną przez ostatnie miesiące, cierpliwie znosząc moje próby i błędy – odbył się pokaz. był to niezwykły moment, na który czekałem z ogromnym napięciem.

wziąłem w nim udział i tańczyłem z trzema różnymi grupami. każdy występ był dla mnie krokiem milowym w mojej tanecznej podróży. czułem się pełen energii i dumy, że dotarłem tak daleko. z tego, że występuję. pierwszy raz w moim 40-letnim życiu.

to była wspaniała przygoda, którą dopiero zaczynam. nauka tańca okazała się nie tylko wyzwaniem, ale także pasją, którą chcę rozwijać dalej.

mam i film podsumowujący te ostatnie 15 miesięcy mojego życia. niech będzie dla Ciebie inspiracją – taką samą, jaką jest dla mnie – do spełniania Twoich marzeń. nawet tych najbardziej dziwacznych i absurdalnych.

Koniec roku 2024
Koniec

niedziela, 05.11.2023

Opowiadałem w listach o wspanialej podróży, w jaką w tym roku wyruszyłem i wpis, który teraz czytasz, jest kontynuacją tamtego listu. Mam oczywiście na myśli moją przygodę z tańcem. Jest ona piękna, ale i niezwykle trudna. Kosztowała mnie dość dużo – nerwów i emocji – o czym za chwilę będziesz mogła, mógł się przekonać.

Dzisiaj pisze mi się (już) o tym dużo łatwiej. Pasja do tańca sprawia, że słowa praktycznie same się wypisują, ale emocje, które towarzyszyły początkom mojej drogi, były trudne, nawet bardzo. Były one też i w tamtym czasie mega ciężkie do opisania. Jednak to właśnie o nich chciałbym, abyś dziś mogła, mógł poczytać.

Chcę Ci pokazać to, co przeżywałem podczas pierwszych tygodni i miesięcy mojej nauki, dam Ci spojrzeć do najbardziej prywatnej szuflady z zapiskami, jaką mam – do mojego dziennika. Poniżej możesz przeczytać fragmenty moich wpisów z ostatnich miesięcy, które dotyczyły właśnie lekcji tańca. Są to oryginalne 24 fragmenty mojego dziennika, które pokazują, co przeżywałem, zapisując się, a potem uczęszczając na zajęcia.

Niezwykle przyjemnie jest mi sięgać po te zapiski po tak długim czasie – wiem, że gdybym kiedyś nie spisał moich emocji związanych z rozpoczęciem nauki, dziś z pewnością bym o nich nie pamiętał. I nie mógłbym napisać tego listu. Chciałbym, abyś dzięki temu zobaczyła, zobaczył, jak ogromnie wartościowe jest prowadzenie dziennika, opisywanie czegoś tak ulotnego i zmiennego – jak emocje. Jeżeli do tej pory nie próbowałaś, nie próbowałeś spisać swoich myśli, emocji, wrażeń – niech będzie to dla Ciebie lekcja i zachęta – by spróbować.

Zapraszam do przejścia przez historię mojej nauki tańca.

📅 wpis w dzienniku, 19 kwietnia 2023 – 5 dni do pierwszej lekcji

No dobra, zrobiłem jakiś mały kroczek, wysłałem maila do studia tańca w sprawie lekcji baletu i wybrałem się do (drugiej) szkoły – Revolution Dance Center. Choć w to drugie miejsce nie wszedłem – było zamknięte i już nie wystarczyło mi odwagi, by dziś czekać, to zadzwoniłem tam i idę jutro! 🙂 Kurde, mam nadzieję, że się nie wygłupię za bardzo……….. 🙂

Przeżywałem dość mocno sam fakt zapisania się na zajęcia.

📅 wpis w dzienniku, 20 kwietnia 2023 – 4 dni do pierwszej lekcji

Szukam swojej drogi. Śpiewać nie potrafię i… chyba nie chcę się uczyć. Rolki są piękne, ale nie dlatego, że to rolki, tylko dlatego, że mam muzykę i… praktycznie na nich tańczę. I chyba właśnie z tym tańcem chcę spróbować. Bez rolek. I spróbuję!

Dość długo dochodziłem do tego, co lubię i chcę robić. Dzisiaj aż ciężko mi uwierzyć, że jeszcze rok temu nie było tych lekcji w moim życiu. Dziś są – kilka razy w tygodniu. I sprawiają, że czuję się coraz bardziej spełniony.

📅 wpis w dzienniku, 22 kwietnia 2023 – 2 dni do pierwszej lekcji

Boję się poniedziałku i pierwszej lekcji modern jazzu. I nawet nie o to chodzi, że ktoś mnie wyśmieje – choć taka obawa również istnieje. Największą obawą jest to, że… nie będę się nadawał. I wtedy co? Czy zrezygnuję? Czy zmotywuje mnie to do jeszcze większej pracy? Podświadomie czuję, że to może być otwarcie dla mnie nowe drzwi, albo zamknięcie ich na długo. Próbuję, aby nie wiem czy dam radę. W sumie to nie wiem, czy chcę poznać odpowiedź na pytanie: CZY SIĘ NADAJĘ?

📅 wpis w dzienniku, 23 kwietnia 2023 – 1 dzień do pierwszej lekcji

Boję się pierwszej lekcji tańca. Nie dlatego (że myślę), że sobie nie poradę, a przynajmniej nie tylko. Boję się, że nie będę się nadawał. I nawet nie o to chodzi, że powiedzą, że się nie nadaję, boję się, że sam tak stwierdzę, że się poddam. Że zwątpię w moje marzenia, że one legną w gruzach. A tego mogę nie przeżyć. To marzenia utrzymują mnie na powierzchni. Póki wierzę, że mogę je zrealizować, wstaję rano i robię co mogę, aby się do nich przybliżyć. Co będzie, jak przestanę wierzyć? Jednak z drugiej strony, muszę w końcu zacząć, ruszyć. Rolki odpuściłem, ponieważ nie chciałem się iść w stronę, w którą mogłem pójść, wiem też dziś, że to nie była moja droga. I to dobrze, one nie dałyby mi pełnego szczęścia. Tylko częściowe. To jest tym, czego pragnę. Z rolkami, czy bez. Teraz muszę tylko dobrać go odpowiednio – hiphop chyba nie jest w 100% tym, czego szukam… choć jeszcze go przecież nawet nie spróbowałem. Modern jazz, contemporary… tak nieśmiało zerkam z tę stronę. Daj z siebie wszystko – wiem, że możesz i potrafisz!

Przed pierwszymi zajęciami emocje sięgały zenitu. Obawy i niepewności mnożyły się dość szybko.

📅 wpis w dzienniku, 24 kwietnia 2023 – pierwszy dzień

Pierwsza lekcja.
To było ż-e-n-u-j-ą-c-e. Ja byłem żenujący.
Ale kurna, podobało mi się tak bardzo.
To był . No, może jeszcze nie do końca w moim wykonaniu. Ale w sumie jednak!
Ale
Sam nie wiem co dalej. Widzę jak daleko jestem, ile pracy przede mną.
Boooooooże, co ja robię?
To co? Postanowione? Taniec full-opcja? Zamiana rolek i innych aktywności na taniec?
Sam nie wiem…
Same dziewczyny. I ja jeden.
Moje rozciągnięcie: poziom „dno”
Moja koordynacja ruchowa: poziom „żaden”
Spięcie (ciała): poziom „max”
CO JA ROBIĘ?!?
To co?
Robimy to?
To zmienia wszystko.
WSZYSTKO.
Chcesz tego?
Będzie:
a) żenująco
b) bolało (oj będzie wszystko bolało)
c) trudno
d) ciężko
e) duuużo wyrzeczeń
f) beznadziejnie przez długi czas
Matko, myślałem, że coś tam może umiem, że ostatnie lata ćwiczeń dadzą jakieś efekty, że będzie łatwiej. A nie jest.
Ale decyzję już i tak podjąłem.

Wyrzucenie wszystkiego z głowy i z serca (do dziennika) po pierwszych zajęciach dało tak wielką ulgę!

📅 wpis w dzienniku, 26 kwietnia 2023

You can’t dance
Dzisiaj były pierwsze zajęcia z Contemporary. Oj nie było dobrze. Dzisiaj to myślałem, że ktoś mnie zaraz zapyta, czy nie pomyliłem sali.
W poniedziałek byłem po zajęciach podekscytowany, lekko (mocno) zażenowany, ale patrzyłem z nadzieją. Dzisiaj jest inaczej.
Nie wiem, czy na sali był ktoś powyżej 20 roku życia. Poza mną oczywiście.
Chyba dotarło do mnie jak bardzo się ośmieszam.

📅 wpis w dzienniku, 27 kwietnia 2023

Czy ośmieszać się dalej? Może to nie jest to, czym jeszcze mogę się zajmować w życiu?

Dziennik jest tak dobrym miejscem na wątpliwości. Dzięki temu zostają one na papierze, a nie w mojej głowie. Podzieliłem się nimi, a potem poszedłem dalej.

📅 wpis w dzienniku, 28 kwietnia 2023

Boli kolano. Wstałem i noga trochę boli. Nie dość, że kolana mnie bolały od wczoraj po PRÓBIE tańca, to jeszcze doszedł sam staw. Niemniej jednak było fajnie wczoraj.

Drobne kontuzje, choć nie powstrzymały mnie przed dalszymi zajęciami, były dość uciążliwe. Z czasem nauczyłem się jednak, jak ich unikać.

📅 wpis w dzienniku, 16 maja 2023

Wczoraj jedna z dziewczyn na zajęciach powiedziała mi, że podziwia mnie za to, że przychodzę, że wracam, że nie poddaję się. I że jest o niebo lepiej, niż było na początku. Co pokazuje tylko, że choć idzie mi słabo, to są jakieś tam efekty :))

📅 wpis w dzienniku, 17 maja 2023

Dzisiaj, pierwszy raz, poziom zadowolenia z zajęć był wyższy, niż poziom zażenowania i uczucie porażki. I to o wiele lepszy! Mimo że dzisiaj nie mam za dobrego dnia ogólnie i nawet zastanawiałem się, czy przypadkiem nie zrezygnować dzisiaj z zajęć. Jak dobrze, że tego nie zrobiłem!
Było naprawdę dobrze, a J(…) jest bardzo dobrym nauczycielem. Czuję, że bardzo dobrze dobrałem sobie zajęcia…

📅 wpis w dzienniku, 31 maja 2023

Hip-hop. Pozytywne emocje opadają. Nie jest dobrze. Hip-hop okazuje się być dla mnie o wiele trudniejszy niż ten pieprzony modern jazz czy contemporary. S(…) – instruktor – nie była chyba też zadowolona z tych zajęć, dla niej również nie było to dobre doświadczenie. Czy wrócę? Na szczęście wykupiłem PRZEZ PRZYPADEK karnet na ten miesiąc, więc wrócę 🙂 Czy bym wrócił, gdyby nie karnet? Nie wiem. Ale być może nie.

📅 wpis w dzienniku, 7 czerwca 2023

Drugi hip-hop. I już było o wiele lepiej. Jest ciężko, ale lepiej. Drugie zajęcia o wiele bardziej mi się podobało. A contemporary? Super, jak zawsze.

📅 wpis w dzienniku, 14 czerwca 2023

Środa. Wracam z tańców. Boże, jakie to są emocje. Nie mogę ochłonąć. Nie chcę ochłonąć! Ale mi z tym dobrze. Jestem Harrym Potterem 🙂 zupełnie jak on chodzę do szkoły czarodziejstwa i magii. Ale tak cholernie się boję… Że ktoś mi powie: obudź się, pora wstawać. I skończy się ten piękny sen. Sen, z którego nie chcę, nie mogę się obudzić… To jest to jedno zajęcie, o którym zawsze marzyłem. Ja tańczę! TAŃCZĘ! 🙂 Nadal nie mogę w to uwierzyć.

Dziennik to idealne miejsce na to, by poszukać i opisać swoje emocje.

📅 wpis w dzienniku, 15 czerwca 2023

Boli. Nogi dzisiaj dość mocno bolą… wspaniałe uczucie :)) Środa, jak widać, staje się dla mnie festiwalem tańca. Wspaniały dzień, a biorąc pod uwagę, że w poniedziałek zajęcia zostały odwołane, i cholera wie, czy dalej tak się nie będzie działo, może trzeba będzie na maxa zakochać się w tej środzie.

📅 wpis w dzienniku, 22 czerwca 2023

Wczoraj musiałem wyjść ze swojej strefy komfortu dwa razy podczas lekcji tańca. Po pierwsze, na Contemporary tańczyliśmy bez skarpetek – niby drobiazg, ale to taka kolejna mała cegiełka. I to była ta łatwiejsza sprawa. Na hip-hop było dotykanie, ćwiczenia z udziałem drugiej osoby 🙂 I to było już dziwniejsze doświadczenie.

📅 wpis w dzienniku, 27 czerwca 2023

Wdzięczność. Jestem wdzięczny za to, że jeszcze nie jestem za stary na spełnianie marzeń, za to, że mam sprawne nogi, że mam silne ręce, że potrafię się przełamać pomimo śmieszności mojej sytuacji.

Praktykowanie wdzięczności jest dla mnie bardzo ważnym elementem przy uzupełnianiu mojego dziennika. Staram się dość regularnie tworzyć podobne wpisy. To cenne ćwiczenie.

📅 wpis w dzienniku, 27 czerwca 2023

Momentami myślę, że mi odbija. Co ja właściwie robię i sobie myślę? W wieku 40 lat zaczynam tańczyć? Z 20-latkami? W szkole tańca? Nawet nie wiem, czy robię to z właściwych powodów. Myślę, że z tych szczerych, z zakochania w muzyce, ale pewności nie mam.

📅 wpis w dzienniku, 3 lipca 2023

Czwartki to teraz moje ulubione dni. Nie środy, ale właśnie czwartki. W środę jeszcze nie zdaję sobie sprawy z tego, że już za chwilę taniec tak bardzo poprawi mi humor. Choć jestem najsłabszym elementem na wszystkich zajęciach, to jednak daje mi to ogromną satysfakcję… Dzisiaj zaspałem i nie mam z tym problemu. Zostaję w domu i również nie mam z trym problemu.

📅 wpis w dzienniku, 18 lipca 2023

Wczorajsze lekcje tańca dały mi tyyyyle radości. Choć byłem potwornie zmęczony, to było świetnie. Choć jestem w tym tak bardzo nieudolny, to było świetnie. Choć jestem za stary, to było świetnie. Czy ja jestem w stanie być w tym dobry? Może… czasem zaczynam w to wierzyć.

📅 wpis w dzienniku, 24 lipca 2023

Nie jestem dobry w tańcu. Właściwie to jestem beznadziejny. Ale głównie dlatego, że jestem za gruby i za mało rozciągnięty. A jedno i drugie można przecież poprawić.

Huśtawka emocji, ale też dochodzenie do nowych wniosków – analiza wpisów z dziennika dużo mi daje.

📅 wpis w dzienniku, 9 sierpnia 2023

Nie ma dróg na skróty.

📅 wpis w dzienniku, 11 sierpnia 2023

Wczoraj były kolejne zajęcia contemporary z F(…). Było ok, choć muszę przyznać, że ciężko z nim mam, a to dlatego, że sam jestem słaby. W ogóle często czuję się w tej szkole tańca jak taki niepełnosprawny umysłowo chłopaczek, który przyszedł się pobawić. I tak właśnie często mi to wychodzi. Ale i tak się cieszę, że tam chodzę. Tak po cichu spełniam swoje marzenia, nawet jeżeli wygląda to śmiesznie dla innych.

📅 wpis w dzienniku, 16 sierpnia 2023

Bolą mnie plecy. Znowu. Kolano przestaje boleć, a plecy są nie do wytrzymania. Starość? Nigdy. Awaria, kontuzja, źle wykonywane rzeczy. Tyle. Nie poddam się.

I na koniec jeszcze jeden, nieco dłuższy fragment, który jest pewnego rodzaju podsumowaniem tego kawałka drogi, zbiorem przemyśleń po pierwszych kilku miesiącach zajęć, a jednocześnie deklaracją przed samym sobą i prognozą na przyszłość.

📅 wpis w dzienniku, 17 sierpnia 2023

Taniec poprawia mi humor i mnie jako całość – fizycznie. Sprawia, że nie jestem stary. Jestem młodszy, niż faktycznie jestem. Wow.
Dawno nie mialem tak dobrego dnia. Taniec dał mi na prawdę mnóstwo radości dzisiaj. I nie, nie chodzi o same ćwiczenia, to taniec. Kurna, jak żałuję, że zwlekałem z tym tyle lat. Mogłem już od 40 lat tańczyć. Plus jest taki, że mogę tańczyć kolejne 40 lat i nikt i nic mi w tym nie przeszkodzi. Tak dobrze się z tym czuję, aż mi się mordka śmieje.
Czy ja boję się starości? Nie, ja po prostu jej nie akceptuję. Nie przyjmuję do wiadomości, że się zbliża. Nie chcę i nie mogę tego akceptować. Za każdym razem, gdy coś zaboli, znajomi tłumaczą, że tak będzie coraz częściej, że taka jest kolei rzeczy i trzeba pogodzić się z tym, że lepiej już nie będzie. Ja w takich sytuacjach tłumaczę sobie: „kontuzja, przejdzie”. Wierzę, że zrobiłem po prostu coś nie tak i muszę zmienić moje postępowanie, by więcej nie nabawić się podobnych rzeczy. Biorę odpowiedzialność za ból!
Ostatnie miesiące, być może nawet lata, obudziły we mnie jakąś nową świadomość. Po latach zaniedbywania mojego ciała wziąłem się za siebie. Najpierw powoli, nieśmiało, zacząłem małymi kroczkami – chyba nie do końca wierząc, że w życiu coś można zmienić. Ale z każdym kroczkiem, okazywało się, że nie tylko można iść dalej, ale ścieżka, po której podążam, jest coraz szersza, ciekawsza i coraz bardziej wciągająca. Inaczej rzecz ujmując: spodobało mi się. I zapragnąłem więcej. Znajomi w moim wieku coraz częściej zaczęli przebąkiwać o tym, że tu boli, tam strzyka, że tego już nie mogą, tamtego im się nie chce, a ja… ja sięgałem po coraz to nowsze i fajniejsze zajęcia, przekraczałem kolejne bariery, które do niedawna wydawały mi się nie do pokonania. A w miarę jedzenia apetyt rośnie.
Niezwykle ważna okazała się w tej sytuacji praca nad wizją mojego życia. Musiałem dowiedzieć się, czego chcę, aby nie robić wielu fajnych, ale na dłuższą metę nie do końca mnie zadowalających rzeczy. Dzięki temu potrafiłem zrezygnować z wielu ciekawych, ale nie do końca „moich” zajęć.
Siedzę teraz w poczekalni. Gra muzyka, siedzę na bosaka. Skończyłem jedne zajęcia i czekam na kolejne. Jestem tu dzisiaj jedynym facetem. Jestem tu też dzisiaj jednym prawie 40-latkiem. Jestem też jedyną osobą, która ma więcej niż 30 lat. Pewnie też nawet jedyną z niewielu osób, które mają więcej, niż 20 lat. To w sumie nie jest aż takie ważne, ale dla mnie jednak było dość potężną barierą do pokonania, gdy się tu pierwszy raz zapisywałem. Jestem w szkole tańca.
Nawet sobie nie wyobrażasz, ile odwagi musiałem w sobie zebrać, aby zapisać się tu na pierwsze zajęcia. Robiłem kilka podejść, najpierw zbadałem okolicę, przyjechałem zapytać o same zajęcia, zobaczyć szkołę… i pewnego razu po prostu się zapisałem. Pewnie wiele osób nie miałoby z tym takiego problemu, ja jednak długo ze sobą walczyłem.
Dzisiaj dziękuję sobie za tamten krok.

Cieszę się, że ten ostatni wpis pojawił się w moim dzienniku – jest on tak dobrym podsumowaniem kawałka drogi, jaką przebyłem. Moja przygoda trwa oczywiście dalej. Minęło kilka miesięcy, emocje opadają, a zadowolenie tylko rośnie. Podobnie z resztą, jak moje umiejętności.

Dałem Ci dzisiaj zerknąć w przegląd moich myśli, emocji, uczuć związanych z nauką tańca – chyba jednego z trudniejszych zajęć, za jakie się zabrałem w życiu. Dostałaś, dostałeś moje najbardziej prywatne rzeczy – fragmenty z dziennika. I – skoro czytasz te słowa – udało Ci się przez nie przebrnąć.

Mam nadzieję, że ta historia naładuje Cię odwagą do brania się za podobnie trudne tematy, do sięgania po największe i najbardziej absurdalne marzenia, ale i jednocześnie zachęci Cię do dokumentowania Twojej drogi w dzienniku. Z nim jest o wiele łatwiej.

Koniec

niedziela, 15.10.2023

Gdy wybierałem dla siebie temat 2023 roku, nie spodziewałem się jeszcze, że będzie to rok tak wielu kluczowych dla mnie transformacji. Nie są to zmiany rewolucyjne, nie rzuciłem wszystkiego i nie wyprowadziłem się w Bieszczady, są to, tak zwane, „kolejne kroki”, konsekwencja tego, co w mojej głowie działo się w ostatnich latach. Tyle tylko, że są to kroki bardziej zdecydowane, mocniejsze, niż te, które wcześniej robiłem. Widzę to dzisiaj bardzo wyraźnie i już nie mogę się doczekać, aż będę podsumowywał to wszystko na koniec tego, 2023 roku.

Prowadzę bloga już od ponad 7 lat – całkiem ładny wynik, jak na osobę, która uważa, że jedną z rzeczy, nad którą musi ciężko pracować… jest wytrwałość.

W tym czasie kilkaset razy klikałem na nim przycisk „opublikuj” i wiele razy zastanawiałem się, czym on – ten blog – dla mnie jest, jaką odgrywa rolę w moim życiu, po co go założyłem i jaka jest jego przyszłość. I często miałem mieszane uczucia, z jednej strony odsłaniałem całkiem sporą część siebie, a z drugiej wiedziałem, że publikuję jedynie małą część tego, czym chcę się dzielić. Zawsze coś mnie powstrzymywało. Pisanie od zawsze było on dla mnie jednym z ulubionych zajęć, piszę całkiem sporo – co widać choćby po objętości tego listu – i chcę pisać więcej, chcę też publikować więcej. Od dawna jednak wiedziałem, że coś się musi zmienić. I wygląda na to, że to właśnie ten rok jest w moim życiu rokiem zmian. Albo raczej powinienem powiedzieć, że jest to czas, w którym w końcu widać efekty zmian, ponieważ te zaszły już dawno – w mojej głowie.

Wy

Wiem, że lubicie to, co piszę, wiem, że czasem Wam to pomaga. Wiem to, ponieważ czasem mi o tym piszecie – w komentarzach, w mailach, w mediach społecznościowych… a ja zbieram wszystkie te słowa i karmię się nimi w momentach takich, jak te, gdy podejmuję decyzje na temat przyszłości. A słowa, które od Was otrzymuję, są piękne. Zresztą, sami zobaczcie:

Twój blog był jednym z czynników zmieniających moje podejście do życia 🙂

Takie zdania od Was dodają mi tak bardzo skrzydeł.

Trafiłem na Pańskiego bloga i chciałbym Panu bardzo podziękować za wpis, który opublikował Pan w lutym tego roku (…)

(…) kwestie które podnosisz na swoim blogu, i to o czym piszesz.. jest wspaniałe !

Bardzo dobry artykuł (…)

Uwielbiam deszcz, jest bardzo relaksujący

Sporo komentarzy dostałem po wpisie o padającym deszczu… totalnie się tego nie spodziewałem.

Dzięki za ten artykuł!

Piękne

Wieczorem jak pada lubię siedzieć przy kominku z dobra książką:)

Rzeczywiście, „Magia sprzątania” Marie Kondo to o wiele więcej niż tylko poradnik jak utrzymać dom w czystości. (…)

pan Hilary często gubi swoje okulary.

Takie śmieszkowe też lubię! 🙂

Cześć, na stronę trafiłem dość przez przypadek. Widzę, że masz pasję do pisania i nagrywania (…)

Bardzo fajny podcast 😉 miło się słucha

ładne

Bardzo dobry artykuł, palenie jest czystą głupotą i niepotrzebnym szkodzeniem sobie na zdrowiu.

Uwielbiam deszcz, jest bardzo relaksujący

Dzięki za artykuł. Szukałam kogoś, kto w dobrze nakreśli mi idee „drugiego mózgu” żeby zdecydować, czy dalej poświęcać temu tematowi czas i znalazłam 😀

Piękne

„Co dzień jakiś postęp musi być” – ostatnio bardzo po drodze mi z takim podejściem 🙂

Wieczorem jak pada lubię siedzieć przy kominku z dobra książką:)

Dzięki wielkie, bardzo przydatny artykuł.

Dziękuje za świetny artykuł:)

Witam bardzo fajny blog o życiu.

Na początku też zaczynałem od szklanki wody z tym że czasami sobie urozmaicam delikatnie smak cytryną lub miętą 😉

Uwielbiam Was czytać! A jest to tylko malusieńki wycinek tego, co do mnie przysłaliście. Wszystkie te słowa były ważnym głosem w odpowiedzi na pytanie: „co dalej?”. A oto odpowiedź, do której doszedłem: zmiany.

Co się zmienia?

platforma

Największa dla mnie zmiana jest pewnie jednocześnie tą najmniej interesującą dla Was. Jednak to od niej właśnie zaczynam, ponieważ była pewnego rodzaju koniem pociągowym pozostałych zmian. Tak to często bywa, że przy różnego rodzaju transformacjach, chwytamy się jednej, wcale nie największej zmiany, ale takiej, która w pewnym stopniu ciągnie nas dalej w procesie większej metamorfozy. Warto szukać tych „koni pociągowych” i w odpowiednich momentach umieć je wykorzystać.

Mój blog zbudowany był do tej pory na najpopularniejszym w internecie silniku obsługującym zarządzanie treścią – wordpress. Daje on ogromne, można chyba powiedzieć, że dla blogera wręcz nieograniczone możliwości. I tu chyba pojawia się jedna z największych tajemnic, jakie udało mi się w ostatnich latach odkryć: ja… potrzebuję ograniczeń. Jak koń z przysłoniętymi częściowo oczami, by nic dookoła go nie rozpraszało. Ograniczenia, bariery, a co za tym idzie – prostota, są elementem niezbędnym do skupienia. Dostrzegam to w wielu obszarach mojego życia.

W pracy na co dzień zajmuję się między innymi tworzeniem i opiekowaniem się stronami internetowymi opartymi o system wordpress. Znam go dość dobrze, wiem, jakie ma możliwości, co oferuje, co można z nim zrobić. I może właśnie dlatego, w tym roku postanowiłam porzucić go na rzecz czegoś zupełnie innego, innego systemu do zarządzania treścią – platformy o nazwie Ghost. Ładnie się nazywa, prawda? 🙂

Od dawna chciałem, by mój blog był dla mnie miejscem, w którym piszę, a nie takim, w którym wykonuję poprawki, zmiany, aktualizacje, usprawnienia, do którego dorzucam dodatki i który co tydzień otwiera mi jakieś nowe drzwi i poszerza swoje możliwości. Wszystkie te rzeczy były dla mnie jedynie kolejnym rozpraszaczem i odsuwały mnie od tego, co naprawdę chcę robić – od pisania. Więc dokonałem tej zmiany i nagle wszystko się zmieniło.

W tej „nowej rzeczywistości” nie mam zbyt wielu możliwości rozbudowy, kombinowania, tworzenia integracji czy poprawiania. A przynajmniej są one o wiele, wiele mniejsze, niż w poprzedniej konfiguracji. I to daje mi… spokój.

Wiem, że dzięki tej zmianie, będę mógł bardziej skupić się na pisaniu, tworzeniu treści, dostarczaniu Wam nowych, niesamowitych rzeczy. Poświęciłem wiele ostatnich miesięcy, planując cały ten proces i dziś już wiem, że był dla mnie to strzał w dziesiątkę – przynajmniej jeżeli chodzi o część celów, które chciałem osiągnąć. Pozostałe z nich są związanych z tym, jak Ty – z biegiem czasu – podejdziesz do zmian, które wprowadziłem. Choć wymiany platformy tak naprawdę nie zobaczysz, ponieważ jest to coś, co kryje się „pod maską” strony, to wyniknie z niej wiele innych zmian w działaniu i filozofii bloga – aczkolwiek nie w filozofii stojącej za nim.

Proces przenoszenia treści ze starej strony (na której do tej pory opublikowałem już kilkaset wpisów!) będzie trwał jeszcze dość długo, szczególnie że postanowiłam przenieść każdy z opublikowanych do tej pory artykułów ręcznie, uaktualniając je – jeżeli tego będą wymagały – jednocześnie poprawiając i uzupełniając wiele z wcześniej opublikowanych rzeczy.

wygląd

Zmiana platformy okazała się również idealnym momentem na zmianę wyglądu bloga, a zmieniło się właściwie wszystko. Od linii graficznej, kolorystyki, która została delikatnie poprawiona, po wizualny podział treści, a nawet moje „ptaszkowe” logo, które również przeszło drobny lifting. Pojawiły się kolory, które wyznaczają teraz rodzaj opublikowanych treści, a nawiązują do kolorowych ptaszków, które ilustrują moje artykuły, pojawił się tryb ciemny mojego bloga, który będzie automatycznie aktywowany, gdy urządzenie, na którym czytasz moje artykuły, przejdzie w tak zwany „tryb nocny”. Każdy wpis zawiera teraz adnotację, ile czasu potrzeba na jego przeczytanie oraz jakich tematów dotyczy. Poprawiłem właściwie każdy element wyglądu bloga. I muszę przyznać – jestem z tych zmian bardzo zadowolony.

Nowa platforma, na której oparty jest mój blog, wprowadziła mi pewne ograniczenia – które, jak już napisałem, bardzo mocno doceniam – ale otworzyła też pewne nowe możliwości – w mojej głowie. Możliwości, które starałem się wykorzystać, planując całość niejako na nowo. Mam nadzieję, że odświeżony wygląd ucieszy Twoje oczy, a drobiazgi, które wprowadziłem – umilą czytanie.

misja

Tak naprawdę ona wcale się nie zmienia, jednak czas ją nieco skrystalizować.

Trafiłem niedawno w Empiku na książkę „Prawdziwie, do szaleństwa. Dzienniki” autorstwa Alana Rickmana, nieżyjącego już aktora, który grał między innymi postać Snape’a w ekranizacji książek o Harrym Potterze. Książka ta to wspaniała podróż przez codzienność Alana, przepiękna nauka „na żywo” tego, jak można prowadzić swój własny dziennik. Jej okładka wręcz przyciągnęła mnie do półki, na której się znajdowała. I zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia. Stałem chyba z pół godziny w Empiku, czytając wspaniałe fragmenty i trochę blokując jednocześnie przejście.

Dziennik – to właśnie jest mój temat. Od zawsze wszystko kręciło się wokół niego, jest moim ulubionym i najważniejszym narzędziem w drodze do fajnego życia. Przez lata prowadziłem go na milion różnych sposobów i to właśnie dziennik pomógł mi przejść przez najtrudniejsze, ale i te najwspanialsze momenty w życiu. I chcę Ci o tym opowiadać. O tych momentach, ale również – a właściwie to przede wszystkim – o tym, jak je przeżywać z dziennikiem. Mój blog będzie kręcił się właśnie wokół tematu prowadzenia dziennika.

zamknięcie, plany, ceny

I tu chyba największa zmiana, jaką odczujecie. Zamykam bloga fajne.life. Nie oznacza to jednak, że kończę jego działalność! Przeciwnie, dopiero się rozkręcam. Jednak zamykam bloga dla osób anonimowych, a przynajmniej jego dużą część. Jest mnóstwo tematów, które do tej pory omijałem, chyba dlatego, że cały blog fajne.life był do tej pory całkowicie otwarty, publiczny, indeksowany, sprawdzany, kopiowany – i… w tym roku postanowiłem to zmienić.

Zdecydowana większość treści będzie od teraz dostępna tylko dla osób, które dołączą do mojej społeczności. Ty już do niej należysz – ponieważ zapisałaś, zapisałeś się, by otrzymywać moje listy. Tyle wystarczy, by być ze mną w tej społeczności. Jednak oprócz tego, na blogu znajdzie się o wiele, wiele więcej.

To, co do tej pory było bezpłatne na moim blogu, pozostanie nadal darmowe: listy i artykuły (choć nie wszystkie). To, co do tej pory tworzyłem, nadal będzie powstawało i treści te pozostaną dostępne bez żadnej opłaty. Uwielbiam z Wami rozmawiać, dyskutować, a nawet się sprzeczać i te dwa miejsca będą tym, w którym – jeżeli tylko zechcecie – będziemy mogli to robić. Od dzisiaj stajesz się moim… „🐦 wróbelkiem” 🙂

🐦 wróbelek

Jest to podstawowy, bezpłatny plan dostępu do mojego bloga. W gruncie rzeczy oznacza to, że aby do niego należeć, trzeba być zapisanym do otrzymywania moich listów. A ponieważ kiedyś zapisałaś, zapisałeś się, by je otrzymywać, więc masz już założone konto 🐦 Wróbelka na moim blogu 🙂.

🐦 Wróbelki mogą czytać wspominane już wcześniej dwa działy, mogą również komentować (do czego zawsze Was gorąco będę zachęcał!!), jak również mówić mi, które treści są fajne, a które… trochę mniej. Chcę wiedzieć, co Was interesuje, a czego raczej unikać.

🪽 niebieski ptak

Jeżeli zechcesz wesprzeć moje działania w internecie, od dzisiaj będziesz mieć taką możliwość. Plan „🪽 niebieski ptak” powstał dla osób, które chcą jeszcze bardziej zagłębić się w tematykę prowadzenia fajnego życia oraz dokumentowania go w postaci swojego własnego dziennika. Osoby w tym planie uzyskają dostęp do wszystkich publikowanych przeze mnie treści na blogu, a więc do listów, skarbów – moich znalezisk i przemyśleń poświęconych jednemu tematowi. Pierwszy numer dużych Skarbów jest dostępny na moim blogu (o tutaj) i – ten, jako jedyny – dostępny jest dla wszystkich 🐦 Wróbelków, a więc śmiało możesz go przeczytać bez ponoszenia żadnych kosztów. Wisienką na torcie będzie jeszcze jeden, nowy dział: dzienniki. To właśnie w nim będą publikowane wpisy poświęcone temu, jak prowadzić swój własny dziennik, jak również fragmenty mojego własnego, prywatnego dziennika. Wiążę z tym działem dość duże nadzieje i wierzę, że to, co wymyśliłem, by tu tworzyć – będzie Ci się podobało. Osoby, które dołączą do planu „🪽 niebieski ptak”, uzyskają również dostęp do wszystkich artykułów, oraz dodatków w wersji cyfrowej – a więc do całej zawartości mojego bloga.

💡
Jeżeli chcesz poznać ceny i zapisać się do tego planu, wystarczy, że przejdziesz do zakładki Plany na moim blogu.

🪶 papierowy ptak

Ostatni plan, „🪶 papierowy ptak” będzie prawdziwą perełką. Będzie to największy i najbardziej ekskluzywny plan, jednak przygotowałem w nim coś całkowicie specjalnego. Osoby do niego zapisane otrzymają oczywiście wszystko to, co te, które zostały „🪽 niebieskimi ptakami”, a więc: listy, artykuły, skarby i dzienniki. Różnica polega jednak na tym, że osoby zapisane do tego planu, poza wersjami elektronicznymi tych wszystkich treści, otrzymają je również w wersji… papierowej! A więc w formie pewnego rodzaju gazety. Jeżeli zostaniesz 🪶 papierowym ptakiem, raz w miesiącu otrzymasz ode mnie komplet opublikowanych przeze mnie materiałów w wersji papierowej. Tak, byś mogła, mógł przeczytać je na spokojnie, bez żadnych rozpraszaczy, bez komputera, tabletu, telefonu, siedząc wygodnie na kanapie, przy kominku, a może w drodze do pracy jadąc autobusem lub tramwajem. Poza papierowym kompletem opublikowanych przeze mnie na blogu rzeczy, w comiesięcznej paczce otrzymasz ode mnie papierowego, kolorowego ptaka – takiego, jakie ilustrują artykuły na fajne.life. Ostatnią atrakcją tego planu będzie comiesięczny drobny prezent – niespodzianka, który będzie dołączony do przesyłki. Za każdym razem będzie to coś innego, ale związanego z tematyką bloga. Chcę, aby osoby wspierające mnie w tym planie, z radością otwierały co miesiąc kolejną fajną przesyłkę 🙂

💡
Jeżeli chcesz poznać ceny i zapisać się do tego planu, wystarczy, że przejdziesz do zakładki Plany na moim blogu.

organizacja

Drobniejsza dla Was, ale większa dla mnie będzie kolejna zmiana. Będzie to porządek – inny niż dotychczas. Będą ograniczenia – dla mnie, nie dla Ciebie. Będzie prosto i przejrzyście. Działy, które tu opisałem, będą podstawowym podziałem treści na blogu, ale każdy artykuł będzie też odpowiednio otagowany, dzięki czemu łatwiej będzie można znaleźć tu interesujące Cię tematy, ale i powiązania pomiędzy nimi.

W utrzymaniu porządku pomogą dwie strony: chronologiczny spis treści oraz spis tematów. Mam nadzieję, że dzięki temu stare, ale często nadal bardzo aktualne, artykuły zyskają drugie życie i łatwiej będzie Wam je odnaleźć.

Zmiany, które widzisz, które opisuję w tym liście, są efektem wielomiesięcznego planowania i pracy. Choć zdaję sobie sprawę, że są one ważne głównie dla mnie – strzelam, że większość z Was, nie wie nawet, jak wyglądał mój blog jeszcze miesiąc temu i nie bardzo też Was to interesuje 🙂. Jednak ja jestem dość mocno podekscytowany wszystkim tym, co dzisiaj Ci opisałem i liczę na to, że dzięki tym zmianom, blogowanie dostarczy mi jeszcze więcej radości, a Tobie jeszcze więcej ciekawych treści.

Już dzisiaj możesz wejść na fajne.life i przejrzeć wszystko, co się zmieniło. Mam nadzieję, że ten stary, ale nowy plan na mojego bloga przypadnie Ci do gustu. I oczywiście zachęcam Cię do wspierania moich działań, dołączając do wybranego przez Ciebie planu. Zrobię co w mojej mocy, by wsparcie to okazało się dla Ciebie jak najlepszą inwestycją.

Koniec

czwartek, 27.07.2023

Jazda na rowerze jest najczęściej wybieranym i ulubionym sposobem na aktywność Polaków. Szczególnie w piękne, letnie dni. Przed bieganiem, które wybiera 30% osób, i ćwiczeniami na siłowni – z 18% wynikiem, to właśnie jazda na rowerze, z 38% popularnością, jest najpowszechniejszą formą sportu uprawianą w naszym kraju. Dzieje się tak chyba głównie dlatego, że bariera wejścia w ten sport jest dość niska – wystarczy mieć rower – a całą resztę można już robić totalnie po swojemu.

Od dwóch tygodni i ja mam rower – sam się sobie dziwię, że dopiero po tak długim czasie do mnie trafił. I wiecie co? Zakochuję się. Ba! Chyba już się zakochałem.

Mam już przejechane 200 km, choć raptem w kilku wyprawach – oczywiście łącznie – i w mojej głowie, jak i w moim notesie, pojawiło się całkiem sporo wniosków, którymi chciałbym się z Wami podzielić. Warto chyba abym tu zaznaczył, że moje przemyślenia dotyczą dłuższych wypraw rowerowych i chyba raczej takiego podejścia do tej aktywności, niż krótkich, porannych wycieczek do sklepu po mleko czy bułki. 

Nie przedłużając jednak więc tego wstępu, idę do moich wniosków.

  • Woda – lepiej nosić, niż prosić. Niby Żabki, Gucie i inne sklepy, są na każdym kroku, na każdym rogu, ale gdy kończy mi się woda, a pić się chce, to nigdy nie mam gdzie kupić. Jak wychodzę z domu, biorę 1 litr wody, z zamiarem w miarę szybkiego dokupienia po drodze kolejnych butelek.
  • Decathlon to świetny sklep sportowy (wiem to od dawna), jego asortyment rowerowy jeszcze bardziej mnie w tym utwierdził. Jazda na rowerze to kolejny sport, który – za stosunkowo niewielkie pieniądze – mogę uprawiać dzięki Decathlonowi. Pamiętajcie jednak, by nie kupować za dużo, regały pełne są rzeczy, ale to wcale nie znaczy, że każda z nich jest nam potrzebna, i to dotyczy oczywiście nie tylko roweru, ale ogólnie zakupów.
  • Na drogach jest mnóstwo nieuważnych i lekkomyślnych osób, które potocznie nazywam – szczególnie gdy jadę i ich mijam – „debilami”. Jeżdżą bez trzymanki (od prawej do lewej) z nosem w telefonie albo grupami, całą szerokością drogi, rozmawiając sobie w najlepsze i nie zwracając uwagi na nikogo poza sobą. I nic na to nie poradzę – staram się tu stosować stoickie podejście – mogę tylko sam być dwa razy bardziej skupiony, uważny, przyhamować odpowiednio wcześniej i ominąć takie osoby jak najszybciej i jak najbezpieczniej. Choć oczywiście, nie zmienia to faktu, że sytuacje z takimi osobami mogą być momentami niebezpieczne.
  • Dieta pudełkowa, catering dietetyczny, idealnie sprawdza się na wyprawach rowerowych. Jedzenie, odpowiednie jedzenie, to coś, czym nie chcę zaprzątać sobie głowy, przygotowując się do wyprawy rowerowej. Zaopatruję się w Nice To Fit You – wszystko pięknie spakowane, tylko wrzucam do torby rowerowej i wiem, że nie będę ani głodny, ani zapchany niewłaściwym jedzeniem w czasie dłuższej drogi.
  • Nie próbuj od razu przejechać 200 km za jednym razem. Trzeba stopniowo zwiększać pokonywany dziennie dystans. Już po pierwszej, testowej przejażdżce, zamarzyła mi się podróż do miejsca oddalonego o 250 km, ale widzę, że w życiu nie dałbym rady bez wcześniejszego, stopniowego rozjeżdżania. Dopiero czwarta wyprawa miała u mnie powyżej 50 km i wiem, że na te 250 km jeszcze przez jakąś chwilę się nie zdecyduję. Stopniowo będę dochodził do takich odległości.
  • Serwis roweru jest chyba nawet ważniejszy niż serwis samochodu. No dobra, jedno i drugie jest tak samo ważne. Przed dłuższą jazdą, warto wybrać się do serwisu na przegląd, sprawdzenie, czy wszystko gra. Potem, w czasie drogi, nawet drobna wada, może być bardzo kłopotliwa.
  • Warto mieć ze sobą podstawowe narzędzia i klucze rowerowe – najlepiej w jakiejś skondensowanej formie, można takie kupić w sklepach z wyposażeniem rowerowym. Po przejechaniu 40 km niektóre rzeczy zaczęły mi się luzować, dokręciłem na przystanku i było git. Nawet głupie lusterko, które się poluzuje i lata na wszystkie strony, potrafi mocno zirytować podczas drogi.
  • Jak coś się wydarzy na trasie – jesteś zdany na siebie. Podczas jednej z wypraw spadł mi łańcuch – pierwszy raz, więc był lekki stresik! – łańcuch niestety mocno się zaplątał i długo nie mogłem tego naprawić. Byłem sam i musiałem sobie poradzić. Oczywiście w końcu się udało, ale przez cały ten czas, dookoła nie było nikogo, kogo mógłbym w razie czego poprosić o pomoc. 
  • Warto mieć zawsze coś do umycia i wytarcia rąk. Po tym, jak naprawiłem zepsuty łańcuch… byłem dość brudny. Dobrze, że mialem chociaż resztkę wody, szkoda, że tylko tyle.
  • Słuchawki, a w nich muzyka albo podcast – idealnie pasują do roweru. Kilka godzin jazdy może zmęczyć nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Odpowiednie dźwięki w słuchawkach mocno poprawiają samopoczucie. Moje to Air Pods 3 – i uwielbiam je, są idealne do jazdy na rowerze.
  • Apple Watch to świetny kompan rowerowy, tylko… bateria. Po przejechaniu 60 km zostaje mi kilkanaście procent baterii. A więc decyzja o wymianie starego zegarka, Apple Watch SE 1, na Apple Watch Ultra, który jeszcze lepiej sprawdzi się jako mój partner na rowerze – została chyba podjęta 😉. A do czego używam właściwie takiego zegarka? Włączam tryb jazdy na rowerze w plenerze i informuje on mnie o średniej prędkości, przejechanych kilometrach, tętnie, czasie jazdy i kilku innych przydatnych podczas jazdy rzeczach. Z poziomu zegarka mogę też sterować muzyką, czy podcastem.
  • Bateria w moim telefonie nie wystarcza na bardzo długą podróż (nawigacja, płacenie w sklepie telefonem, sprawdzanie trasy, muzyka, podcasty itd.). Powerbank się bardzo przydaje.
  • Mapy Google potrafią nakierować na zamkniętą drogę lub na drogę, po której bardzo słabo się jedzie rowerem. Chyba muszę poszukać alternatywy – a jest ich całkiem sporo. Nie wiem, czy znajdę coś lepszego i wygodniejszego od map Google, ale z pewnością będę testował inne rozwiązania. Szkoda, że rowerowe Mapy Apple – które z pewnością by najlepiej wspólpracowały ze sprzętem, który mam – nie działają w Polsce. Mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni. Czego używacie do nawigacji na rowerze?
  • Nawigacja głosowa to złoto! Dlaczego tak późno się zorientowałem? Patrzenie w mapę na telefonie rozprasza i do tego marnuje baterię telefonu. A przecież Mapy Google potrafią mówić co i kiedy powinienem robić. Nie lubię nawigacji głosowej w samochodzie, ale na rowerze uwielbiam.
  • Uchwyt na telefon na rowerze, nie powinien zasłaniać ani milimetra ekranu mojego smartfona. Okazuje się, że w czasie drogi akurat te zasłonięte milimetry są potrzebne. Mapy wykorzystują praktycznie cały ekran i lepiej go nie zasłaniać. Na początku kupiłem uchwyt, który zabezpieczał telefon również częściowo od przodu – błąd – już zmieniłem sobie na inny – co okazało się bardzo dobrą decyzją.
  • Lusterko rowerowe jest wspaniałe! Jak można w ogóle jeździć bez niego? Tak bardzo podnosi poziom bezpieczeństwa (może tylko u mnie), dzięki niemu wiem, co się dzieje wokół mnie, gdy jadę. Widzę nie tylko innych rowerzystów, którzy próbują mnie wyprzedzić, ale również (albo i przede wszystkim!) samochody, które mogą mnie przecież staranować. Myślę, że takie lusterko może nawet uratować życie, mi przydało się nie raz, a najbardziej, gdy jeden raz zobaczyłem TIR-a, który planuje wyprzedzić mnie w bardzo niedużej odległości na drodze. Widząc to w lusterku, mogłem zjechać na pobocze z drogi i nie ryzykować kontaktu z „nieco” większym uczestnikiem drogi.
  • Dzwonek w rowerze jest po to, aby go używać. Na TIR-a, czy inne samochody raczej się nie sprawdzi, ale na innych rowerzystów i pieszych – już jak najbardziej. Ludzie najczęściej nie wiedzą, że jedziesz i to małe „dzyń” często sprawia, że nie musisz hamować i kombinować.
  • Bez kasku nie wsiadaj na rower. Aż dziwne, że tak wiele osób jeździ… w czapce, zamiast w kasku. Możesz być mistrzem kierownicy (rowerowej), ale inni wcale nie muszą być. Przy większości zdarzeń drogowych, bez kasku nie masz szans. Zwróć też uwagę, aby wybrany kask, był właśnie rowerowy, a nie na przykład rolkowy. Kaski rowerowe mają specjalną podłużną konstrukcję, która chroni głowę przy najczęstszych wypadkach na rowerze, czyli takich, przy których przelecisz przez kierownicę do przodu. Warto też pamiętać o tym, że gdy mamy już jakieś zdarzenie na rowerze i uderzymy kaskiem o asfalt, beton, ziemię, nawet gdy nie widać na kasku pęknięć, może on wymagać już wymiany, ze względu na naruszenie jego konstrukcji. To z resztą tyczy się nie tylko kasków rowerowych, ale wszystkich.
  • Jazda na rowerze to wspaniały sport. O ile taka jazda na siłowni – dla samej jazdy, dla budowania mięśni, nigdy nie przypadła mi do gustu, to gdy mam do przebycia konkretną trasę, a najlepiej jeszcze, gdy muszę po coś jechać – jest wspaniale.
  • Dwa lata aktywnego, bardzo aktywnego życia, zaprocentowały na rowerze. Chyba w żadnej innej dyscyplinie sportowej nie doceniłem tak bardzo tego, jak „rozruszany” jestem. Nie wierzyłem, że będę tak dawał radę. Więc polecam ruszać się każdego dnia, nie tylko w czasie gdy planujemy letnie wyprawy rowerowe.
  • Jazda na rowerze wzmacnia nie tylko mięśnie nóg (łydki, dwugłowy i czworogłowy uda), ale również pośladków, ramion, brzucha, kręgosłupa, grzbietu. Gdy podczas wycieczek dochodzą podjazdy, zjazdy, balansujemy całym ciałem – wtedy pracują praktycznie wszystkie nasze mięśnie. Szybko to odczułem – szczególnie „następnego dnia”.
  • Dupa przyzwyczai się do wszystkiego. Nawet do jazdy na rowerze. Jednak odpowiednie siodełko + nakładka piankowa bardzo pomagają. Jednak raczej trzeba liczyć się z tym, że kilkudziesięciokilometrową jazdę odczujemy pewnie dość boleśnie na naszej pupie.
  • Rozgrzewka i rozciąganie przed jazdą, mocno poprawią później komfort samej jazdy. Dopiero nauka tańca pokazała mi, jak ważne jest przygotowanie do każdego treningu, że warto się rozgrzewać i rozciągać. Wykorzystuję to teraz przed każdą jazdą, ale i przed uprawianiem jakiejkolwiek innej dyscypliny sportu.
  • Obcisłe spodenki – ja używam takich do biegania – bardzo ułatwiają jazdę na rowerze. Zresztą, odpowiedni strój sportowy przydaje się w każdym sporcie. Dzięki niemu jest wygodnie. Jeansy na rowerze, rolkach czy w innej dyscypliny sportowej – nie sprawdzą się za dobrze.
  • Dobrze, że zainwestowałem kiedyś w fajne, sportowe okulary przeciwsłoneczne z filtrem UV (#Decathlon) – przydają mi się na trasie. Nie tylko poprawiają komfort, ale i – co jest niezwykle ważne – chronią nasze oczy przed wielogodzinnym nastawieniem na promieniowanie UV!
  • Skoro już chronimy oczy, warto zadbać i o skórę – krem z filtrem UV to must-have na wyprawę rowerową. Przy pierwszej dłuższej wyprawie nie pomyślałem o tym i wieczorem odczułem, jak mocno potrafi opalić słońce na rowerze. A przecież warto pamiętać, że to nie jest tylko kwestia niedogodności związanych ze zbyt dużym opaleniem, ale i naszego zdrowia.
  • Jazda pod wiatr jest dużo gorsza psychicznie niż fizycznie. A wiecie, co jest gorsze od jazdy pod wiatr? Jazda pod górkę ORAZ pod wiatr. Plus taki, że w drugą stronę będzie z górki – pokonując trasę z Grodziska Mazowieckiego do Mszczonowa, jechałem ze średnią prędkością 15 km/h, a wracałem już szybciej – 19 km/h, mimo że byłem przecież bardziej zmęczony. W pierwszą stronę nie było łatwo, zmaganie się z takimi przeciwnościami, jak górka i wiatr, może nie być proste, jednak w czasie wyprawy, trzeba i przez takie momenty przejść.
  • Przerzutki w rowerze to wynalazek na miarę nagrody Nobla! Znam osoby, które jeżdżą – sporadycznie i bardzo rekreacyjnie, a czasem i na dłuższe wyprawy – bez używania przerzutek. Głównie dlatego, że nie wiedzą, jak ich używać. Tylko że tak się nie da jeździć, serio! Przerzutki w rowerze są biegami w naszym samochodzie – i raczej ciężko sobie wyobrazić, że jedziemy samochodem ciągle na jednym i tym samym biegu.
  • Zakup sakw rowerowych, które transformują się w normalny plecak, był strzałem w dziesiątkę. Gdy jadę – są jak zwykłe sakwy, zamontowane na bagażniku z tyłu, gdy jednak chcę iść na kawę / basen / zakupy – zdejmuję sakwy z roweru, zmieniam je w (bardzo pojemny, ale i wygodny) plecak i mogę spacerować.
  • Damski rower może być bardzo wygodny i być tak samo męski, jak każdy inny 😉. Plus – biały to ładny kolor 😁 Tak się złożyło, że jeżdżę na rowerze w wersji damskiej, tak zwanej damce. Wyróżnia się on charakterystyczną budową ramy, gdzie górna rura jest poprowadzona o wiele niżej, niż w wersji „normalnej”. Dzięki temu wsiadanie i zsiadanie z takiego roweru jest znacznie łatwiejsze. Poza tym, rowery damskie nie różnią się niczym więcej od męskich, jeżeli chodzi o konstrukcję.
  • Warto zapisywać swoje przemyślenia, wnioski, emocje po dłuższych wyprawach rowerowych – dzięki temu sprawisz, że kolejne wycieczki będą jeszcze lepsze. Wykorzystaj do tego swój dziennik, a jeżeli go nie masz – to świetna okazja, aby taki zacząć prowadzić. Dzięki temu, że ja spisałem moje przemyślenia, możesz teraz czytać ten wpis. Jak zawsze więc gorąco polecam prowadzenie swojego własnego dziennika.
  • iPad znowu okazał się świetnym urządzeniem – pakuje go w plecak i gdy mam ochotę na przerwę, zatrzymuję się, siadam na ławce / przystanku / w kawiarni i mogę napisać kolejny wpis w dzienniku, na blogu, na przykład o tym, jak fajna jest jazda na rowerze 🙃.

Uuuch, nazbierało się tego trochę. Jak widzisz, mam całkiem sporo przemyśleń związanych z moją nową miłością, jaką staje się bardzo szybko jazda na rowerze. Czuję, że czeka mnie jeszcze wiele przygód związanych z wyprawami rowerowymi i już nie mogę się doczekać ich przeżycia. Rower jest wspaniałym, ekologicznym i oszczędnym środkiem transportu. W połączeniu z pociągiem i na przykład małym namiotem, może się okazać, że jest wspaniałym sposobem nie zwiedzanie nie tylko najbliższej okolicy, ale i odległych zakątków, naszego kraju, może kontynentu? Gorąco zachęcam do wypróbowania i zakochania się w podróżach rowerowych tak samo, jak ja. Mam nadzieję, że miniemy się kiedyś na trasie.

Koniec

czwartek, 02.02.2023

Miej cierpliwość. Wszystkie rzeczy są trudne, zanim staną się łatwe. – Saadi

Przy odpowiedniej ilości cierpliwości, konsekwencji i poświęcenia, możliwe jest pokonanie każdej przeszkody. Nieważne, jak trudne coś może się wydawać, nie poddawaj się. Próbuj dalej, a w końcu się uda.

Cierpliwość jest kluczem do sukcesu i ważne jest, by pamiętać, że potrzeba czasu, aby rzeczy się zadziały, wydarzyły. Nie zniechęcaj się, nie bądź przytłoczony, gdy nie widzisz wyników od razu. Z cierpliwością możesz sprawić, że Twoje marzenia staną się rzeczywistością.

Nawet największe sukcesy składają się z małych kroków. Kiedy ćwiczysz cierpliwość, możesz podzielić duży cel na łatwe do wykonania i osiągalne zadania. Możesz poświęcić czas na zdobycie umiejętności i wiedzy niezbędnej do osiągnięcia sukcesu.

Z cierpliwością i ciężką pracą, możesz stworzyć życie, którego pragniesz dla siebie.

Koniec

poniedziałek, 09.01.2023

Życie po prostu jest. Trzeba płynąć wraz z nim. – Jerry Brown

Wróciłem do nagrywania Morning Pages. Jerry Brown i jego słowa mnie do tego zainspirowały.

Świat wokół nas pełen jest ciągłej zmiany. Czasem szybciej, czasem wolniej, ale nieustannie coś się dzieje, stale zaskakuje nas coś nowego. Żyjemy w wiecznym pędzie i pośpiechu, próbujemy wprowadzać w naszą codzienność nowe rozwiązania, które mają zapewnić nam lepsze i szczęśliwsze życie, chcemy coś poprawiać, usprawniać, modyfikować. Lubimy jednak mieć poczucie kontroli, szczególnie nad zmianami. Lecz dobrze jest rozumieć, że nie możemy kontrolować każdej sytuacji, w której się znajdziemy, każdej zmiany, która nas dotyka. Gdy sobie to uświadomimy, będziemy mogli po prostu usiąść i płynąć wraz z życiem. Nie ma sensu z nim walczyć. Czasem jedyne, co możemy, to obserwować, jak zmienia się nasze życie i zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby jak najlepiej je wykorzystać – życie i zmiany, jakie w nim następują. 

Nawet jeśli nie potrafimy przyjąć, pogodzić się ze zmianami, nie znaczy to, że one nas ominą. Są one nieuniknioną częścią naszej opowieści.

Koniec roku 2023
Koniec

sobota, 24.09.2022

Jeżeli robisz to, co łatwe, Twoje życie będzie trudne. Jeśli robisz to, co trudne, Twoje życie będzie łatwe. – Les Brown

Podobno kompromis jest kluczem do zgody. Zastanawiam się czasem nad tym. Właściwie to dość często o tym myślę.

Nie wszystko pasuje mi w takim podejściu. Szczególnie gdy muszę iść na kompromis z samym sobą, gdy muszę zgodzić się na coś, co jest tylko w części zgodne ze mną. Nawet jeżeli jest to ta większa cząstka. 

Choć tak często są to bardzo trudne wybory, to jednak zazwyczaj mówię: „nie”. Wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nie idę na wojnę, nie walczę, ale nie biorę też tego kawałka, które akurat porzuciło mi życie. Nie idę na kompromis. Szukam dalej. Wybieram puste „nic”, niż cząstkę tego, czego pragnę. Zostawiam wróbla i idę po gołębia na dachu. I choć bywa, całkiem nierzadko, że muszę gonić go po całym mieście – chyba jeszcze nigdy nie żałuję. Nawet jeżeli muszę dochodzić do „jeszcze nigdy” bardzo długo.

(…) Brzmi to tak jakby kompromis był zaletą, cechą zawsze dodatnią i pożądaną; a przecież czasem jest on zwykłym świństwem, tchórzostwem… Często godną pochwały jest postawa skrajnie przeciwna – bezkompromisowa. – Wojciech Cejrowski, Młot na lewicę

Bycie tchórzem jest takie łatwe.
Wiem, to trudne…

Koniec roku 2022
Koniec

poniedziałek, 11.01.2021

Ostatnie dwanaście miesięcy minęły zupełnie inaczej, niż większość z nas sobie zaplanowała. Nikt chyba nie mógł przewidzieć skali pandemii, z jaką mieliśmy – i niestety nadal mamy – do czynienia. Dla wielu nie był to dobry rok, pewnie nie jeden/jedna z Was opisze go jako najgorszy w ich życiu. Mój taki nie był. Dla mnie był to bardzo udany okres – wszystko przez zobowiązanie, jakie wziąłem na siebie rok temu.

Rok odwagi

W styczniu 2019 roku, jak co roku, wybrałem sobie temat, w zgodzie z którym chciałbym działać przez następne 12 miesięcy. Podjąłem wtedy decyzję, że będzie to rok odwagi. 

Słowo odwaga dla każdego oznacza coś innego. Wybierając sobie je jako temat roku, chciałem dokonać pewnych transformacji w życiu. Nie do końca jednak wiedziałem jakich. Potrzebowałem więc pozwolenia na poszukiwania, pozwolenia na kwestionowanie tego co mam, na próby, na zmiany. Wiązało się to z nastawianiem na nowe rzeczy, na śmiałe działania, na szerokie otwarcie oczu na zmianę, na poszukiwania nowego, odwaga miała być słowem-kluczem, które towarzyszyć mi miało przez cały rok. Czy mi się to udało? 

Bardzo, bardzo „tak”. 

Rok odwagi uważam za wielki sukces – mój prywatny sukces. Dzisiaj przyszła pora podsumować to, co się działo i oficjalnie zakończyć ten wspaniały okres. 

Wybranie tematu, w zgodzie z którym będzie się działało przez następne dwanaście miesięcy, nie należy do zadań prostych. Jest to bardzo poważne zobowiązanie i ostatecznie ma wpływ na większość podejmowanych potem decyzji. Każdego dnia dokonujemy przecież wielu wyborów, a narzucenie sobie tematu, sprawia, że mocno ograniczamy sobie pole manewru. Rok odwagi oznaczał dla mnie zmiany, poszukiwania i wybór mniej oczywistych rozwiązań. Miałem próbować nowego, nie bać się, nie unikać nieznanego. Już od samego początku wziąłem się ostro do roboty, zaczynając od poszukiwań nowego systemu produktywności – wystartowałem w lutym burząc kompletnie wszystko i kwestionując każdy element dotychczasowego schematu, w jakim działałem. Moje poszukiwania trwały kilka miesięcy (pisałem o tym w cyklu „Bunt maszyn” na blogu), ale w końcu doszedłem do ładu i teraz jestem ogromnie zadowolony ze zmian w moim systemie produktywności. Inną ważną, odważną decyzją była podróż przez Szwecję, którą odbyłem na samym początku roku. Cieszę się, że mi się to udało, zanim koronawirus na dobre rozgościł się w Europie. W ciągu kilku następnych miesięcy odbyłem też kilka innych, mniejszych wycieczek – po Polsce. Rok odwagi spowodował, że podejmowałem przy tym decyzje, których wcześniej unikałem, a które sporo mnie nauczyły. Dowiedziałem się, że mogę wyjechać na kilka dni, pracować i spać w samochodzie – odkryłem też, że bardzo mi to odpowiada. Okazało się, że kocham podróże. Okazało się, że mogę je odbywać, kiedy tylko zechcę.

Te dwanaście miesięcy to dla mnie również sporo zmian w biznesie – choć nie będę wchodził głęboko w szczegóły, to mogę powiedzieć, że kierując się właśnie odwagą, dokonałem kilku znaczących zmian i na tej płaszczyźnie – z każdej jestem bardzo zadowolony. Odnalazłem nowe osoby do współpracy – uwielbiam z nimi pracować i przebywać, odkryłem nowe płaszczyzny do pracy, nie bałem się podejmowania decyzji w obszarach dla mnie trudnych. No dobra, może i momentami się bałem, ale za każdym razem tłumaczyłem sobie, że jest to mój rok odwagi – mam więc pozwolenie na podjęcie ryzyka. A to przecież decyzje zawsze wiążą się z ryzykiem, że coś się nie uda. Jednak rok odwagi oznaczał przecież dla mnie również to, że podjętych decyzji nie będę żałował. I to się bardzo dobrze sprawdziło.

To w końcu odwaga popchnęła mnie do tego, aby zaprosić Piotra do nagrywania wspólnego podcastu o produktywności (zapraszam do 🐽 PiG Podcastu!) – co nie tylko okazało się wspaniałą przygodą, ale i dużym sukcesem. W ramach tego projektu nie bałem się mierzyć z trudnymi tematami, zapraszać wspaniałych gości czy eksperymentować z moim mobilnym, samochodowym studiem do nagrywania.

Odwaga panowała we wszystkich obszarach mojego życia, od pracy, po dom, małżeństwo, wychowanie dzieci, ścieżkę, jaką podążam w ramach rozwoju osobistego. 2020 rok to dla mnie przecież rozpoczęcie pięknej przygody z bieganiem, przerywanym postem (o którym już niedługo Ci opowiem) i tak szerokim otwarciem się na stoicyzm.

To również dzięki odwadze zdecydowałem się zapisać do klubu rolkowego, choć muszę przyznać, że to ona też spowodowała kontuzję, jakiej się nabawiłem.

Zmian było dużo, zyskał też mój blog, który nie tylko dostał nowy wygląd, ale i nazwę (z Fajne Życie zmieniłem na fajne.life) – a tego przecież raczej się nie robi.

Odwaga towarzyszyła mi ona właściwie na każdym kroku i w ciągu roku nie było dnia, w którym nie pamiętałbym o decyzji, jaką podjąłem. Rok odwagi pozwolił mi marzyć, odkrywać siebie na nowo, próbować nowego – dzięki temu odkryłem, jak wiele rzeczy jeszcze na mnie w życiu czeka. Wróciłem do regularnego pisania na blogu, nagrywam podcasty, w moim domu zagościła też ostatnio gitara – na której zacząłem się uczyć grać. Bo czemu nie? Graliście kiedyś na jakimś instrumencie? Ja nigdy. Aż do 2020 roku 🙂. 

Czas jednak zamknąć ten wspaniały okres mojego życia, zakończyć eksperymenty, włożyć do szuflady wszystko co nowe i skupić się na utrwalaniu tego, co udało mi się wypracować w tym czasie. Czas na…

Rok ciężkiej pracy

Długo myślałem, jaki temat wybrać na 2021 rok. Po dwunastu miesiącach odważnych działań, potrzebowałem stabilizacji, uspokojenia, być może nawet nudy. Potrzebowałem zacząć wykorzystywać to, czego nauczyłem się o sobie i świecie w poprzednich dwunastu miesiącach. I muszę przyznać, że w pewnym momencie decyzja sama na mnie spadła, wręcz mnie olśniło. Po okresie odwagi potrzebny jest czas ciężkiej pracy. Tylko w ten sposób mogę użyć wszystkich mocy, jakie w sobie odkryłem. Tak więc się stało, rok 2021 ogłaszam dla mnie rokiem ciężkiej pracy.

Oznacza to koniec z eksperymentami, z szukaniem nowego, zmianami, marudzeniem, byciem wygodnym i wybrednym. Czas wykorzystać to, co wypracowałem. W poprzednim roku zacząłem poszukiwania nowego systemu produktywności, przeszedłem przez wszystkie programy do organizacji zadań, do organizacji notatek – w tym roku muszę się trzymać wyboru, jaki został dokonany. W ramach mojej firmy, byłem do tej pory otwarty na nowe współprace, czas teraz zadbać o te, które już mam. Pora zamknąć drzwi niepewności, ukrócić poszukiwania i skupić na tym, co tu i teraz. Czas dopracować wszystko co już zacząłem. W 2021 roku nie rozpocznę nowych projektów blogowych, nie sięgnę po nowy sport, nie zacznę kolejnej diety. Zamiast tego, chcę się skupić na maksymalnym wykorzystaniu wszystkiego, na co zdecydowałem się podczas roku odwagi. Będę doskonalił moją jazdę na rolkach, będę ciężko pracował z gitarą (rozpoczęcie nauki gry na gitarze było jedną z ostatnich decyzji roku odwagi – jak się cieszę, że ją podjąłem! Dzisiaj już raczej bym musiał sobie odpuścić), skupię się na byciu lepszym rodzicem, lepszym mężem, lepszym synem, lepszym blogerem, podcasterem, podróżnikiem, minimalistą. Będę się rozwijał z dobytkiem, jaki zebrałem. Publikując ten wpis, zamykam sobie oficjalnie drogę do zmiany aplikacji, w której prowadzę dziennik (w 2021 roku przeszedłem przez 5 różnych), przestaję się zastanawiać czy mój notatnik jest najlepszym, jaki mogę mieć, ograniczam zakupy, kwestionowanie rzeczy, które mam, rozglądanie się za ulepszeniami. Ma to być rok nudy, potu i harówki.

Nie będzie to proste – eksperymentowanie jest tak bardzo fajniejsze, łatwiejsze, ciekawsze. Jednak decyzja o ciężkiej pracy jest mi potrzebna – jest naturalnym następstwem decyzji sprzed roku, ucięciem szaleństw, na jakie mogłem sobie pozwalać do tej pory. Cieszę się na to, choć nie ukrywam, że trochę się boję. Nie jestem pewien, czy moje wariactwa i eksperymenty z ostatnich dwunastu miesięcy doprowadziły mnie do rzeczy, z którymi jestem w stanie przetrwać najbliższy rok. Jednak mimo tej niepewności, podejmuję tę decyzję. Czy za kolejne dwanaście miesięcy będę o niej mówił z takim samym optymizmem, z jakim podsumowałem rok odwagi? Nie wiem. Czuję chyba jeszcze większą niepewność niż rok temu. Choć z drugiej strony, już teraz cieszę się z rzeczy, które uda mi się zrealizować. Rok odwagi był rokiem niepewności. Ciężka praca – to z kolei pewność, gwarancja sukcesu, efekty. Jeżeli więc uda mi się działać w zgodzie z tym tematem – czeka mnie wspaniała nagroda. Wiem, że będę o wiele dalej, niż jestem dzisiaj. W każdym obszarze mojego życia.

Rok ciężkiej pracy uważam więc za rozpoczęty. Dla Ciebie oznacza to więcej wpisów, nagrań, prezentów – tu na blogu. I więcej historii związanych z moimi postępami. A więc do roboty! 🙂

Koniec roku 2021
Koniec

środa, 30.09.2020

Jeżeli wszystko poszło zgodnie z planem, i w ostatniej chwili nic się nie wydarzyło, w momencie, gdy czytasz tę wiadomość, mam już na moim wrześniowym koncie przebiegnięte ponad 50 km. Właściwie to klikam „wyślij” i idę na ostatnie pobieganie z tego wyzwania. 50 KILOMETRÓW. Wow. Nie mogę uwierzyć, że mi się udało…

W czasach szkoły średniej nie lubiłem chodzić na WF. Nie – tak naprawdę to nienawidziłem WFu! Robiłem co tylko mogłem, aby się wymigać od ćwiczeń. Uciekałem z lekcji, udawałem chorego albo zwyczajnie siadałem na ławce i nic nie robiłem. Interesowało mnie absolutne minimum potrzebne do przejścia do następnej klasy. Zastanawiam się teraz, dlaczego tak było…

Dla odmiany w podstawówce uwielbiałem długie wyprawy rowerowe z kolegami, bieganie po ulicy, grę w piłkę, pasowała mi właściwie każda forma aktywności fizycznej, nie miałem też problemu z ćwiczeniami w szkole. Nawet przez chwilę trenowałem piłkę nożną w klubie sportowym! Był to krótki epizod w moim życiu, ale jednak się pojawił. Pamiętam, że na pierwszym treningu trener powiedział mi, że wyglądam zupełnie jak Boniek i wszyscy zaczęli się śmiać. Szczerze mówiąc, nie bardzo wtedy wiedziałem kim jest Boniek (😁), byłem więc mocno zmieszany. Ale sama gra, poza bieganiem na rozgrzewkę, była super.

No właśnie, chyba to bieganie sprawiało, że z czasem tak bardzo znienawidziłem WF. Odrzucało mnie, jak myślałem, że miałbym przebiec 1 km. A przecież w szkole średniej biegania jest całkiem sporo. Chyba bym prędzej umarł ze zmęczenia niż dał radę przebiec cały kilometr. A nawet, gdyby jakimś cudem mi się udało, co mój czas nie nadawałby się nawet na dwójkę. W efekcie stopniowo zacząłem rezygnować z jakiejkolwiek formy ruchu w moim życiu. Zresztą z każdym rokiem było to coraz prostsze. Po szkole przeprowadziłem się do Warszawy – autobusy, metro i tramwaje skutecznie pomagały mi w nieruszaniu się. Później pojawiło się prawo jazdy, samochód – i nie musiałem już nie tylko biegać, ale i za wiele chodzić.

Na szczęście wszystko zmieniło się kilka lat temu, z chwilą, gdy postanowiłem rzucić palenie. Zacząłem wtedy biegać, choć był to epizod tak samo krótki, jak ten w klubie piłkarskim. Pierwszy raz wybiegłem na ulicę tego samego dnia, którego wypaliłem ostatniego papierosa. Jak się pewnie domyślasz – po latach palenia – była to męczarnia… Po 100 metrach wolnego truchtu miałem ochotę położyć się na ziemi, wypluć płuca i umrzeć. Ale nawet na taki ruch nie miałem wtedy siły. Na szczęście pozbycie się papierosów sprawiło, że z każdym kolejnym bieganiem, osiągałem o wiele lepszy wynik niż poprzedniego dnia. Biegałem dwa razy dalej albo osiągałem o połowę lepszy czas niż poprzedniego dnia na tym samym dystansie. Trudno o lepszą motywację – wystarczyło mi więc zapału na kilka pierwszych dni, może tygodni – dopóki widziałem wyraźne, codzienne postępy, dawałem radę przekonać samego siebie, że warto wybiec kolejny raz z domu. Jeżeli zastanawiasz się, jakie to były odległości, to niestety (na szczęście!) ich nie zapisałem – choć pewnie, gdybym spojrzał w aplikację Zdrowie w moim iPhonie, okazałoby się, że widnieją tam zapiski moich „dokonań”. Jednak wolę tego nie robić… 🙂 Powiedzmy jednak, że było to pewnie w okolicy kilometra.

Bieganie w tamtym czasie było jakąś formą pomocy w rzuceniu paleni, i gdy mój główny cel udało mi się zrealizować, gdy poczułem, że jestem wolny od nałogu – po prostu przestałem wychodzić pobiegać… i tak już zostało. Potraktowałem ten sport jak niedobre lekarstwo, którego spożycie jest niezbędne do wyleczenia, ale nie można przyjmować go dłużej niż zapisane w ulotce. Było to kilka lat temu i trzymałem się później zasady, że bieganie to nie jest sport dla mnie. Przecież uwielbiam chodzić, a nawet dość szybko maszerować – to powinno wystarczyć. Nie miałem najmniejszego problemu ze zrobieniem 20-to kilometrowej pieszej trasy z Jeleniej Góry do Karpacza, nie marudziłem, gdy chodziliśmy z Ewą jeszcze więcej po Tatrach – chodzenie to był mój sport. Mogłem bez żadnych skrupułów powtarzać na prawo i lewo, że nie lubimy się z bieganiem i już. Do czasu.

Pod koniec sierpnia, tak się jakoś złożyło, że dostałem zaproszenie do pewnego wyzwania… Polegało ono na przebiegnięciu przez cały wrzesień pięćdziesięciu kilometrów. Należało przy tym biegać z włączoną aplikacją Nike Run Club, która to rejestrowała odbyte biegi i zliczała zrobione kilometry. A wszystkich uczestników wrzucała w jedną tabelę, układając ich wyniki w kolejności od najlepszego. Sam nie wiem co mnie podkusiło, aby zgodzić się na dołączenie do wyzwania. Przecież ja nie biegałem! Ale się zgodziłem. I trzeba było przebiec. Choć pewnie przez całe moje 36-letnie życie, nie przebieglem łącznie takiego dystansu w miesiąc.

I właśnie dzisiaj, dwa dni przed końcem miesiąca, udało się. Przebiegłem pełne 50 km. Choć nie było łatwo! Ale o tym opowiem Ci za tydzień, w kolejnej wiadomości 🙂.

Ps. Dla każdego, kto biega, przebiegnięcie 50-cię kilometrów w miesiąc nie jest pewnie jakimś wielkim wyczynem, dla mnie jednak było ważne i bardzo trudne. Fakt, że mi się udało, sprawia, że czuję się świetnie. Przypomniałem sobie, że mogę wszystko! Jednocześnie uświadomiłem sobie, że zadania proste do wykonania dla jednych, mogą być mega trudne dla innych – najcenniejsza lekcja z całego września. 

Pytanie: Co niewiarygodnego (choć jednocześnie łatwego) udało się Tobie zrobić we wrześniu?

Koniec

środa, 05.08.2020

Szczęście to taka dziwna rzecz, z którą większość z nas totalnie sobie nie radzi. Nie łatwo jest stworzyć jego definicję i być może dlatego tak często podążamy niewłaściwą ścieżką w jego poszukiwaniach. Patrzymy nie tam gdzie trzeba, rozglądając się na wszystkie możliwe strony. Utożsamiamy je bowiem z liczbą posiadanych rzeczy, bogactwem, a nawet urodą, widzimy je u sąsiada czy koleżanki, potrafimy je znaleźć właściwie u każdego – ale sami jesteśmy wiecznie nieszczęśliwi. A to sprawia, że zapominamy o jednym głupim drobiazgu, którego nie da się w żaden sposób przeskoczyć: tak prawdę szczęście jest jedynie stanem naszego umysłu, w który możemy nauczyć się wchodzić, i nie ma żadnego związku z drugą osobą czy jakąkolwiek rzeczą materialną.

Nauka udowodniła, że poziom naszego samopoczucia, elastyczności i kontroli nad impulsami nie jest czymś co dostajemy od Boga i co musimy zaakceptować jako fakt dokonany. Mózg – narząd, dzięki któremu doświadczamy rzeczywistości i który ma wpływ na każde nasze działanie – można trenować. Szczęście jest umiejętnością.

Zapraszam Cię do podróży po uważność i spokój.

Prawdziwe szczęście

Przejdę od razu do sedna: Medytacja jest jedną z tych kilku rzeczy, które kiedyś pozwoliły mi rozpocząć (a dzisiaj pozwalają prowadzić) moje fajne życie, które – jak myślę – ma bardzo bezpośredni związek z tym, co nazywamy „szczęściem”. To właśnie medytacja stała się dla mnie prawdziwą drogą do szczęścia i wiem, że bez niej bardzo ciężko byłoby mi tę drogę odnaleźć. Medytacja nauczyła mnie tak wiele o sobie i wszystkim, co mnie otacza… To dzięki niej odkryłem jak panować nad emocjami i nerwami – mogę wręcz powiedzieć, że pomogła mi radzić sobie z samym sobą. Bo na drodze do szczęścia tak naprawdę stoi zawsze tylko jedna przeszkoda – my sami. I choć wiem, że istnieje szansa, iż po przeczytaniu tych słów stukniesz się w głowę i zamkniesz okno przeglądarki, to wierzę, że gdy przeczytasz cały artykuł i mocniej się nad tym wszystkim zastanowisz – zobaczysz, że mam rację.

A medytacja to nie tylko źródło szczęścia… dzięki niej odkryłem, jak radzić sobie również z lękiem, nauczyłem się go akceptować. Ma ona też niejako pewien związek z minimalizmem – który od dawna studiuję. Medytacja uspokoiła moją głowę, pomogła w przemyśleniach na temat tego co ważne, nauczyła mnie panować nad stresem. Kiedyś to sport wydawał się dla mnie najlepszym lekarstwem na stres – do czasu, aż zobaczyłem, że tak naprawdę on w niczym nie pomaga. Sport, używany jako lekarstwo na stres, jedynie go maskuje, a przecież totalnie nie o to chodzi. Dopiero medytacja pozwoliła mi spojrzeć właściwie na stres, ale i na jego źródło, i prawdziwie te dwie rzeczy pokonać. Sport w końcu mógł stać się tym, czym powinien być od początku – przyjemnością i lekarstwem dla ciała, zamiast próbą rozwiązywania problemów. To medytacja okazała się antidotum na troski.

Trudne początki

O ćwiczeniach uważności pisałem już kiedyś na blogu. Pierwszy wpis na ten temat, Prosta metoda liczenia oddechów, pochodzi z samych początków mojego pisania – nie wiedziałem wtedy jeszcze zbyt dokładnie, czym owa medytacja tak naprawdę jest i czym stanie się dla mnie po latach. Próbowałem poznać ją na różne sposoby – i w którymś momencie po prostu załapałem, zaskoczyło!

Pomógł mi w tym niewątpliwie iPhone (a jakże by inaczej! 😎), o czym również miałem już okazję Wam opowiadać – w artykule o sposobach radzenia sobie ze stresem z wykorzystaniem smartfona (Medytacja i Twój smartfon) – to również dawne czasy. Wspominałem w nim o trzech, wspaniałych aplikacjach: OakCalm i Headspace. Tylko pierwsza z nich gościła w moim świecie nieco dłużej i przyczyniła się do tego, że szybko pokochałem medytację, co nie oznacza, że pozostałym dwóm coś brakuje. Oak ma jednak tę przewagę nad innymi, podobnymi aplikacjami, że – nie dość, iż jest przepięknie wykonana – jest również bezpłatna! Jeżeli jesteś właścicielem iPhone’a i język angielski nie jest dla Ciebie żadną przeszkodą, polecam Ci wypróbować właśnie Oak – do rozpoczęcia przygody z medytacją. Może i u Ciebie „zaskoczy”?

Krok drugi

Gdy już trochę zaznajomisz się ze swoim umysłem, nauczysz się koncentrować na oddechu, zrozumiesz, na czym polegają podstawy mindfullness’u, warto, abyś zrobił kolejny krok w medytacyjną przygodę. Jeżeli tak jak ja lubisz urozmaicenia, a nowe narzędzia motywują Cię do dalszego działania, możesz sięgnąć po kolejną aplikację. Ja oczywiście tak właśnie zrobiłem – cała moja droga przez medytację opiera się na wiedzy, którą czerpałem właśnie z aplikacji na smartfonie.

Mój wybór padł na Insight Timer – polecaną przez wiele osób, dużo bardziej rozbudowaną aplikację, która w pewnym stopniu skupia się wokół budowania społeczności i interakcji z innymi użytkownikami. W odróżnieniu od dość prostego rozwiązania, jakim charakteryzował się Oak, Insight Timer był dla mnie w tamtym okresie o wiele ciekawszym kompanem w medytacji. Wspomniany wcześniej element społecznościowy sprawił, że cała idea działania aplikacji od razu przypadła mi do gustu. Ucieszył również fakt, że wiele z sesji medytacji dostępnych było w języku polskim. Wynikało to z faktu, że każdy mógł nagrać i dodać do aplikacji swoją własną sesją, więc i Polacy skorzystali z tej możliwości. Insight Timer na pierwszy rzut oka wydaje się aplikacją zaawansowaną, wręcz skomplikowaną, z pewnością bardziej wymagającą niż Oak – i nie da się ukryć, że tak właśnie jest. Ciężko też nie zauważyć, że jest ona w pewnej części płatna. Jednak podstawowa, bezpłatna wersja, pozwala na odbywanie codziennych ćwiczeń. A mamy też do dyspozycji siedmiodniowy okres próbny opcji Premium, dzięki czemu można dokładnie sprawdzić, co oferuje.

Insight Timer był dla mnie na jakiś czas ciekawą odmianą, nowym doświadczeniem, jednak z czasem doszedłem do wniosku, że nie w każdej sytuacji pasuje mi mnogość funkcji, jakie oferuje. Czasem po prostu miałem ochotę usiąść, włączyć aplikację i dać mojej głowie odpocząć – bez zastanawiania się nad opcją, jaką dzisiaj powinienem wybrać. Efekt był taki, że zacząłem zamiennie używać Oak i Insight Timer, jednocześnie szukając kolejnej pozycji dla siebie – jakby jeszcze było mi mało tego co miałem.

W tamtym okresie zacząłem też zupełnie nową aktywność – jogę, która, poprzedzając moje codzienne sesje medytacji, okazała się jej wspaniałym uzupełnieniem. Dodatkowo ucieszyłem się z faktu, że aplikacja, którą uczyła mnie jogi – Daily Yoga, również oferowała swoje sesje medytacji. Były one dostosowane do rodzaju wykonywanych ćwiczeń, więc szybko okazały się być fajnym wyborem dla kogoś, kto poszukiwał odświeżenia w tej dziedzinie. Daily Yoga po każdej wykonanej sesji jogi, zachęcała mnie do chwili relaksu i medytacji ze specjalnie przygotowanymi słuchowiskami. Muszę przyznać, że przez jakiś czas odpowiadało mi to kompletne rozwiązanie – obydwie aktywności ładnie się ze sobą łączyły. Jednak mimo wszystko wiedziałem, że to nadal nie jest to, czego szukam w dłuższej perspektywie czasu. A oczekiwałem, że aplikacja do medytacji nie tylko pomoże w jej praktykowaniu, ale również umożliwi naukę i rozwój. Zdaję też sobie sprawę, że moje podejście do medytacji nie było do końca właściwe. Zamiast szukać aplikacji, kolejnych gadżetów, powinienem po prostu skoncentrować się na słuchaniu siebie, własnego ciała, umysłu i samym skupieniu – czyli istoty medytacji. Tłumaczyłem sobie to jednak w ten sposób, że po pierwsze jestem jeszcze na etapie poznawania, czym medytacja jest, i tu przewodnik i nauczyciel są bardzo przydatne, a po drugie – nie bałem się po raz kolejny przyznać sam przed sobą, że nowe sprzęty, aplikacje, usprawnienia, gadżety, bajery – motywują mnie do działania. A skoro dzięki temu osiągam oczekiwany efekt – dlaczego miałbym to podejście zmieniać? W dokładnie ten sam sposób zakup mikrofonu zmotywował mnie do rozpoczęcia nagrywania podcastów, czy zgromadzenie sprzętu do nagrywania wideo, które spowodowało, że stworzyłem kanał na YouTubie, gdzie po miesiącu pojawiło się prawie 30 filmów (które nagrywałem praktycznie codziennie). Taki już jestem i staram się to wykorzystywać 🙂.

10 Percent Happier

Mówią, że do trzech razy sztuka, ale u mnie dopiero za czwartym razem się udało. Po przygodach z Oak, Insight Timer i Daily Yoga, całkiem przypadkiem trafiłem kiedyś na 10 Percent Happier. Kolejną aplikację. I zakochałem się praktycznie od pierwszego wejrzenia. Autorem cyklu – bo jak się okazało, 10 Percent Happier to coś o wiele więcej niż sama aplikacja – jest Dan Harris, popularny amerykański dziennikarz, współprowadzący programy „Nightline” i „Good Morning America”, autor wielu reportaży telewizyjnych i w końcu autor kilku książek. Dan jako dziennikarz telewizyjny przez lata pracował w ciągłym napięciu, stresie, stale był pod ogromną presją. Doszedł jednak do momentu, w którym postanowił zmienić swoje życie (ha, skąd ja to znam!). Zaczął od poszukiwań, rozmów z ludźmi, chciał nauczyć się wyciszać, żyć spokojnie. W taki oto sposób trafił na ścieżkę, która doprowadziła go do medytacji. W 2014 roku wydał książkę pod tytułem „10% Happier”, która momentalnie stała się hitem i szybko po wydaniu trafiła na szczyt rankingu bestsellerów. Następnie Dan stworzył cały program nauki, w formie aplikacji o tym samym tytule – ogromnym kurs lepszego życia, opierający się przy każdym kroku o medytację. Jest to zbiór porad, kursów, sesji i wywiadów z ludźmi, z którymi Dam miał okazję rozmawiać, i od których miał możliwość sam się uczyć.

Sama aplikacja, pomimo faktu, że składa się z wielu małych kursów, jest tak naprawdę jednym ogromnym przewodnikiem po szczęściu. A ja, jak już napisałem – zakochałem się w niej już w pierwszej chwili, gdy ją zobaczyłem. Bardzo dobrze wykonana pod względem technicznym, co niestety nie jest powszechne – a dla mnie jednak dość ważne – napakowana materiałami szkoleniowymi w formie audio i wideo, stale uzupełniana o nowe treści. Idealna. Do tego dochodzi ten amerykański, klasyczny styl – który wręcz uwielbiam (w końcu wychowałem się na amerykańskich filmach lat 90’!). Dan w kursie przeprowadza wywiady z perspektywy ucznia, nie robi z siebie guru medytacji, nie uczy nas, on uczy się razem z nami – dzięki takiemu podejściu nauka jest o wiele przyjemniejsza. Udział w kursie nie należy do najtańszych, roczny dostęp to koszt ponad 400 zł, ale po pierwsze wraz z rejestracją możesz rozpocząć bezpłatny, 7-dniowy okres próbny, po drugie prawdopodobnie zaraz po rejestracji, tak jak ja, otrzymasz możliwość skorzystania z dużego rabatu, a po trzecie aplikacja z pewnością warta jest nawet tej podstawowej, pełnej ceny! Gdy zakończysz bezpłatny okres próbny, możesz dalej czas korzystać z małej części aplikacji i pierwszego mini kursu, który Dan udostępnia bez dodatkowych opłat. Gdy ja musiałem podjąć decyzję, czy napewno chcę wydać tak dużą kwotę na roczny dostęp do aplikacji, kilka razy wracałem do tego podstawowy bezpłatnego kursu, analizując, czy prezentowany tu styl jest napewno dla mnie. Dzięki temu utwierdziłem się w przekonaniu, że 10 Percent Happier jest tym, czego potrzebowałem i od dawna szukałem.

Czy jest to również opcja dla Ciebie? Musisz sam się o tym przekonać, ale dla mnie to najlepszy przewodnik po spokoju, szczęściu i medytacji, jaki znalazłem… Pozwolę jednak Danowi wypowiedzieć się samemu.

10 Percent Happier, tak samo, jak wcześniej uważność i medytacja, na stałe zagościły w moim życiu. Staram się korzystać z aplikacji każdego dnia. A, jak już wcześniej wspomniałem, jest jeszcze książka. Dan w bardzo ludzki sposób opisująca w niej swoją drogę – trochę pogubionego w życiu człowieka, który wchodząc małymi krokami w świat medytacji, znajduje odpowiedzi na wszelkie nurtujące go pytania. Wracam jednak do tematu samej medytacji, do recenzji tej niesamowitej książki zaproszę Cię innym razem w osobnym wpisie na blogu.

Uwżność

Nawet jeżeli jesteś dopiero na początku drogi poszukiwania odpowiedzi na pytanie czym jest medytacja, pewnie już wiesz, że głównym jej celem jest uważność. Za to nie jest ona z pewnością ćwiczeniem oddechowym, choć takie ćwiczenia mogą być jej elementem. Sama medytacja jest raczej praktykowaniem skupienia. Od kilku lat staram się wejść w ten świat, odkrywać drogę do uważności, ale dopiero niedawno – właśnie dzięki wspomnianej już aplikacji i kursom w 10 Percent Happier – odkryłem istotę tego, czym sama medytacja jest, albo inaczej – jak powinna wyglądać.

Być może to spore uproszczenie z mojej strony, ale jak się okazuje, w medytacji wcale nie chodzi o to, aby za wszelką cenę utrzymać jak najdłużej stan uwagi, skupienia. To znaczy, tak naprawdę o to chodzi, ale nie jest to najważniejsze – pomimo tego, co mówią niektóre poradniki. Jesteśmy ludźmi, niedoskonałymi istotami, rządzą nami emocje, myśli, reakcje, a to wszystko najczęściej uniemożliwia nam pozostanie na dłużej w stanie pełnego skupienia. Ludzki umysł po prostu nie jest do tego ani przystosowany, ani stworzony, przeciwnie, jesteśmy przyzwyczajeni do rozproszenia, co tak dobrze widać szczególnie teraz, w dobie wszechotaczającej nas elektroniki, wielozadaniowości, myślenia o wielu rzeczach naraz i szybkim wykonywaniu zadań. A medytacja – jak się okazuje – nie polega wcale na tym, aby zaciskać mocno zęby i z jak największą siłą odpierać wszystkie ataki nowych myśli, starając się za wszelką cenę zachować czysty umysł. Przeciwnie. Chodzi jedynie o to, aby w momencie utraty skupienia, zarejestrować takie zdarzenie i powrócić do bycia uważnym. Tyle. Cała tajemnica praktykowania uważności.

Nie wiem, czy rozumiesz, co chcę powiedzieć. Uczestnictwo w kursach 10 Percent Happier nauczyło mnie, że w medytacji nie chodzi o sam stan skupienia, ale o każdorazowy do niego powrót i kolejne próby. Tak, chodzi tylko i wyłącznie o PRÓBY. A to znacząca zmiana w stosunku do tego, jak cały ten proces pojmowałem wcześniej. Bo jeżeli podejdziesz do medytacji jak do stanu bycia w ciągłym skupieniu, z którego najprawdopodobniej co chwilę będzie się wytrącał, wtedy wyjdzie na to, że każdorazowo robisz to źle… I ostatecznie ani jeden raz nie wykonasz całego procesu we właściwy sposób. Natomiast, jeżeli wyjdziesz z założenia, że medytacja polega na ciągłym powrocie do stanu skupienia, gdy myśli powędrują w nieznanym kierunku – wtedy za każdym razem wykonujesz dobrą robotę. Czujesz tę subtelną różnicę? Z procesu, w którym byłem skazany na ciągłą porażkę, powstała czynność, w której zawsze wygrywałem – tylko dlatego, że nie do końca mi to wychodzi, ale próbuję kolejny raz powrócić na drogę. To zupełnie nowe podejście, które zakładało, że to same próby są celem, do którego dążę, a nie to, co początkowo uważałem za cel – doskonałość. Dan Harris i jego 10 Percent Happier, sprawiły, że słowo „idealne” z hukiem wyleciało z mojego medytacyjnego słownika.

Nawyki

A teraz chciałbym, abyś pomyślał o jeszcze jednej rzeczy. Medytacja sama w sobie nie jest doskonałością, nie jest celem, który można osiągnąć, ale ciągłym dążeniem do niego i ciągłymi powrotami na właściwą drogę. Medytacja jest próbami, w którą wpisane są drobne porażki. Przynajmniej to moje wnioski i podejście, które wyciągnąłem z dotychczasowych poszukiwań, odbytych lekcji i obserwacji.

A co, gdybyśmy w ten sam sposób spojrzeć na przykład na codzienne nawyki? Te, nad którymi wielu z nas stara się, z różnymi efektami, pracować? Moje dotychczasowe podejście do nich polegało na ciągłej kontroli, wyznaczaniu sobie jednej, właściwej drogi, od której nie ma odstępstw. Albo nawyk został utrzymany, albo nie. Używałem aplikacji w iPhonie które pozwalały mi sprawdzać, które z nawyków udaje mi się realizować, ile dni daję radę… I to destrukcyjne podejście sprawiało, że nie miałem szans na wygraną, nie miałem szans na sukces. W końcu zawsze przychodził ten dzień, w którym coś się wydarzyło i musiałem przerwać na jakiś czas wykonywanie któregoś z moich nawyków. Na przykład postanowienie rannego wstawiana – gdy po zabawie sylwestrowej postanowiłem chwilę dłużej pospać lub to dotyczące codziennych spacerów z psem, gdyż moja córka źle się czuła i chciałem z nią zostać. Przykładów przerwanych w ten sposób nawyków mógłbym wypisać setki, ale myślę, że rozumiesz już, o co mi chodzi. 

A gdyby tak totalnie zmienić podejście i przestać zliczać ile razy dałem radę, ile razy mi się udało, ile razy wykonałem to co trzeba, ile zaliczyłem porażek, ale zacząć myśleć o nawykach podobnie jak o medytacji? Czyli po prostu w proces kształtowania nowego nawyku wpisać ciągłe niepowodzenia i za sedno uznać jedynie powroty na właściwą drogę? Im więcej takich powrotów, tym nawyk lepszy, a ten, który nie zaliczył podobnego zakrętu uznać za nietrwały i zagrożony? Dzięki temu, aby zwyciężyć w tej grze, wystarczy w nią dalej grać i zaliczać „wpadki”. To sprawia, że zawsze będę wygrany – wystarczy, że popełnię błąd – a będąc w takiej roli, o wiele łatwiej się żyje. Dokładnie tak samo, jak takie podejście ułatwiło praktykowanie medytacji.

Super, prawda?

Nie przekonałem Cię do mojego myślenia o nawykach? Mam więc jeszcze jeden fajny przykład, który bardzo dobrze zilustruje moje podejście. Jest nim poranne wstawanie – dla wielu tak trudny do utrzymania nawyk. Każdego dnia wstajesz wcześnie rano i jednego dnia zaśpisz, budzisz się dwie godziny później niż zwykle, dzień już nie będzie taki jak do tej pory. Jeżeli jesteś akurat w trakcie kształcenia u siebie nawyku rannego wstawania, wtedy w takim momencie bardzo łatwo się poddać, powiedzieć sobie: „nie udało się, trudno, nie jestem typem osoby, która rano wstaje i koniec” – wiele razy to obserwowałem. Jeszcze gorzej, gdy zdarzy się to kilka razy z rzędu… W tradycyjnym pojmowaniu nawyków jesteś już przegrany, przerwałeś cykl, łańcuch, musisz zaczynać od nowa. Znowu jesteś śpiochem, który chce się nauczyć rano wstawać. Jednak, jeżeli podejdziesz do tego w sposób, o którym dziś opowiadam, wtedy dopiero w tym momencie Twój nawyk nabiera jakiegokolwiek sensu, ponieważ jesteś na drobnym zakręcie i powstaje pytanie: co zrobisz dalej? Jeżeli podejmiesz działanie, aby powrócić na właściwą drogę, wtedy jesteś wygrany, a Twój nawyk zaczyna się kształtować – dopiero w tym momencie. Nawyki w takim rozumowaniu polegają już nie na pilnowaniu ich wykonywania, ale na powrocie do nich, w momencie niepowodzenia. Uświadomieniu sobie tej sytuacji i powrocie.

Czyż takie podejście nie jest wręcz przełomowe? 

Dla mnie zdecydowanie było i nadal jest. Myślę też, że spokojnie można je przenosić na kolejne obszary życia – które to z kolei może stać się znacznie łatwiejsze i spokojniejsze. Z pewnością i Ty znajdziesz wiele sytuacji, w których rezygnując z wyścigu do perfekcji i przyjmując drobne niepowodzenia jako element całego procesu, odzyskasz spokój i harmonię, oraz dużo łatwiej osiągniesz swój wymarzony cel.

Jeżeli porażki, chwile słabości – mniejsze, ale i te większe – wpiszemy na stałe we wszystko co robimy, pogodzimy się z nimi, nauczymy wychodzić z kryzysów, wtedy idziemy przez życie jako wygrani. Zawsze! I tego właśnie Ci życzę! 🙂

Jestem bardzo ciekawy, czy znasz inne obszary, w których można zastosować sposób, w jaki podchodzę do medytacji i nawyków. Napisz mi o nich – możesz wysłać maila lub napisać w komentarzu do tego wpisu – zainspiruj mnie i innych!

Koniec

czwartek, 06.02.2020

Lubię moją pracę, nawet bardzo. Szczególnie, gdy dzięki niej mogę realizawać swoje marzenia. A ostatnio praca pozwoliła mi właśnie po części spełnić jedno z nich, i to nie małe! Zanim jednak opowiem Ci co dokładnie się wydarzyło, muszę Cię trochę oprowadzić po moim świecie.

Od dawna marzę o podróżowaniu. Nie! Wróć (zawsze śmiałem się, gdy w szkole średniej moja nauczycielka od matematyki tak mówiła)! Nie marzę o podróżowaniu, ja planuję, że będę podróżował – a to jednak zasadnicza różnica, która powoduje, że marzenie zamienia się cel. Jeszcze Ci o tym nie pisałem, ale założyłem sobie, że 30 marca 2021 roku wyruszę w jakąś dłuższą podróż. Nie wiem jeszcze dokładnie gdzie, nie wiem na jak długo, ale wiem, że jadę. Na szczęście zostało mi trochę czasu na udzielenie odpowiedzi na te pytania. Data wyjazdu nie jest jakimś szczególnym dniem, nie kończę 40-tu lat, nie zaczyna się wtedy nowy rok, po prostu pewnego dnia usiadłem i taką właśnie datę wybrałem. A nawet mogę powiedzieć, że ją ot tak wymyśliłem. Było to na początku poprzedniego roku, więc dałem sobie dwa lata na zorganizowanie mojej podróży – to zarazem dużo, ale i bardzo mało. Ten mój 30-ty to taka data wyjściowa, nawet jeżeli będę miał opóźnienie, to przynajmniej będę wiedział jak bardzo jestem do tyłu.

Zaglądałeś już może na mojego Instagrama? Kiedyś wrzucałem tam nudne obrazki z cytatami motywacyjnymi oraz inne głupoty, które wpadały mi akurat do głowy. Niecały rok temu doszedłem jednak do wniosku, że nie ma to większego sensu i znaczenia. Męczyłem się okrutnie z prowadzeniem tamtego profilu. Wiedziałem, że to nie jestem ja, były tam jedynie luźne pomysły, które miały spowodować że znajdę masę followersów – tylko… po co? Po co ja właściwie to robiłem? Ponieważ nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na to dość ważne pytanie, pewnego zwykłego dnia chwyciłem telefon i skasowałem wszystko w cholerę (wybacz słownictwo, ale to określenie idealnie oddaje emocje które mi towarzyszyły w tamtej chwili). Powiedziałem sobie jednocześnie, że nie wrzucę na Instagrama ani jednego, nowego zdjęcia, do czasu aż nie odnajdę sensu prowadzenia tam profilu. I po miesiącu znalazłem…

Nic na moim blogu nie dzieje się bez przyczyny. Gdyby tak zebrać wszystkie treści jakie opublikowałem i ułożyć z nich mapę, gdzieś tam na niej pewnie dałoby się odszyfrować, że marzę o czymś takim jak wielka podróż. Z resztą sporo piszę o marzeniach, już dawno temu zacząłem wpisem o siedmiu powodach, dla których warto być marzycielem. I choć wpis jest już dość stary, to nadal aktualny. Planując tak wielkie rzeczy musiałem też nauczyć się cierpliwości, a to – jak pewnie wiesz – nie jest proste. Jednak pomógł mi w tym sport – tu efekty przychodzą z dużym opóźnieniem, jednak warto na nie czekać, nie chodzić na skróty i nie poddawać się – to bardzo dobrze opisałem w innym z moich starych wpisów: Nie spiesz się, nie oszukuj. Skutecznie osiągnij cel. – choć pisząc go, nie wiedziałem jeszcze, że gdzieś tam w głowie tli mi się tak duży pomysł.

Innym razem pisałem o podróży do Disneylandu – tyle, że z Googlem, czy pracy marzeń w Kanadzie. Te niepozorne, i z jednej strony trochę niepasujące do mojego bloga wpisy, powoli uświadamiały mi, że jest wiele miejsc na świecie, które chciałbym odwiedzić, które muszę odwiedzić! Moje marzenia o podróżowaniu kiełkowały i trzeba było je tylko dalej hodować.

Potem pojawił się wpis o tym jak spełniać marzenia, nazwałem go: Prosty przepis na spełnienie Twojego marzenia, choćby na grafice do wpisu widnieje napis: Mały kurs spełniania dużych marzeń. I tym właśnie on dla mnie był – sposobem do realizacji mojego podróżniczego celu. Był rozpisaniem go na części, przerobieniem na plan.

Aż w końcu najbardziej znaczący wpis, który zmienił wszystko: W 80 dni dookoła świata, czyli jak zaplanować podróż życia. Wrzuciłem do niego między innymi film pokazujący historię Karola Lewandowskiego, który wraz z żoną Olą kupił starego busa i wyruszył w podróż po świecie. Jego historia zainspirowała mnie do tego stopnia, że pomyślałem: dlaczego by nie????? Zacząłem śledzić bloga Busem przez świat, zaglądać na ich YouTubaInstagrama, zapragnąłem podobnego życia. A Lewandowscy na swoim blogu opisują krok po kroku jak to zrobić. Patrząc na Olę i Karola pomyślałem: chyba mogę i ja? Co stoi na przeszkodzie? Nic. NIC! Mogę!

Okazało się również, że osób takich jak Lewandowscy jest więcej! Znalazłem między innymi Podróżovanie – blog, na którym Kasia i Łukasz opisują swoje podróże po świecie kamperem przerobionym z dostawczego Volkswagenami. Mało tego – pokazują bardzo dokładnie, krok po kroku, jak przystosowali swój samochód do takiej podróży. Toż to dokładnie to, czego potrzebowałem! Postanowiłem pójść podobną drogą.

Wracając do Instagrama – w końcu nie napisałem Ci co właściwie tam umieszczam, a pewnie sam jeszcze nie sprawdziłeś. A nawet jeżeli jednak kliknąłeś w link do mojego profilu, to jest całkiem spora szansa, że nadal nie wiesz o co w tym chodzi. Ok, już tłumaczę: Instragram jest teraz dla mnie pewnego rodzaju mapą (mapy, mapy, wszędzie widzę mapy ????) – miejsc, które odwiedziłem. Otóż, w każdym nowym miejscu w którym się pojawiam, zostawiam małego, kolorowego, zrobionego z papieru ptaszka (nazywam je „birdami”), któremu następnie robię zdjęcie i wrzucam właśnie na Instagrama. Tylko tyle. Przynajmniej narazie ???? Mam jednak taką zasadę, że każde miejsce równa się tylko jeden instapost. Nie mogę więc co trzeci dzień wrzucać birda z Warszawy, pomimo tego, że właśnie tak często się w niej pojawiam – może być tylko jeden. Do tego nie może być to miejsce, które tylko mijam i w którym jestem raptem kilka minut – birdy zostają tylko tam, gdzie i ja zostawiam kawałek siebie, miejsca na które „mam chwilę”. Na początku było dość łatwo, zacząłem w czerwcu, na samym początku lata, były wakacje, wyjazdy z Ewą, dziećmi, do tego mogłem wrzucić birdy z miejsc, które odwiedzam na co dzień, jak właśnie Warszawa, czy moje Opypy – szybko uzbierała się całkiem spora liczba postów. Ale wakacje się skończyły, często odwiedzane miejsca również, musiałem zacząć szukać sposobów na kolejne publikacje – a Instagram mocno mnie do tego motywował.

I w ten oto sposób dochodzę do tego, od czego zacząłem mój wpis, a związane jest to z jednym z ostatnich birdów, który pojawiły się na moim profilu – numer dwudziesty czwarty, z dopiskiem Sztokholm. I to właśnie moja praca pozwoliła mi odbyć podróż do tego niezwykłego miejsca. Być może to „osiągnięcie” nie będzie dla Ciebie niczym szczególnym, w końcu bilety lotnicze do Szwecji kosztują nie więcej niż kolejowe z Warszawy do Krakowa (serio!), a leci się przecież znacznie krócej, ale dla mnie ta podróż była nie lada wyzwaniem, całkiem znaczącym znakiem i jednocześnie testem. I nie chodzi tutaj o samą pracę – zadanie, które miałem do wykonania w Szwecji było bardzo fajne, wręcz ekscytujące – lecz o cały backstage, mój osobisty plan, który towarzyszył tej wyprawie. Wyruszyłem bowiem swoim własnym samochodem, przemierzając najpierw pół Polski drogą nad morze, płynąc nocą promem, aby następnie przez cały kolejny dzień móc samochodem przejechać spory kawałek Szwecji. Ta kilkudziesięciogodzinna wyprawa była sprawdzianem, a jego wynik miał pokazać, czy takie podróżowanie jest właśnie tym, na czym mi zależy. Miał dać odpowiedź na pytanie, czy mój plan z marcem 2021 roku ma w ogóle sens. I już wiem – ma! Cały mój harmonogram w Szwecji był dość napięty, nie miałem wiele czasu na zwiedzanie, ale udało mi się trochę rozejrzeć, znalazłem wspaniałe miejsca, delektowałem się każdą minutą podróży – zarówno jadąc do Sztokholmu, jak i będąc tam na miejscu. Przemierzając drogi tego wspaniałego kraju nie pędziłem, rozglądałem się co i rusz, robiłem sporo przerw aby pooglądać przepiękną skandynawską przyrodę. Każda minuta była dla mnie czymś wyjątkowym.

Napisałem na samym początku, że praca pozwoliła mi spełnić marzenie. Ale to nie do końca prawda. Im więcej o tym myślę, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że tak na prawdę to ja sam nastawiłem się na spełnianie mojego marzenia, a praca w tym wypadku stała się dla mnie tylko narzędziem do tego. Pewnie zadziałał tu też mechanizm magnesu: byłem otwarty na tego rodzaju przygody, więc i spadło na mnie zadanie związane z podróżą. Wszystko miało znaczenie.

Moja przygoda w Szwecji już za mną, ale ta właściwa –związana z podróżowaniem – dopiero się rozpoczyna. A ja z każdym dniem szerzej otwieram oczy i widzę coraz więcej elementów, które od tak dawna podświadomie składam aby takie wyprawy odbywać. Nawet moja praca, którą od miesięcy organizuję w ten sposób, abym nie musiał wykonywać jej z domu czy jakiegokolwiek innego, konkretnego miejsca. Będąc w Szwecji pracowałem całkiem normalnie, i chociaż zadanie, które miałem tam do wykonania bardzo absorbowało mój czas i uwagę, to jednak zobaczyłem, że mogę być w dowolnym miejscu na ziemi i robić to samo, co na co dzień robię w domu.

Tak właśnie spełnia się marzenia. Jeżeli nadal nie wierzysz że można, być może musisz przeczytać jeszcze raz ten wpis, spisać sobie wszystkie linki które w nim umieściłem i odwiedzić je po kolei. To żywe dowody na to, że można! I prawdziwe sposoby pokazujące „jak?”.

Na koniec mam do Ciebie jedno pytanie: jakie jest Twoje marzenie, którego datę realizacji zapiszesz sobie właśnie dzisiaj w kalendarzu?

Koniec roku 2020
Koniec

piątek, 31.05.2019

19 lipca 2019 roku miną dokładnie trzy lata od kiedy rzuciłem palenie. Traktuję ten dzień jak moje drugie urodziny. Wydaje się, że trzy lata to sporo czasu, jednak wiem, że bardzo łatwo by było zmarnować ten czas i momentalnie powrócić do nałogu. Wprawdzie nie „ciągnie mnie” ani trochę (ANI TROCHĘ!) do papierosów, ale do końca życia będę już uważał się za „narażonego”. A dzisiaj (publikuję ten wpis 31 maja) obchodzimy Światowy Dzień bez Papierosa. Jeżeli pierwsza wymieniona data to moje drugie urodziny, to dzień dzisiejszy mogę chyba traktować jak imieniny ???? W każdym razie – również świętuję.

Trzy lata… mój organizm jeszcze długo będzie się regenerował. Podobno dopiero po pięciu latach od rzucenia palenia o połowę spada ryzyko chorób górnych dróg oddechowych, a dopiero po dziesięciu ryzyko raka płuc. Nie jestem więc nawet w połowie. A aby zbliżyć się do puli szczęśliwców, którzy nigdy nie palili, i mieć takie same „szanse” jak oni na raka płuc i różne paskudne choroby układu krążenia, potrzeba aż piętnastu lat. Także długa droga przede mną. Jednak warto powalczyć, w końcu drugiego życia nie będę miał ????

Rzucenie palenia do dziś uważam za jedną z najlepszych decyzji mojego życia. A moment, w którym sięgnąłem po pierwszego papierosa za czarną kartę historii. Decyzja o pokonaniu papierosów zmieniła moje życie. Jej efektem jest totalnie nowy styl życia, ale i blog, na którym jesteś.

Nie uważam się za eksperta w temacie pozbywania się nałogów, ale z pewnością znalazłem bardzo skuteczną (i w moim przekonaniu jedyną właściwą) metodę nie tylko na samo rzucenie, ale również na wytrwanie w postanowieniu niepalenia. Jest nią odpowiednia motywacja. Nie zastąpią jej żadne tabletki, gumy, akupunktura czy hipnoza. 

Wiele razy widziałem jak ludzie rzucają palenie z niewłaściwych powodów. Niektórzy robią to ze względów finansowych – i… wracają do nałogu zaraz po wypłacie, podwyżce czy premii. Pieniądze okazują się w tym przypadku być bardzo słabym motywatorem. Inni rzucają, bo ktoś ich o to poprosił – dzieci, rodzice, czy przyjaciele. Kończy się to w dość żenujący sposób – popalanie w ukryciu, a w momencie wyjścia prawdy na jaw – rozczarowanie osoby dla której „postanawiamy” rzucić. Spotkałem się też z przypadkiem, w którym rzucenie palenia zmotywowane było zazdrością – o to, że komuś innemu się udało. Taka motywacja wystarczyła raptem na kilka dni. Kobiety czasem rzucają palenie, gdy zajdą w ciążę, a często i młodzi tatusiowie postanawiają na trochę pożegnać się z nałogiem. Zapału zazwyczaj wystarcza do pierwszych urodzin dziecka – i to też tylko tym najbardziej wytrwałym. Szczerze mówiąc, nie znam nikogo, kto rzucił papierosy z jednego z powyższych powodów i do nich nie powrócił. I wcale się nie dziwię. W końcu każdy z opisanych wyżej przypadków zakłada walkę z nałogiem – nie dla siebie.

Jedyny skuteczny sposób i gwarancja długotrwałego efektu, to pozbycie się nałogu właśnie dla siebie, swojego życia i zdrowia. W tym przypadku masz największą szansę na wytrwanie w decyzji. Jeżeli kochasz swoje życie, każdy dzień w którym jesteś na tym świecie, każdą minutę w której możesz się cieszyć z otaczającego Cię świata, wtedy nałogi – takie jak palenie papierosów – stają się Twoim bezpośrednim wrogiem. A to z kolei daje siłę do walki –trudnej i nierównej – walki ze słabościami, przyzwyczajeniami a często i osobami z Twojego otoczenia. Chęć życia da Ci siłę do wytrwania w postanowieniu o rzuceniu palenia, ale co zrobić, aby zacząć?

Napisy na paczkach mogą odstraszyć?

Gdy palisz, nie zwracasz uwagi na te paskudne obrazki i groźne ostrzeżenia z paczek papierosów. Ja nie zwracałem. „Palenie powoduje raka i choroby serca.” – gdy jeszcze paliłem ten napis był chyba najgroźniejszym, co występowało na paczkach. Teraz za szybą w kioskach widuję sporo groźniejsze obrazki – zdjęcia różnych narządów wewnętrznych osób palących. Jednak prawda jest taka, że to działa jedynie na wyobraźnię osób, które nie palą. A najbardziej tych, które rzuciły. Palacze mają takie komunikaty totalnie w nosie. Wiem to – bo i ja je ignorowałem. Być może przekazy z paczek są źle sformułowane? Może wizja choroby odległej o kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, jest zbyt trudna do wyobrażenia? Może lepiej by było, gdyby napis brzmiał na przykład „Ta paczka papierosów skróci Twoje życie o dwie godziny. Smacznego”? Bo taka właśnie jest prawda. Jeden papieros skraca życie o jakieś 5,5 minuty – tak statystycznie podchodząc do sprawy. Cała paczka zbierze około dwóch godzin życia. Może na każdym papierosie powinien być nadrukowany napis „5 minut”, aby osoba paląca wiedziała dokładnie co sobie robi właśnie tym jednym, konkretnym papierosem? Albo lepiej – nadrukowany na każdym papierosie napis „Twoje życie” – jego spalanie mogłoby dać komuś do myślenia. 

Pamiętam, że dla mnie uświadomienie sobie tego, co każdy kolejny papieros robi z moim życiem było kluczowe.

Rosyjska ruletka

Jest jeszcze jedna rzecz. Bardzo ważna, taka, która miała bezpośredni wpływ na moją decyzję o rzuceniu palenia. W jednym z artykułów przeczytałem kiedyś, że osoba paląca może przez całe lata być zdrowa, czuć się dobrze, nie zachorować na żadną z chorób towarzyszących papierosom, ale nasz organizm ma swój limit. Dla każdego jest on inny. Dla jednej osoby może to być 100, dla innej 10 tysięcy papierosów. Możesz palić całe lata, ale wystarczy jeden papieros powyżej Twojego limitu, i wszystko zacznie się sypać. Zaczną się choroby, które nie będą już miały końca, będzie już po prostu za późno.

Pamiętam, że od momentu kiedy o tym przeczytałem, myśl, że każdy kolejny papieros może być właśnie tym jednym, prześladowała mnie non stop. Z każdym kolejnym wypalanym papierosem czułem, że zbliżam się do mojego limitu. Ale to była pozytywna myśl – ponieważ wiedziałem, że mam jeszcze szansę. A właściwie – miałem taką nadzieję. I to właśnie ta nadzieja popchnęła mnie do tej jednej z najważniejszych decyzji w moim życiu.

Jak wyglądają płuca?

Dość mocne wrażenie wywoływały na mnie zawsze filmy pokazujące jak mogą wyglądać narządy osoby palącej papierosy. Łudziłem się zawsze, że to przecież nie możliwe aby do czegoś takiego siebie doprowadzić, ale zaraz przypominałem sobie, że przecież każdego dnia kilkanaście razy dziennie faszeruję swoje płuca dymem! Zupełnie, jakbym robił sobie inhalacje z dymu z ogniska… I przypominałem sobie od razu, jak bardzo nie cierpię gdy moje ubrania po grillu, czy ognisku, śmierdzą dymem. A przecież to samo robiłem moim płucom.

Jeżeli stoisz przed decyzją o rzuceniu palenia, chciałbym Ci pokazać dwa z takich filmów. Mam nadzieję, że zadziałają na Twoją wyobraźnię.

Tylko uwaga: są dość obrzydliwe. Ale jeżeli palisz, to być może właśnie tak wyglądają TERAZ Twoje płuca.

Drugi wcale nie jest lepszy…

Ja rzuciłem. Jestem dumny i szczęśliwy. Razem z papierosami pozbyłem się wielu problemów – od tych drobnych, codziennych, jak paskudnie żółte palce, smród z ust czy intensywne pocenie się – aż po większe ale i dużo ważniejsze, jak ogólne zdrowie, które znacznie się u mnie poprawiło. Zniknęły problemy z oddychaniem, moja odporność znacząco wzrosłą, mogę biegać, spacerować, pływać. Tak jak pisałem wielokrotnie w tym artykule (a chyba z milion razy w innych artykułach), decyzja o rzuceniu palenia była jedną z najlepszych w moim życiu i na zawsze je zmieniła. Jeżeli sam się zastanawiasz nad podjęciem podobnej – nie czekaj, im szybciej to zrobisz, tym lepiej dla Ciebie. Powodzenia!

środa, 01.05.2019

Wmawiają nam, że cel uświęca środki, ale jak dalekie jest to od prawdy. W końcu to samo życie jest jego istotą, a nie jego kres. W szkole nie chodzi o to, aby ją skończyć, tylko aby się uczyć, aby zdobywać doświadczenie, zawierać przyjaźnie, kształtować swoją osobowość… A co robimy, gdy szkoła się skończy? Tęsknimy. A w pracy? Czy najważniejsze w niej na prawdę jest jej koniec o 17? A może wypłata? Awans? A może emerytura? Stałe na coś czekamy, do czegoś dążymy, nie widząc, że to sama droga jest tym najpiękniejszym czasem. A cel? Jest jedynie końcem tej pięknej drogi i nie warto poświęcić dla niego tego, co najistotniejsze, nie warto go przyspieszać, poganiać, a czasem i w ogóle osiągać.

Koniec roku 2019
Koniec

piątek, 22.07.2016

…zmieniłem je

Dzisiejszy wpis będzie trochę bardziej osobisty niż wcześniejsze. Wielu blogerów zaczyna od takiego właśnie wpisu – ja mogę jednak opublikować go dopiero dzisiaj. Chciałbym Wam trochę opowiedzieć, jak ja zmieniłem i zmieniam swoje życie. Taki mam przecież cel – zmieniać i przekazywać Wam moje doświadczenia oraz rady z tym związane. A w ostatnim czasie zmian u mnie sporo.

po pierwsze i najważniejsze

…po wielu latach, rzuciłem palenie papierosów! I muszę przyznać, że wspaniale się z tym czuję. Gdy zacząłem pisać bloga, wiedziałem już, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Wiedziałem, że musi nadejść, aby wszystkie inne zmiany w moim życiu miały sens. I stało się. Przygotowywałem się do tego od dawna. Dzisiaj już wiem, że odniosłem sukces i jestem z siebie dumny! Jeżeli problem palenia papierosów dotyczy również Ciebie, mam nadzieję, że ucieszy Cię fakt, iż za pośrednictwem tego bloga postaram się pokazać Ci, jak wyglądał mój plan pozbywania się nałogu, od czego zaczynałem, kiedy podjąłem decyzję że to właśnie dzisiaj jest ten dzień i jak sobie radziłem przez pierwszy tydzień, miesiąc i później. Dzisiaj wiem, że do takich decyzji i kroków nie można podchodzić bez odpowiedniego planu i przygotowania. Wiele razy próbowałem rzucić palenie, zawsze bezskutecznie. Przeciwnie – za każdym razem gdy rzucałem (i wracałem), tak bardzo tym się denerwowałem, że zaczynałem palić jeszcze więcej. To było straszne. Odpowiedni plan pozwolił mi jednak całkowicie uwolnić się od mojego problemu. Wierzę, że każdy może zrobić podobnie.

po drugie: poranne wstawanie

Nauczyłem się wcześnie wstawać. I pisząc wcześnie, mam na myśli godzinę 4 nad ranem. Być może wyda Ci się to szalone, ale dla mnie system wstawania o tej właśnie godzinie jest idealny. A muszę przyznać, że jestem (byłem?) przysłowiowym “śpiochem” i podjęcie takiej decyzji nie było dla mnie łatwe. Bywały dni, że budziki w sypialni dzwoniły u mnie po 20 razy a ja nie potrafiłem wstać. Gdy bywałem sam w domu, bałem się że nie uda mi się rano wstać na umówione wcześniej, poranne spotkanie. Nastawiałem budziki w kilku urządzeniach, w telefonie, tablecie, telewizorze… gdzie tylko się dało. A i tak zdarzało mi się budzić kilka godzin za późno. Ale skończyłem z tym! Teraz budzę się (co najważniejsze: wyspany!) zaraz po pierwszym budziku – i więcej nie muszę ich nastawiać. I każdego ranka mam dzięki termu czas na zaplanowanie mojego dnia, przegląd wiadomości, poranną kawę, stworzenie wszystkim pysznego śniadania, poranne zakupy i przygotowanie się do pracy – zanim wstaną pozostali domownicy. Dzięki temu wszystko jest łatwiejsze. Jak udało mi się to wszystko osiągnąć i w jaki sposób możesz i Ty się tego nauczyć? O tym również dowiesz się, jeżeli zostaniesz ze mną. 

po trzecie: sport

Jeszcze niedawno sport oglądałem głównie w telewizji. Na szczęście udało mi się całkowicie zamienić oglądanie telewizji na uprawianie sportu. Mam tutaj na myśli codzienne ćwiczenia a od czasu do czasu pływaniebieganierower i inne okazjonalne aktywności. Sport to wspaniała sprawa i żałuję, że zaprzyjaźniliśmy się dopiero niedawno. Widzę jednak efekty pracy nad moją kondycją a w połączeniu z pozostałymi zmianami – ogólną poprawę jakości mojego życia. Co zrobić, aby i w Twoim życiu pojawił się sport? Małymi kroczkami dojdziemy do tego!

po czwarte: praca

Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu bylem etatowym pracownikiem agencji reklamowej. To było zupełnie inne życie. Codzienna pogoń za pociągami, autobusami, zadaniami, spotkaniami… Późny powrót do domu i spać. Tylko po to, aby następnego dnia zrobić dokładnie to samo. I pomimo faktu, że moja praca była dość ciekawa, dawała mi sporo satysfakcji i pozwalała tworzyć fajne rzeczy, to nie byłem tam szczęśliwy. Małymi kroczkami przygotowywałem się do przejścia “na swoje”. Najtrudniejsze było podjęcie ostatecznej decyzji – ale zaryzykowałem i podjąłem ją. Przestałem każdego dnia jeździć do biura, zacząłem pracować sam dla siebie. Dzięki temu, że jestem dobry w tym co robię (a przynajmniej mam taką nadzieję! 🙂 ), szybko znalazłem kilku klientów i jakoś poszło. Czy żałuję? Nie zawsze jest kolorowo, ale na pewno nie mogę powiedzieć, że żałuję. Wiem jak trudna jest to droga, ale wiem również, że potrafi przynieść sporo satysfakcji. Wiele się dzięki niej nauczyłem. Wiem też, że dla większości osób droga, którą wybrałem nie jest dobra i nigdy nie będę Cię przekonywał do rezygnacji z pracy. Chciałbym Ci za to pokazać, że Twoja praca może być wspaniała! Musisz tylko znaleźć sposób, aby ją przeorganizować i pokochać. I nie ważne, czy jesteś redaktorem w portalu internetowym, księgową, kierowcą czy mamą na etacie w domu. Jeszcze nie raz będę Ci o tym wszystkim opowiadał 🙂

piąte: odżywianie

Czasami myślę, że właśnie zmiana odżywiania jest najtrudniejsza ze wszystkich. Udało mi się zrezygnować z palenia papierosów, z pracy na etacie, z lenistwa przed telewizorem, ale chyba ze zmianą tego co jem było najtrudniej :). Kiedyś bardzo lubiłem pracować w kawiarni, w centrum handlowym, w restauracji. Wiązało się to oczywiście z “ciągłą” kawą, różnymi dziwnymi posiłkami o nieregularnych porach… W drodze do domu pojawiały się fast-foody i inne okazjonalne przekąski. A nawet zakupy do domu nie zawsze były dobre i zdrowe – bardzo często pojawiały się w nich produkty ekspresowe, do przygotowania na szybko. Masakra. Jestem sobie bardzo wdzięczny, że udało mi się przejść przez zmianę odżywiania. Teraz bardzo dużo czasu spędzam w kuchni – a pracy wcale nie mam mniej, niż kiedyś. Kocham gotować i dziwie się sobie, że kiedyś nie potrafiłem znaleźć na to czasu. Zostań ze mną na blogu, a pokażę Ci, jak i Ty możesz pokochać swoją kuchnię, przygotowywanie posiłków i zdrowe jedzenie.

droga…

Te pięć punktów to nie wszystko, co zmieniłem w ciągu ostatniego roku w moim życiu, ale na tych właśnie się koncentrowałem. Postawiłem przed sobą pewne cele i udało mi się je osiągnąć.Małymi kroczkami i zgodnie z przygotowanym wcześniej planem – bez tego żadna ze zmian nie miałaby prawa się udać. Oczywiście możesz próbować powiedzieć sobie: od jutra wstaję o 6 rano. Albo: rzucam palenie. I co dalej? To tylko słowa. Tak samo jest z noworocznymi postanowieniami, zazwyczaj przy ich wyznaczaniu kierujemy się emocjami i nie udaje nam się ich dotrzymać. Bez odpowiedniego przygotowania szanse na osiągnięcie sukcesu są małe. Początkowy zapał mija i wtedy nie wiemy co dalej robić, jak sobie poradzić z pierwszymi problemami związanymi ze zmianami, nie potrafimy odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A dodatkowo musisz pamiętać, że wokół Ciebie jest Twoja rodzina i przyjaciele, którzy również muszą zaakceptować Twoją zmianę. W swoich planach musisz brać ich pod uwagę – dzięki temu też, pomogą Ci oni w trudnych chwilach przemian.

Pierwszym krokiem dla Ciebie niech będzie wypowiedzenie zdania: “Chcę coś zmienić w moim życiu!”. To jest właśnie najważniejsze. Jeżeli pozostaniesz ze mną na blogu, postaram się pomóc Ci w przejściu przez Twoją wymarzoną zmianę i postaram się przekonać Cię do innych. Podpowiem co robić, gdy pojawiają się wątpliwości i trudniejsze chwile. Gdy jesteśmy na skraju zrezygnowania. Gdy nasz zmiana wydaje się być bezsensowna.

Kolejną radą będzie: zacznij prowadzić pamiętnik. Pomimo wsparcia rodziny i bliskich, w naszych przemianach bardzo często czujemy się samotni. Prowadzenie pamiętnika bardzo ułatwia. Muszę Ci powiedzieć, że nie wiem, czy dałbym radę rzucić palenie papierosów, gdybym nie prowadził pamiętnika. W chwilach słabości zawsze mogłem do niego zajrzeć i przeczytać rady jakie sam sobie wcześniej zostawiłem. Mogłem przeczytać swoje notatki o tym dlaczego i dla kogo chciałem pozbyć się nałogu. Mogłem również porozmawiać sam ze sobą. Dzięki temu przetrwałem trudne chwile.

Jeżeli jeszcze tego nie zrobiłeś/zrobiłaś, zapisz się na mój newsletter. Dzięki temu pozostaniemy w kontakcie i będę mógł na bierząco informować Cię o nowych rzeczach na moim blogu, jak również przesyłać informacje dodatkowe, które nie zawsze się tutaj pojawiają. Pozdrawiam Cię bardzo gorąco i do następnego razu!