🌱 morning pages – 12 03 2019
Nie łatwo jest nauczyć się odpuszczać rzeczy, na które nie mam wpływu…

Nie łatwo jest nauczyć się odpuszczać rzeczy, na które nie mam wpływu…

Gdy czytałem „Minimalizm” Leo Babauty, byłem na samym początku mojej drogi, własnej przemiany…

Bycie świadomym swoich słabości pomaga nie tylko z nimi walczyć, ale również czasem je obejść…

Podobno świat tak bardzo się zmienia, tak mocno pędzi do przodu…

Od jakiegoś czasu, codziennie rano, publikuję na blogu nowy wpis o tajemniczej nazwie Morning Pages i bieżącą datą. To moje nowe, poranne ćwiczenie, które wykonuję już od ponad miesiąca. Uwielbiam to robić a i wielką radość sprawia mi, gdy mówicie, że lubicie przeglądać te moje zapiski. Postanowiłem więc napisać kilka słów wyjaśnień: o co właściwie w tym chodzi i dlaczego każdego dnia wrzucam je na bloga. Liczę na to, że temat zainteresuje Cię na tyle, że sam zechcesz sięgnąć po tworzenie swoich porannych stron.
Morning Pages to ćwiczenie, o którym słyszałem już nie raz – głównie w angielskojęzycznych podcastach. Jest to jedna z form prowadzenia pamiętnika. Pierwszy raz na poważnie zainteresowałem się nią po wysłuchaniu wywiadu z Laurą McClellan z podcastu The Productive Woman. Laura opowiadała, jak każdego dnia rano siada do swojego notatnika i zapisuje w nim trzy strony dowolnym tekstem. Po prostu siada i pisze. Początkowo myślałem, że takie zadanie musi być dość trudne – w końcu nie łatwo jest na zawołanie zacząć pisać, a do tego „produkując” aż trzy strony w notatniku (a może to tylko ja?). Jednak w tym ćwiczeniu nie chodzi o samą treść, tylko o kształtowanie nawyku pisania. Nie ma więc znaczenia temat, tylko fakt, że siedzisz i piszesz, oraz że powtarzasz to ćwiczenie codziennie o tej samej porze. Bo tak właśnie trzeba to traktować – jak ćwiczenie, albo rozgrzewkę – do właściwego pisania.
Po wysłuchaniu wywiadu z Laurą, pomysł wdrożenia Morning Pages kiełkował mi w głowie przez dobrych kilka tygodni. Nie bardzo wiedziałem jak zacząć. W końcu od dawna nie używam papierowych notesów – i zdecydowanie nie chcę do nich wracać – a z kolei pisanie tak luźnych tekstów na klawiaturze iPada, czy nawet komputera, jakoś mi nie pasowało. Gdy siadam do klawiatury, zazwyczaj czynię to aby napisać coś konkretnego i raczej przemyślanego – wpis na bloga, maila do klienta, czy nawet krótką wiadomość tekstową. Wszystko to zazwyczaj ubrane jest w konkretną formę, przeczytane i poprawione kilka razy przed publikacją czy wysłaniem. Być może moja niechęć do pisania luźnych i bardzo spontanicznych tekstów w taki sposób ma związek ze sposobem, w jaki pracuje mózg w momencie, gdy piszę na klawiaturze. Nie tworzę wtedy liter, czy wyrazów podczas pisania, ale układam wyrazy w głowie, a następnie wybieram odpowiednie przyciski, które pozwalają mi przelać gotową myśl na ekran urządzenia na którym w danej chwili piszę. Dotyczy to również klawiatury ekranowej w iPhonie – na którym też zdarza mi się pisać. Mój prywatny dziennik, który tworzę w Day One, jest i tak sporym wyzwaniem biorąc pod uwagę, że prowadzę go właśnie przy użyciu klawiatury. Być może dlatego wpisy w nim nie są zbyt długie a i nie każdego dnia mam siłę aby taki wpis stworzyć (choć oficjalnie tłumaczę to brakiem czasu). Pismo odręczne to coś zupełnie innego, totalnie inaczej działą nasz mózg, gdy wykorzystujemy go do tworzenia tekstu. Litery, jak i całe wyrazy, powstają bardziej spontanicznie i to w momencie samego pisania, a nie jak w przypadku klawiatury – krótki moment wcześniej. Wiedziałem więc, że pisanie moich Morning Pages na klawiaturze jest raczej skazane na porażkę w dłuższej perspektywie.
Zastanawiałem się więc jak zacząć tworzyć moje Morning Pages, a jednocześnie wytrwać. Szukałem sposobu, aby to poranne ćwiczenie sprawiało mi jak największą frajdę – to przecież najlepsza droga do stworzenia i utrwalenia nowego nawyku. I wtedy wpadł mi do głowy prosty, ale jakże genialny pomysł: Apple Pencil. Właściwie nie jest to pomysł, ale urządzenie – rysik od Apple, służący do rysowania i odręcznego pisania na iPadzie. Zmienia on całą filozofię używania iPada – tabletu, który przecież tak lubię używać. Dzięki Apple Pencil, iPad może stać się moim prawie-papierowym notesem, a tego właśnie potrzebowałem: notesu do odręcznego pisma, który jednocześnie nie jest papierowy. „Odkrycie” sposobu na pisanie porannego pamiętnika zbiegło się w czasie z dużą aktualizacją aplikacji Good Notes, czyli mojej ulubionej do tworzenia odręcznych notatek na iPadzie. Stała się ona – w końcu – ładna, a jej używanie zaczęło mi sprawiać radość jeszcze większą niż wcześniej. To ostatecznie przekonało mnie, aby zacząć. Zdecydowałem, że (przynajmniej na początek) będę się starał zapisywać całą jedną stronę notatnika – uznałem że to wystarczająco dużo a i tak może nie zawsze udać mi się zapisać nawet tyle. Pierwszy wpis powstał w lutym 2019 roku. „Poskarżyłem” się w nim samemu sobie, że jestem tak słabo zorganizowany. Był to akurat trudny dla mnie moment, w którym spadło na mnie kilka nowych obowiązków w pracy a drobne problemy domowe skutecznie dezorganizowały mi kolejne dni. Po zapełnieniu całej strony luźnym, niezobowiązującym do niczego tekstem, poczułem ulgę. Towarzyszyły temu też inne emocje niż te, które doświadczam po stworzeniu nowego wpisu w moim regularnym dzienniku (tworzonym w Day One). Był to zupełnie inny rodzaj treści. Odręczne pisanie przynosiło efekty – i nie przeszkadzała ani trochę fakt, że przecież tak na prawdę pisałem jedynie rysikiem po szkle, a nie długopisem po kartce papieru. Czułem też, że rozwijam moje zdolności pisarskie – a na tym przecież również mi zależało. Zobaczyłem w tym prostym ćwiczeniu nowy, wspaniały element moich poranków. Od tamtego momentu, każdego dnia zaraz po śniadaniu i krótkiej medytacji, siadam na kanapie, włączam uspokającą muzykę relaksacyjną, biorę iPada, Apple Pencil i zapisuję kolejną stronę moich Morning Pages, które dalej prowadzę w Good Notes. Temat na dany dzień pojawia się zazwyczaj w momencie, gdy biorę do ręki Apple Pencil, aby napisać pierwsze słowo. Choć zdarza się, że pomysł wpada do głowy na przykład podczas medytacji – wtedy podekscytowanie często przeszkadza w odpowiednim skupieniu 🙂 Jak narazie bardzo chwalę sobie mój nowy pisarski nawyk.
Pomysł z publikacją Morning Pages na blogu wpadł mi do głowy na początku kolejnego miesiąca. Pomyślałem, że dzięki temu będę czuł jeszcze większe zobowiązanie do regularnego pisania – i narazie to podejście się sprawdza, nie opuściłem ani jednego dnia. I choć wiem, że wcześniej, czy później zdarzy mi się jakaś przerwa (life happens – zawsze lepiej myśleć o tym za wczesu a nie zakładać perfekcyjny, nie do zrealizowania plan), to mam nadzieję, że do tego czasu będę już na tyle zakochany w praktykowaniu Morning Pages, że nie spowoduje ona, stałęgo osłabienia mojego nawyku. Mam też nadzieję, że przy okazji i Wam przydadzą się moje codzienne notatki.
Notatnik tego typu z założenia powinien służyć jedynie do pisania. Teksty w nim powstałe nie wymagają oceny, czy nawet czytania. Ja jednak postanowiłem jeszcze lepiej wykorzystać to, co rano pojawia się w mojej głowie. Po zapisaniu porannej strony, czytam cały powstały tekst i staram się przeanalizować to, co napisałem. Nie poprawiam, nie zmieniam, tylko analziuję. Wyciągam z tekstu sedno i podkreślam kluczowe stwierdzenia. Tworzę sobie w głowie dodatkowe podsumowanie i wyciągam wnioski z tego co napisałem. Dzieki temu czerpię z mojego ćwiczenia dodatkową korzyść.
Zachęcam Cię do spróbowania tworzenia Morning Pages. Potrzebujesz do tego jedynie odrobiny ciszy (albo może muzyki relaksacyjnej?), papier i długopis. Tyle. Być może do działania zainspirują Cię moje wpisy, które wrzucam na osobną podstronę bloga Fajne Życie. Jeżeli zapisanie założonej liczby stron Morning Pages okaże się dla Ciebie zbyt trudnym zadaniem, może lepszym rozwiązaniem od ograniczenia ilościowego (liczba stron) będzie dla Ciebie ograniczenie czasowe? Na przykład pisanie przez 15 minut – to bardzo dobre na początek, a z czasem może uda Ci się wypracować odpowiedni nawyk i zapisanie jednej, czy nawet kilku stron, nie będzie już tak dużym wyzwaniem.
Emocje. Największy złodziej i oszust ludzkości…

Budowanie zawsze było i będzie trudniejsze od burzenia. Choć i to ostatnie nie jest łatwe…

Nie cierpię na coś czekać. Nikt chyba tego nie lubi…

Strach przed przeszłością to często jedna z najbardziejirracjonalnych rzeczy, jakie nas spotykają…

Ewa zapytała mnie wczoraj, jakie wydarzenie z dzieciństwa wpłynęło na mnie najbardziej – oczywiście chodziło o ten negatywny wpływ…

Podcasty to radio i telewizja XXI wieku, zgodzisz się ze mną? Nowe tytuły powstają jak grzyby po deszczu, ja również stworzyłem swój.
Podcasty odegrały w moim życiu bardzo istotną rolę. W prawdzie „odkryłem” je całkiem niedawno, bo kilka lat temu, ale szybko zastąpiły mi telewizję i radio. Stały się źródłem rozrywki, wiedzy i inspiracji. Poświęciłem im już jeden wpis na blogu, jednak w trochę innym kontekście. Tym razem opowiem o tytułach, które słucham i polecam.
Michał, oj Michał, wszystko czego się dotkniesz zamienia się w złoto, prawda? Pewnie nie do końca tak jest ale faktem jest, że Michała bardzo dobrze się słucha i czyta ???? Nie inaczej jest w przypadku podcastu Więcej niż oszczędzanie pieniędzy, którego Michał jest autorem. To jeden z pierwszych jakie trafiły na moją wirtualną półkę z podcastami. I tak na prawdę, to chyba właśnie Michał swoimi przyjemnymi nagraniami przekonał mnie do sięgnięcia po kolejne podcasty. Przesłuchałem prawie każdy odcinek, niektóre nawet dwu- i trzykrotnie, ponieważ – jak i sama nazwa wskazuje – tematyka podcastu Michała znacznie wykracza poza oszczędzanie pieniędzy. Tematy jakie porusza dotyczą często rozwoju osobistego oraz filozofii „dobrego życia” (cytat ze strony www Michała) – a to jak wiesz bardzo lubię ???? Nie interesuje mnie jedynie temat inwestowania w nieruchomości, poruszany czasem w podcaście – poza tym, każdy odcinek to czyste złoto ????
Marek należy do tak zwanych dinozaurów podcastingu (ale mu paskudną ksywę wymyśliłem!). Nagrywa od zawsze. Na początku razem z Pawłem Tkaczykiem, teraz samodzielnie – choć nie do końca, bo w prawie każdym odcinku Marek ma gościa. Nie wszystkie odcinki są dla mnie, bo ciężko, aby każdy z ponad 50 w ciągu roku trafiał z tematyką w moje zainteresowania, ale większość jest bardzo ciekawa i pozwala uczyć się nowych rzeczy. Dotyczy to zarówno prowadzenia własnej firmy (a taką przecież mam), blogowania, jak i rozwoju osobistego.
Polecam Wam również sięgnięcie do starszych odcinków Małej Wielkiej Firmy – większość jest dość uniwersalna i ponadczasowa. I oczywiście bardzo przyjemnie słucha się każdego z nich. Warto jeszcze wspomnieć, że Marek jest jednym z najbardziej systematycznych twórców jakich znam – poza chyba jedną przerwą w ciągu roku (świąteczno-noworoczną), jego podcast ukazuje się regularnie w każdy poniedziałek. Bardzo szanuję!
Marek, nigdy nie przestawaj ????
Pod tą jakże „prostą” nazwą, kryje się prowadzony po angielsku podcast Michała Śliwińskiego i Radka Pietruszewskiego. Panowie raz w tygodniu rozmawiają (po angielsku) o rozwoju osobistym książkach, produktywności, stylu życia i… iPadach ????. Choć nie wiem, czy byliby zadowoleni z takiego podsumowania.
Mój sposób słuchania The Podcast jest chyba dość specyficzny: nie słucham ich co tydzień, choć z taką częstotliwością pojawiają się nowe odcinki, tylko czekam kilka miesięcy, aż nazbiera się kilka odcinków. Dopiero wtedy, słucham jeden po drugim niczym serial–tasiemiec z Netflixa. To jedyny podcast, który w ten sposób magazynuję – ale gdy wejdę już w tryb rozumowania The Podcast, jeden odcinek to zdecydowanie zbyt mało. Być może jedną z przyczyn jest fakt, że Panowie czasem nagrywają dwa (albo i więcej?) odcinki jeden po drugim i tylko publikują w tygodniowych odstępach czasowych. Nie mniej jednak – jak widzisz, na liście polecanych przeze mnie pozycji, The Podcast jest bardzo wysoko.
To już trzeci Michał na mojej liście, tym razem z USA ???? Michaela Hyatta chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Chociaż z drugiej strony, gdy podczas konsultacji, jako przykład skutecznych, ale i często nieszablonowych działań, pokazuję właśnie twórczość Michaela, okazuje się, że nie każdy go zna.
Michael od zawsze opowiada o rozwoju osobistym, produktywności i stylu życia. Podcast This Is Your Life jest jego starszym, niekontynuowanym już tytułem, ale ja niezmiennie będę go polecał wszystkim zainteresowanym tematyką fajnego życia, jak również tym, którzy chcą coś robić w Internecie. Szczególnie lubię pierwsze odcinki (2012 rok!), w których Michael stawia pierwsze kroki jako podcaster. Bardzo fajnie się tego słucha.
Zacytuję jeszcze Wam samego siebie z przed kilku miesięcy – pisałem na blogu o podcaście Michaela Hyatta:
Lubicie stare amerykańskie filmy? Ja się na nich wychowałem. A słuchanie This Is Your Life jest jak oglądanie starego, dobrego, amerykańskiego filmu. Rambo i Terminator wsród podcastów ????
Podcast This Is Your Life nie jest już nagrywany a Michael zastąpił go nowym tytułem – Lead To Win, który jednak nie przypadł mi tak bardzo do gustu. Mimo tego, również warto przesłuchać.
Marcin to bardzo ciekawy człowiek, którego zawsze lubię słuchać. No, chyba że opowiada o inwestowaniu w nieruchomości albo kredytach hipotecznych – tych tematów nie lubię. Jednak nie ma się co dziwić, w końcu Marcin jest blogerem finansowym i ludzie często pukają do niego właśnie, aby posłuchać rad związanych z tą tematyką. Bardzo lubię pozostałe tematy jakie porusza Marcin i zawsze z przyjemnością sięgam po kolejny odcinek jego podcastu. Finanse Bardzo Osobiste ukazują się dość nieregularnie, ale warto czekać na każdy kolejny odcinek ????
Z podcastem Yes Was Podcast jest tak, że czasem go kocham, a czasem nienawidzę ???? A więc z plusów – chłopaki wypuszczają kolejne odcinki w nocy z wtorku na środę, i to doskonale wpisuje się u mnie w środowe poranki, kiedy szykuję się do wyprawy na targ. Uwielbiam wtedy słuchać ich śmieszkowo-technologicznych (sami to określenie wymyślili) tematów. Kolejny plus – tematy, które poruszają są zazwyczaj bardzo ciekawe, czasem wymagające refleksji, ale najczęściej podane w dość zabawny sposób. Taka forma bardzo mi odpowiada… Ale, są i minusy: czasem chłopaki „publikują się” wcześniej lub później niż we wtorkowo-środową noc. Gdy jest to wtorek – to początkowo nawet się cieszę, przecież mogę posłuchać ulubionej audycji z wyprzedzeniem. Ale potem przychodzi środa, i zostaję z niczym. Nie mam czego słuchać gdy szykuję się do zakupów. Choć myślę, że dla większości z Was taka drobna niekonsekwencja godzinowa nie będzie miała tak dużego znaczenia ???? No i nie każdy musi być Markiem Jankowskim i publikować tydzień w tydzień o tej samej godzinie.
Drugi minus – gry. Zdarza się, że chłopaki cały odcinek poświęcają grom, a ten temat totalnie mnie nudzi. Ogólnie jednak bardzo na plus, większość odcinków słucham z przyjemnością.
Home Row to taki śmieszny podcast (choć tak na prawdę jest dość poważny), który sam nie wiem dlaczego nadal jest na mojej półce. Znalazłem go szukając w internecie podcastów na temat pisania – szukałem sposobów, aby poprawić i rozwijać u siebie tą umiejętność. Trafiłem wtedy na kilka tytułów, z których tylko Home Row mnie zainteresował. Potem okazało się, że podcast ten jest o pisaniu… głównie w kontekście książek religijnych i w odcinkach często pojawia się o temat wiary. Jeff Medders jest pastorem i ze swoimi gośćmi rozmawia o ich pisarskich zwyczajach, osiągnięciach, książkach i wierze. Gdybym przeczytał dokładny opis podcastu zanim po niego sięgnąłem – z pewnością nie pisałbym dzisiaj o nim. Ale przypadek sprawił, że pojawił się na mojej liście i już na niej pozostał. Home Row to bardzo przyjemny podcast, i pomimo faktu, że w kontekście internetowych audycji totalnie nie interesuje mnie tematyka religijna, to tego słucha się bardzo przyjemnie. Polecam Ci przesłuchanie choć jednego odcinka – zrozumiesz co mam na myśli ????
Pisałem już kiedyś na blogu o Connected i od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Podcast ten nadal jest jednym z popularniejszych, wręcz sztandarowym show grupy Relay FM. Podcast prowadzą trzy osoby: Federico Viticci z Macstories.net, Myke Hurley, współzałożyciel Relay FM oraz Stephen Hackett z 512pixels i jednocześnie drugi współzałożyciel Relay FM. Bardzo lubię ich pogadankę na temat nowych technologii. Panowie nie omijają żadnej nowości ze świata Apple, a i podyskutują też o „innych światach” – na przykład tym wujka Google’a. Connected jest dla mnie źródłem newsów o technologii, i z niecierpliwością czekam co tydzień na kolejny odcinek. Nie bez znaczenia jest też dla mnie fakt, że zarówno Federico jak i Myke jako swoich głównych komputerów używają iPadów a w audycji często dzielą się wskazówkami i przemyśleniami dotyczącymi ich pracy na tych urządzeniach. W końcu blog, na którym się znajdujesz, również powstaje na iPadzie…
Z podcastem Uprgrade mam spory problem. Należy on do grona tych, które nazwam „show” a nie „audycja”, a chyba jednak preferuję to drugie. Show kojarzy mi się mocno z programem rozrywkowym, np. w telewizji i „Upgrade” bardzo często taki właśnie jest.
Jednak fakt, że lubię posłuchać zarówno Jason’a Snell’a i Myke’a Hurley’a sprawia, że co tydzień pobieram kolejny odcinek. Dzieli się on swoje stałe działy, z których wybieram tylko niektóre: Snell Talk, czyli pogaduchy o pogodzie i innych głupotach – na to zazwyczaj szkoda mi czasu – pomijam, The Upstream, czyli nowości ze świata Netflixa i mediów wideo-streamingowych – zazwyczaj mnie nie interesuje, Ask Upgrade, czyli kolejna porcja rozmówek o wszystkim i o niczym – czasem ciekawe, ale na ogół również trochę szkoda mi czasu, pozostaje temat główny – i ten średnio co drugi raz jest bardzo ciekawy. Przykładem takiego, który mocno mnie zainteresował było nagrywanie i montaż podcastu z użyciem tylko i wyłącznie iPada – jak wiesz to totalnie moja bajka ????
Tak więc jeżeli tematy technologiczne Cię interesują, być może Upgrade znajdzie miejsce na Twojej wirtualnej półce z podcastami.
Cortex to kolejny z podcastów Relay FM. Ale ten jest wyjątkowy – głównie przez postać CGP Grey’a, brytyjskiego (choć pochodzącego z USA) YouTubera, który w podcascie, przepytywany przez Myke Hurley’a, opowiada o produktywności i przemyśleniach z nią związanych. To jeden z najciekawszych podcastów na mojej półce a jedynym jego minusem jest harmonogram pojawiania się nowych odcinków, a właściwie jego brak.
Gdy trafiłem na Cortex, w sieci było już kilkanaście odcinków, ale po przesłuchaniu dwóch, szybko postanowiłem zacząć od samego początku, czyli od 1. Była to dobra decyzja, ponieważ każdy odcinek Cortex napakowany jest rozsądnym myśleniem i produktywnym radami. Jak już napisałem, podcast wychodzi dość nieregularnie, ale gdy tylko pojawia się w sieci, rzucam wszystkie inne i mocno skupiam się na nim.
Podcast Mac Power Users należy do tych starszych, choć u mnie pojawił się dość niedawno. Przez długi czas nie mogłem się przekonać do słuchania MPU, dopiero niedawno coś zaskoczyło. Po kilku próbach w końcu polubiłem rozmowy Davida i Katie. A gdy tylko przyzwyczaiłem się do prowadzących – bach… Katie Floyd postanowiła odejść z podcastu… no cóż, ogromnie mi przykro, bo polubiłem ich cotygodniowe rozmowy o Macach i iPadach. Na szczęście od 2019 roku Katie zastępuje Stephen Hackett, którego również bardzo lubię, i o którym pisałem już przy okazji Connected.
Wracając do tematyki samego podcastu – niech Cię nie zmyli nazwa, Mac Power Users to podcast nie są tylko o Mac’u, ale również o tym, co tygryski (????) lubią najbardziej, czyli praca z wykorzystaniem iPadów, automatyzacja i szeroko rozumiana tematyka paperless (chyba nie ma ładnego polskiego odpowiednika tego słowa).
Pierwszy odcinek Lepiej Teraz jaki przesłuchałem, był to wywiad Rafała chyba z Magdą Kay, amerykańską blogerką która opowiadała między innymi o swoim blogowaniu. Wywiad ten wydał mi się czymś zupełnie innym niż te, których wcześniej słuchałem w innych audycjach. Z resztą cały Podcast Radka taki jest – trochę inny niż wszystkie, choć nie potrafię do końca określić dlaczego tak jest. Powiedzmy, że jest jedyny i niepowtarzalny. Radek w ciekawy sposób przepytuje swoich gości, w jego słowach zawsze słychać zainteresowanie tematem – a niestety nie każdy tak potrafi 🙂 Myślę, że filozofia Lepiej Teraz bardzo ładnie wpisuje się w moją – Fajnego Życia 🙂
Jeff Sanders jako pierwszy zaszczepił w mojej głowie myśl „a może by tak zacząć rano wstawać?”. Po przesłuchaniu kilku odcinków The 5 AM Miracle, w którym Jeff „promuje” ranne wstawanie i pokazuje jak najlepiej wykorzystać czas o poranku, doszedłem do wniosku, że moje dotychczasowe spanie do przysłowiowego południa to zwyczajne marnowanie życia. Podcast Jeffa Sandersa najlepiej opisuje jego hasło: „dedicated to dominating your day before breakfast”.
Dominik to osoba, którą obserwuję już od jakiegoś czasu. To dzięki niemu zobaczyłem, że można z powodzeniem prowadzić swojego bloga, można nagrywać fajny podcast, można mieć swoją grupę na Facebooku i zebrać w niej grono zaangażowanych osób. I co najważniejsze – nie trzeba być w tym idealnym, wystarczy być SOBĄ! Podcast Dominika z każdym kolejnym odcinkiem pokazuje mi, że i ja „mogę”. Dominik opowiada o talentach jakie mamy w oparciu o badania instytutu Gallupa. Do ich wykrycia służy test Strengths Finder, który ja już dawno wykonałem – do czego również Cię zachęcam, tak samo jak do słuchania podcastu Dominika.
MacPodcast należy do podcastów, które dołączyły do mojej półki dość niedawno, bo dopiero w 2018 roku – jednak bardzo szybko polubiłem słuchanie Kuby i Przemka i ich rozmów o Macach, iPadach i iPhonach. I w tym przypadku jednak po Polsku. Ciężko by mi było nazwać MacPodcast polskim odpowiednikiem podcastu Connected, ale chyba po części stanowi dla mnie ciekawe uzupełnienie.
Ola Budzyńska w, dość nieregularnym, podcaście opowiada o kulisach swojego biznesu online. Oli zawsze dobrze się słucha, co potwierdza zawsze pełna sala podczas jej wystąpień na konferencjach. Jeżeli działasz w internecie, to warto posłuchać o czym mówi Ola w swoim podcaście.
Ariadnę zawsze stawiałem na tej samej półce co Dominika Juszczyka – nie wiem dokładnie z jakiego powodu, być może dlatego, że tak samo jak Dominik inspirowała mnie do tego, żeby po prostu zacząć i być sobą. Ariadna skupiała się głównie na kursach online, choć tematyka jej podcastu bardzo często wykracza poza tą jedną, główną. Mam nadzieję, że w 2019 roku będę miał okazję posłuchać kolejnego odcinka jej podcastu – ostatni w 2018 roku opublikowała w lipcu, i od tego czasu cisza…
Podcast Darrena jest przede wszystkim o blogowaniu i to w bardzo szerokim zakresie. Znajdziesz tu porady na temat działań w social mediach, monetyzacji bloga, posłuchasz inspirujących historii innych blogerów i wskazówek w którą stronę warto się rozwijać. Jeżeli prowadzisz swojego bloga – to obowiązkowy tytuł.
To jedna z najmłodszych audycji na mojej wirtualnej półce z podcastami. Mirek opowiada o produktywności, planowaniu, kursach online, biznesie, książkach… czyli wszystkim, co mnie interesuje 🙂 Jeszcze nie wiem czy podcast Mirka zostanie u mnie na dłużej, ale z pewnością daję mu Jana to szansę i póki co – nie żałuję 🙂
Day One to aplikacja do prowadzenia dziennika, której używam. Pisałem o niej juz kilka razy na blogu – jeżeli nie czytałeś, to zdecydowanie musisz zajrzeć. A podcast The Day One Podcast uruchomili twórcy samej aplikacji, aby opowiadać o zmianach oraz ciekawym jej wykorzystaniu.
Do Laury dotarłem przez podcast Mac Power User, w którym była gościem. Jej rozmowa z Katie i Dawidem przypadła mi do gustu na tyle, że postanowiłem dodać jej podcast do swojej biblioteczki. I nie zawiodłem się. The Productive Woman to audycja o dokonywaniu mądrych wyborów, zarządzaniu czasem, planowaniu… i wszystkim innym co związane jest z szeroko rozumianą produktywnością.
Czy Pat’a Flynn’a trzeba komuś przedstawiać? Jeżeli śledzicie Michała Szafrańskiego, to z pewnością nie 🙂 Pat jest amerykańskim blogerem, który dzięki swojej ciężkiej pracy, osiągnął niebywały sukces jako bloger i podcaster. A w podcaście opowiada jak iść jego śladami. Czasem przez opowiadanie swojej historii, ale najczęściej przez wywiady z innymi osobami, którym udało się osiągnąć coś fajnego w internecie.
Na sam koniec nie mogę pominąć swojego tytułu. Tak, pokochałem podcasty tak bardzo, że zacząłem nagrywać swój 🙂 Nazywa się Fajne Życie – czyli dokładnie tak samo jak mój blog. Nagrywam go, ponieważ chce się rozwijać – jako bloger, twórca i człowiek. Chce przekraczać kolejne granice, wyjść ze swojej strefy komfortu – a tym niewątpliwie dla mnie jest nagrywanie podcastu. Wiem, że czeka mnie jeszcze wiele wyzwań z tym związanych, i na każde z nich bardzo się cieszę. Choć wiele nie będzie prostych.
Mam też nadzieję, że i podcast Fajne Życie znajdzie się kiedyś na podobnej liście słuchanych przez kogoś pozycji 🙂 Gdy taki moment nastąpi, z pewnością będzie to moja szczęśliwa chwila. Ponieważ, jak chyba każdy twórca, chciałbym aby treści, które Wam przekazuję, były przydatne i pomocne. Zachęcam więc do spróbowanie podcastu Fajne Życie.
Do usłyszenia więc!
Zapraszam do wysłuchania drugiego odcinka podcastu Fajne Życie 🙂 Po pierwszym, powitalnym, w końcu przyszedł czas na pokazanie tego, jak chciałbym aby mój podcast wyglądał. Opowiadam w nim dwie historie – jedna o tym jak walczyłem z budzikiem a druga o samochodzie. Ach, no i podrzucam moją receptę na to, jak nauczyć się rano wstawać
Jestem bardzo ciekawy czy spodoba się Wam taka formuła. Z niecierpliwością czekam na wszelkie Wasze komentarze i sugestie 🙂
Lista wieczornych czynności, których wykonanie ułatwi Ci przejście przez Twój pierwszy prawdziwy poranek.
Nigdy nie byłem zwolennikiem papierosów elektronicznych. Szczególnie, stosowanych jako bezpieczniejsza wersja tych tradycyjnych. Wychodzę z założenia, że nie ma znaczenia jak silną truciznę stosujesz – ważne, że jest to trucizna. Bez wątpienia jednak, e-papierosy są znacznie wygodniejsze: mniej śmierdzą od tradycyjnych, są też od nich tańsze i można je palić w (nie wszystkich, ale jednak) miejscach publicznych.
Gdy jeszcze paliłem, próbowałem przez jakiś czas odzwyczaić się od nałogu stosując papierosy elektroniczne. Niestety ze słabym efektem. Z każdym pociągnięciem mruczałem pod nosem: zamienił stryjek siekierkę na kijek… Bo tak właśnie się czułem. Zamieniałem jeden beznadziejny nałóg na drugi, a do tego taki, który dawał o wiele mniejsze doznania (tradycyjny dym z palącego się papierosa znacznie skuteczniej otumania). A i niewiele pomagał z walce z nałogiem – bo i sam nim był. Trochę jak przestawienie się z Coca Coli na Sprite’a.
Nie jestem więc zbyt przychylny stosowaniu e-papierosów. Nie uważam ich za bezpieczniejszą wersję tych regularnych, nie uważam również, że pomagają w rzuceniu palenia. Z pewnością, podobnie jak zwykłe papierosy – są szkodliwe a ich stosowanie jest równie dużym problemem co tych tradycyjnych. Należę jednak do pokolenia, które w czasach młodości nie znało papierosów elektronicznych. Dla mnie był to środek, który miał (w czystej teorii) pomóc w rzuceniu palenia, ewentualnie go zastąpić. Nie sięgałem po nie, aby palić – miały być pomocą a nie używką samą w sobie. Jednak, jeżeli weźmiemy pod uwagę dzisiejszą młodzież, która sięga po papierosy elektroniczne patrząc na nie tak samo jak młodzież z mojego okresu patrzyła na zwykłe papierosy, mamy do czynienia z zupełnie innym problemem. Coś, co dla „mojego pokolenia” miało być środkiem do pozbycia się jednej mody, stało się dla pokolenia dzisiejszej młodzieży modą samą w sobie.
Niestety okazuje się, że coraz częściej pojawiają się doniesienia o związku między stosowaniem przez młodzież papierosów elektronicznych, a rozpoczynaniu później przez nich palenia tradycyjnych papierosów. Przeczytałem ostatnio w serwisie jakrzucicpalenie.pl:
Cztery badania przeprowadzone w UK wykazały, że istnieje większe prawdopodobieństwo palenia papierosów przez młodzież, która używała e-papierosów. W 2015 r przebadano ponad 2000 osób pomiędzy 11 a 18 rokiem życia. W badanej grupie ponad 91% nie próbowało stosowania e-papierosów. Badanie powtórzono po roku. W grupie młodzieży niestosującej e-papierosów, tylko niecałe 13% (250 osób) zaczęło palić tradycyjne papierosy, a wśród młodych ludzi, którzy wcześniej stosowali e-papierosy ponad 40% (73 osoby) rozpoczęło palenie.
To kolejny przykład badań, których wyniki wskazują, że młodzi, nigdy nie palący częściej podejmą próbę palenia papierosów, jeśli spróbują e-papierosa.
— Pełny tekst na jakrzucicpalenie.pl/2018/12/27/czy-uzywanie-e-papierosow-sprzyja-rozpoczynaniu-palenia/
Wygląda na to, że e-papierosy, które początkowo miały przede wszystkim pomagać, same stały się źródłem początkowego problemu.
A jaki jest Twój stosunek do e-papierosów?
Zanieczyszczenie powietrza to bardzo poważny problem, szczególnie w naszym kraju. Coraz częściej na ulicach dużych polskich miast, można spotkać ludzi w maskach – w założeniu mają one pomóc w niewdychaniu szkodliwych substancji z powietrza. Jednak czy naprawdę są skuteczne? Przeprowadzone w Pekinie, w 2008, a następnie powtórzone w 2012 roku, badania pokazują, że tak. Okazuje się, że osoby, które podczas testów regularnie nosiły maskę przeciwsmogową, miały znacząco niższe ciśnienie krwi oraz zwiększoną zmienność rytmu zatokowego – parametry obniżające ryzyko zdarzeń sercowo-naczyniowych (np. zawału serca czy udaru mózgu) – w stosunku do tych, które nie zakładały masek.
Ale czy zanieczyszczone powietrze to problem tylko dla układu krwionośnego? Okazuje się, że nie.
(…) W roku 2018, naukowcy (…) przebadali dzieci oraz młodzież z Południowej Kalifornii, w tym z zanieczyszczonego Los Angeles. Interesowało ich, czy skład powietrza może być powiązany z tak zwanymi zachowaniami przestępczymi młodzieży (definiowanymi i ocenianymi na podstawie Child Behavior Checklist).
Dlaczego właśnie te nieprawidłowe zachowania interesowały autorów badań? Ponieważ wcześniejsze analizy wykazały, że rejonem mózgu, w którym zanieczyszczenia wywołują najwięcej zmian patologicznych, jest kora przedczołowa, która nie tylko współodpowiada za funkcjonowanie pamięci roboczej, ale także pozwala planować działania, hamować gwałtowne reakcje emocjonalne czy przewidywać konsekwencje działań. Z tego też powodu, osoby o uszkodzonej korze przedczołowej mogą zachowywać się impulsywnie i w sposób nieakceptowany społecznie. Innymi słowy, nastolatki, u których występują nieprawidłowości w obrębie omawianej struktury mogą wykazywać wzorcowe oznaki demoralizacji.
Idąc tym tropem, badacze z Południowej Kalifornii przeanalizowali przypadki ponad 680 dzieci w wieku od 9 do 18 lat. Uczestnicy byli badani pod kątem zachowań przestępczych co 2-3 lata, a równolegle analizowano narażenie dzieci na obecność PM2,5, czyli pyłu zawieszonego w powietrzu, o średnicy nie większej niż 2,5 μm (najbardziej szkodliwa grupa aerozoli atmosferycznych). Wykazano, że zarówno wielkość pierwotnego narażenia na PM2,5 (przed wkroczeniem w wiek nastoletni), jak i kumulatywne narażenie na te pyły były istotnie powiązane z obecnością zachowań przestępczych u młodzieży. Innymi słowy, dzieci z rejonów bardziej zanieczyszczonych wykazywały więcej niepożądanych wzorców zachowania.
— Pełny tekst na www.crazynauka.pl/jak-zanieczyszczone-powietrze-niszczy-mozg/
Zanieczyszczone powietrze to problem większy, niż może się wydawać a jego skutki mogą okazać się katastrofalne. Warto wiedzieć, że Polska należy do czołowych „producentów smogu” w Europie, a z powodu stanu powietrza, każdego roku umiera w naszym kraju ponad 45 tys. ludzi. To 10 razy więcej, niż liczba zgonów w wypadkach drogowych.
Zachęcam Cię do obejrzenia bardzo ciekawego dokumentu na ten temat – „Cały ten smog”.
I gdy następnym razem uśmiechniesz się pod nosem, mijając na ulicy kogoś w masce antysmogowej – zastanów się, kto tak na prawdę wygląda głupio.
Chyba zgodzisz się ze mną, że w dzisiejszych czasach znalezienie wolnej chwili (na cokolwiek) nie jest łatwe, prawda? Nie inaczej jest z czytaniem książek – a przynajmniej ja tak mam. Czuję wieczny niedosyt jeżeli chodzi o czas jaki spędzam z książką. Zawsze znajdzie się masa przeszkód, powodów i problemów aby nie czytać. Niewątpliwie posiadanie czytnika (aktualnie mój ukochany Kindle Paperwhite) część z nich rozwiązało, ponieważ teraz zawsze mam wszystkie swoje książki przy sobie. Nie zmiania to jednak faktu, że i tak trzeba znaleźć chwilę na to, aby ten czytnik wyjąć i trochę poczytać. A to – jak już napisałem – nie zawsze jest proste.
Za poszukiwanie czasu na czytanie zabrał się Krzysztof Zemczak a ja przytaczam jego dwa sposoby, które najbardziej spodobały mi się w artykule. Obydwa do wdrożenia! 🙂 Oto one:
Idę do pracy około piętnastu minut piechotą. Wyrobiłem w sobie nawyk wykorzystywania tego kwadransu na czytanie – dopasowanie wielkości tekstu sprawia, że mogę wygodnie czytać duży tekst podczas szybszego spaceru. Wyrobiłem w sobie również nawyk, aby nie wpadać pod samochody, kiedy skupiam się na tekście Czuję się jakbym oglądał serial, gdzie przekraczając próg biura firmy, w której pracuję, zamykam czytnik i muszę wyczekiwać kolejnego odcinka. Ale ten kwadrans to i tak dużo. Zamiast przewijać tablicę na Facebooku, jestem piętnaście minut, kilkanaście stron do przodu w książce, którą chcę przeczytać.
(…)
Zastanawiałem się czy nie odpuścić tego akapitu. Ale w sumie – dlaczego o tym nie wspomnieć? W końcu najbardziej przyziemnym przykładem doskonałego momentu na relaks z książką jest… wizyta w toalecie. Bierzesz telefon? Pewnie, przecież kolejne warzywa czekają na zebranie na Twojej wirtualnej farmie. A może weź czytnik? Przeczytaj kilka stron. Kiedyś miałem jeden model czytnika, który przebywał wyłącznie w łazience na użytek wszystkich domowników znajdujących się “w potrzebie”.
— Więcej na www.eczytelnik.com/jak-znalezc-czas-na-czytanie/
Czytnik nie sprawdzi się podczas każdego spaceru, ale z pewnością nadaje się na znane, często pokonywane trasy. Również drugi, łazienkowy sposób jest ciekawy 🙂 Spróbuję zastosować obydwa, zobaczymy co z tego wyjdzie.
A może i Ty masz jakieś ciekawe sposoby na czytanie?
Pisałem już o tym jak, i dlaczego warto, zaplanować swój sen (wcześniejszy wpis – klik). Jednym z punktów było zadbanie o wieczorną dietę. W serwisie Crazy Nauka znalazłem kilka słów na jej temat i dodatkowych problemów, jakie mogą się pojawić, gdy nie będzie jej przestrzegać. Pomyślałem, że podrzucę Ci kawałek tego tekstu:
Badania pokazują, że kiedy jemy późno w nocy, funkcjonując w typowym cyklu snu i czuwania, nasz organizm jest bardziej skłonny do przechowywania tych kalorii w postaci tłuszczu, aniżeli do ich spalania. Przyczyną tego może być nasza ewolucyjna spuścizna – nasi przodkowie, jedząc późno w nocy, “przedłużali” wydajność tego posiłku na następny poranek, co było sposobem na zaoszczędzenie deficytowego towaru, jakim było jedzenie. My dziś mamy go pod dostatkiem i stąd nasze problemy.
W 2015 roku fizjolog Marta Garaulet z Universidad de Murcia w Hiszpanii zauważyła, że spożywanie lunchu po godz. 16.30 utrudnia metabolizowanie węglowodanów, a u ludzi jedzących późne posiłki zaobserwowała zmniejszoną tolerancję glukozy, co może prowadzić do rozwoju cukrzycy. Jedzenie przed snem może spowodować niestrawność, bóle żołądka i zgagę – na takie problemy skarży się, według badań TNS OBOP, dwie trzecie Polaków, a aż 20 proc. odczuwa je kilka razy w miesiącu.
Objadanie się na noc może też pogłębić dolegliwości związane z refluksem – cofaniem się treści pokarmowej z żołądka do przełyku, co wywołuje zapalenie przełyku, a nawet może prowadzić do nowotworu. W 2005 roku naukowcy przeprowadzili badania z udziałem 350 osób, a wynikało z nich, że zjedzenie posiłku w czasie krótszym niż trzy godziny przed snem może prowadzić do refluksu.
— Więcej na www.crazynauka.pl/dlaczego-jedzenie-krotko-snem-niebezpieczne/
Straszne, prawda? Następnym razem zanim zdecydujesz się na jeszcze jedną kanapeczkę przed samym snem zastanów się, czy nie lepiej poczekać z nią do rana. Zamiast tego, wypij szklankę wody. Dzięki niej nie tylko zapełnisz żołądek redukując uczucie wieczornego głodu, ale również zapobiegniesz innym dolegliwościom na jakie jesteś narażony podczas snu – na przykład wysuszaniu błon śluzowych. Wieczorna woda pomaga też w utrzymaniu odpowiedniej termoregulacji ciała podczas snu oraz wspomaga oczyszczanie organizmu z toksyn.
Jeżeli więc masz w zwyczaju opychanie się na noc – proponuję jeszcze raz przemyśleć, czy ta chwila wątpliwej przyjemności, faktycznie warta jest konsekwencji jakie ze sobą niesie.
O szkodliwości papierosów nie muszę chyba nikomu z Was przypominać. Ale czy wiedzieliście, że w połączeniu z alkoholem mogą wyrządzić jeszcze większe szkody? Okazuje się, że alkohol sprzyja wnikaniu szkodliwych substancji z papierosa do organizmu…
Kilka słów na ten temat z krótkiego sylwestrowego wpisu w serwisie jakrzucicpalenie.pl:
Niestety, jak pokazują badania naukowe jednoczesne palenie papierosów i picie alkoholu znacząco zwiększa ryzyko wystąpienia szeregu nowotworów, nie tylko raka płuca. Alkohol ułatwia wnikanie rakotwórczych substancji z papierosa do organizmu, w szczególności w obrębie jamy ustnej oraz gardła, przyczyniając się do znacznego zwiększenia ryzyka wystąpienia nowotworów głowy i szyi. Szacuje się, że zaprzestanie palenia papierosów oraz picia alkoholu redukuje to ryzyko nawet o ponad 80%!
— jakrzucicpalenie.pl/2018/12/31/bawic-sie-bez-papierosa/
Popularne określenie: „palę tylko na imprezach”, nabiera nieco innego sensu, prawda? 🙂
Domyślam się, że nie jest to wpis dla każdego z Was, jednak ten temat jest dla mnie bardzo ważny i postanowiłem się nim podzielić. Piękna i bestia – to określenie chyba najlepiej chyba najlepiej oddaje moje uczucia względem moich dwóch ulubionych aplikacji do zarządzania zadaniami – Things i OmniFocus. Ostatnio dokonałem małej (a właściwie dość dużej) zamianki i przestałem używać tej pięknej na „korzyść” bestii.
Ale po kolei.
Przełom roku to dla mnie zawsze czas podsumowań i wyciągania wniosków. Wiele z nich dotyczy systemu pracy, narzędzi z których korzystam, jak i projektów, w które chcę się zaangażować. Kilka z tych rzeczy opisałem niedawno na blogu (tutaj – klik). Na listę tematów do przemyślenia trafiła w tym roku również aplikacja Things 3, która dość długo już wspomagała mnie w ogarniania życia. Chyba warto w tym miejscu wspomnieć, że aplikacja do zarządzania zadaniami to jedno z najważniejszych narzędzi jakie używam każdego dnia. A Things 3 przez długi czas sprawdzało się w roli idealnie. Nie dość, że pilnowała wszystkich nieukończonych przeze mnie zadań, to robiła to w przepięknym stylu. Ale mimo to, postanowiłem zweryfikować mój system działania w tym zakresie.
Efektem przemyśleń stała między innymi zmiana własnie tej ukochanej aplikacji na, o wiele bardziej zaawansowanego pod względem funkcjonalności, konkurenta – OmniFocus.
Co ciekawe, kiedyś już przechodziłem identyczny proces. Wiele lat temu, gdy aplikacja Things była jeszcze w wersji 1 (która później dość szybko została uaktualniona do wersji 2), tak jak dzisiaj uważałem ją za najładniejszą i najprzyjemniejszą aplikację w swojej kategorii i – podobnie jak do niedawna – używałem do codziennego zarządzania zadaniami. Jednak zawsze brakowało mi czegoś więcej – większych możliwości konfiguracji oraz kilku dodatkowych funkcjonalności. Więc po pewnym czasie używania Thingsów – dokładnie tak jak teraz – skierowałem się w stronę sporo brzydszego (niestety), ale o wiele bardziej potężnego OmniFocusa. Odstraszał mnie jednak trochę wygląd, słaby poziom dopracowania, jak i nawet sama geneza powstania aplikacji… OmniFocus powstał jako efekt uboczny aplikacji do tworzenia notatek i konspektów – OmniOutliner’a. W odróżnieniu od Thingsów, nie został zaplanowany i zbudowany jako nowa, samodzielna aplikacja, był odłamem i przeróbką – i do dnia dzisiejszego widać wiele podobieństw pomiędzy obydwiema. No i wygląd OmniFocusa… który w porównaniu z Thingsami wypadał raczej słabiutko. Aplikacja nie była tak dopracowana… Brakowało mi wielu prostych, ale tak bardzo użytecznych rozwiązań, znanych z Thingsów. Jednak… OF baz cienia wątpliwości nadrabiał innymi funkcjonalnościami. Dlatego też moja przygoda z Thingsami 1, a potem 2, nie trwała zbyt długo. Możliwości okazały się ważniejsze niż wygląd – choć długo broniłem się przed takim podejściem. Zostałem z OmniFocus.
W maju 2017 roku, po wielu latach oczekiwań, w końcu pojawiła się wersja 3 Thingsów. Przemyślana na nowo, z jeszcze lepszym wyglądem, nowymi funkcjami. Nie mogłem nie spróbować! Był to okres, w którym nie używałem już OmniFocusa – żonglowałem pomiędzy różnymi aplikacjami – sprawdziłem dość dokładnie Todoist, 2Do, Firetask i kilka innych. Chyba najbliżej ideału była polska, świetna aplikacja do zarządzania zadaniami – Nozbe, jednak i ona nie podbiła do końca mojego serca. Decyzja o powrocie do Thingsów nie była więc w tamtym momencie trudna.
Wersja 3 okazała się być na prawdę dobra – jeszcze ładniejsza, na nowo przemyślana i bardziej dopracowana niż ta, którą znałem z przed lat… Szybko zdecydowałem że idę z nią na całość! Po kilku tygodniach używania, ponownie byłem zakochany i nie myślałem aby oglądać się za siebie ???? Do tego średnio co dwa-trzy miesiące twórcy wprowadzali kolejne udoskonalenia, dodające coraz to nowsze funkcjonalności. Wytrzymaliśmy razem półtora roku.
Po tym czasie – dokładnie jak wcześniej – zaczęły mi doskwierać pewne braki Thingsów. W porównaniu do OmniFocusa (który również w niedługim czasie doczekał się swojej nowej wersji 3), pod względem funkcjonalności wypadały średnio. Moje rozterki doskonale oddaje tweet jaki wypuściłem w połowie 2018 roku (już niedostępny, ponieważ skasowałem konto na twitterze).
Po jego publikacji korespondowałem nawet przez jakiś czas z twórcami Thingsów, którzy chcieli dowiedzieć się czego brakuje mi w ich aplikacji. Rozważania z tamtego okresu doprowadziły mnie do przekonania, że przyjemność używania aplikacji znacznie przewyższa korzyści płynące z większej liczby funkcjonalności. Myślałem, że uda mi się dostosować filozofię działania Thingsów do moich wymagań. A właściwie to wpasować moje wymagania w filozofię aplikacji.
Aby potwierdzić takie rozumowanie, postanowiłem przenieść się z zadaniami na jakiś czas do OmniFocus (Ha! ????) Musiałem sprawdzić, czy może nie jestem w stanie pracować w nieco mniej „atrakcyjnych warunkach”, ale w sporo potężniejszym środowisku. A ponieważ z tyłu głowy wiedziałem, że jest to jedynie test, na końcu którego i tak wrócę do Thingsówo, więc po kilku dniach zrobiłem spektakularny odwrót – jak syn marnotrawny powróciłem do „domu” z ogromnym bałaganem w zadaniach. Moja próba może nie była zbyt mądra, ale miała mi dać kopa do tego aby chciało mi się jeszcze więcej wycisnąć z moich Thingsów. Miała na celu utwierdzenie mnie w przekonaniu, że wygląd i przyjemność działania zrekompensują mi brak dodatkowych funkcji. Ten test przypomniał mi jednak o kilku niezaprzeczalnych plusach OmniFocusa. Tak na prawdę, ma on dla mnie jedną ogromną przewagę nad całą konkurencją: system do przeglądów projektów (Review), której na próżno szukać w jakiejkolwiek innej aplikacji tego typu. Dziwię się, że żadna inna aplikacja nie oferuje podobnych rozwiązań.
Przez kolejne kilka miesięcy bacznie obserwowałem swój system pracy z Thingsami. Zastanawiałem się, czy jestem w stanie zrobić z tej aplikacji mój program do zarządzania całym życiem, czyli nie tylko zadaniami, ale również nawykami oraz (choć częściowo) notatkami. Powodowało to jednak spore zamieszanie na codziennej liście zadań do wykonania, która to stawała się coraz dłuższa i dłuższa, a jej filtrowanie nie należało do najwygodniejszych (szczególnie na iPhonie i iPadzie).
Zbliżał się koniec 2018 roku, więc był to dla mnie naturalny czas przemyśleń i podsumowań. W ramach nich zdecydowałem o kilku zmianach w moim systemie produktywności:
W tym ostatnim przypadku zdecydowałem się przejść na stałe (i z pełną świadomością, że rezygnuję z wielu udogodnień jakimi rozpieszczały mnie Thingsy) na OmniFocus. I tak też zrobiłem – już na samym początku 2019 roku.
Proces przyzwyczajania się do nowego systemu zadań będzie jeszcze trwał długo, ale powoli zaczynam widzieć jego pozytywne efekty. OmniFocus to skomplikowana maszyna – i bardzo pomaga inspirowanie się wskazówkami innych. Podpatruję rozwiązania między innymi u Miłosza Bolechowskiego (dość stary, ale nadal świetny artykuł w Fabryce Pikseli i przez płatne wpisy Miłosza w serwisie Patreonie), Davida Sparksa (zakupiłem między innymi u Davida OmniFocus Field Guide, który pomógł mi uporządkować wiele rzeczy związanych z aplikacją) czy serwis LearnOmniFocus. Moje refleksje i postępy z używania OF umieszczam na bieżąco w cotygodniowych podsumowaniach, które publikuję na Facebookowej grupie: Fajne Życie – Fajne Grupa. Pomimo faktu, że kiedyś przez całkiem spory kawałek czasu pracowałem z OmniFocus, postanowiłem poznać ją całkiem na nowo. Wskoczyłem w rolę ucznia, który chce się jak najwięcej nauczyć. Dzięki takiemu podejściu, byłem w stanie otworzyć się na całkowitą zmianę systemu, który jeszcze kilka lat temu, podczas wcześniejszego podejścia na OF – nie sprawdził się tak jak tego oczekiwałem. Musiałem później poszukiwać innych rozwiązań – a tym razem chciałbym tego uniknąć.
Widzę, że machina-OmniFocus powoli zaczyna działać. A ja mam tylko nadzieję, że wystarczy mi sił i cierpliwości, aby w pełni ją okiełznać.
Co ciekawe, podobne odczucia mam związane z YNAB (You Need A Budget) – choć w tym przypadku mam do czynienia nie tylko z jedną z najbardziej zaawansowanych aplikacji ze swojej kategorii, ale również jedną z ładniejszych. Wybór był zatem znacznie prostszy, choć sposób działania YNAB jest totalnie inny niż poprzednio używanych przeze mnie rozwiązań. Ale to już historia na zupełnie inny wpis…