Odkryłem ostatnio bardzo ciekawą, polską platformę – Dominikanie.pl. Jest coś w rodzaju katolickiego Netflixa z treściami właśnie o tematyce katolicko-teologicznej. Inicjatorem przedsięwzięcia jest znany polski dominikanin ojciec Adam Szustak, który też bardzo dobrze czuje się przed kamerą 🙂 Swoją drogą, oglądanie zakonnika robiącego tego typu religijny show, prowadzącego swój daily vlog, do tego z zegarkiem Aple Watch na ręku, rodzi uśmiech na mojej twarzy 🙂 A przecież Adam Szostak nie od dzisiaj inwestuje swój czas w internet – wystarczy przejrzeć jego kanał Langusta na Palnie na YouTubie.
Chyba nie należę do grupy docelowej platformy streamingowej Dominikanie.pl, jednak bardzo miło popatrzeć, gdy ktoś z pasją podchodzi do swojej – no właśnie – chyba „misji” a nie „pracy”? A może i sam czasem zajrzę…
Z resztą zobaczcie sami jak miło się ogląda! 🙂
Myślę, że musisz tam zajrzeć – Dominikanie.pl. Ps. mam nadzieję, że ojciec Adam nie obrazi się za rysunek? 🙂
Wierzysz w Superbohaterów? Jeżeli masz więcej niż 12 lat, to istnieje spora szansa, że już nie… Ale nie martw się, ja kiedyś też nie wierzyłem 🙂 Wierze jednak, że ten wpis przekona Cię, że oni na prawdę istnieją!
Na początek kilka faktów. Superbohater to postać, która ma nadludzkie moce, tak? Nie koniecznie. Napewno pamiętasz z dzieciństwa Supermana, Spidermana czy Batmana, prawda? Każdy z nich wyróżniał się swoimi niezwykłymi umiejętnościami i zdolnościami. Co ciekawe, tylko dwóch z nich, zawdzięczało je nadprzyrodzonym mocom. Oznacza to, że teoretycznie jedna z tych postaci mogłaby istnieć naprawdę. Wystarczą obcisłe majtki, super bryka, trochę wygibasów po dachach i każdy może być Batmanem :-). Oczywiście nie jest to AŻ TAK proste, ale z pewnością możliwe i do wykonania. A to oznacza nic innego, tylko tyle że SUPERBOHATEROWIE na prawdę istnieją, albo przynajmniej mogą istnieć.
A teraz mam dla Ciebie mega wiadomość, która być może raz na zawsze zmieni Twoje życie: Ty również masz w sobie superbohatera! I to nie jednego – a wielu. Takich prawdziwych!
Skąd to wiem – zapytasz pewnie. Bo siedzą w każdym z nas, tylko nie zawsze potrafimy ich dostrzec, docenić i, co najważniejsze, zaakceptować. W pierwszym odcinku mojego podcastu, w ramach krótkiego przedstawienia siebie, opowiedziałem Ci o sześciu moich superbohaterach. Takich, którzy od dawna we mnie drzemali a ich wybudzanie zacząłem już jakiś czas temu odkrywając coraz to nowsze ich moce 🙂 Oto i oni.
Familyman
Mój pierwszy superbohater. Jego tajemne moce polegają na tym, że uwielbia swoje życie rodzinne i wszelkie zajęcia z tym związane. Na przykład bycie tatą, czy mężem. Tak właśnie jest ze mną. Moje córki, Amelka i Alicja, oraz żona – Ewa, codziennie sprawiają, że jestem szczęśliwym człowiekiem 🙂 I pomimo faktu, że czasem ciężko wytrzymać z trzema dziewczynami w domu… to uwielbiam tę rolę! Cudownie jest zakładać strój superbohatera-taty i lecieć do szkoły na zebranie, pędzić razem na łyżwy czy nawet przytulić się na kanapie i (lekko) przysnąć na kolejnym odcinku Barbie czy Luny 🙂 Wspaniałe uczucie gdy jako superbohater-mąż mogę wybrać się z żoną na randkę do kina czy przygotować jej ulubione danie na nasz wspólny obiad. To właśnie mój pierwszy superbohater – szczęśliwy Familyman.
iGeek
Drugi z superbohaterów, jakich udało mi się odnaleźć, to iGeek! Tego jednego znam i pielęgnuję chyba najdłużej ze wszystkich, odkryłem go już wiele wiele lat temu. Skąd ta dziwna nazwa i co właściwie oznacza? Geek, to podobno „człowiek, który dąży do pogłębiania swojej wiedzy i umiejętności w jakiejś dziedzinie w stopniu daleko wykraczającym poza zwykłe hobby”. W skrócie maniak albo zapaleniec – chyba tak najprościej można go opisać? I ja właśnie jestem takim geekiem jeżeli chodzi o technologie, a w szczególności tą, która tworzy Apple 🙂 A już najbliżej mi napewno do iPad’ów, iPhon’ów i iWatch’ów (oj wiem, że nazywa się Apple Watch, ale tak ładniej wygląda w mojej wyliczance) – stąd to „i” na początku. Uwielbiam te urządzenia i dzięki nim moja praca jest dla mnie nieprzerwanie czystą przyjemnością. Od kiedy stałem się szczęśliwym posiadaczem dużego iPada Pro (trochę więcej na ten temat w moim poprzednim wpisie), staram się wykorzystywać go do wszystkich rzeczy związanych z blogowaniem, podcastem czy moją pracą. Nie zawsze mi się to jeszcze udaje, ale już coraz rzadziej muszę wyciągać MacBooka aby przeskoczyć jakiś dołek, z którym iPada nie daje sobie rady.
Bloggerman
A więc bloguję – o czym z pewnością wiesz, bo przecież jesteś właśnie na moim blogu 🙂 I wiesz co? Kocham to! Mój kolejny superbohater to bloggerman a jego tajemne moce polegają nie tylko na tym, że prowadzi bloga, ale chyba przede wszystkim na tym, że uwielbia to zajęcie. Bo co to za superbohater, który nie kocha swojego zajęcia? Czy Spiderman, Batman i Superman (tak, wiem, mój zakres superbohaterów jest już dość przestarzały ????) robiliby to co robili, gdyby pomaganie innym nie sprawiało im frajdy? Superbohater bloggerman towarzyszy mi od niedawna, bo raptem od dwóch i pół roku, jednak z każdym dniem odkrywam w nim nowe moce i pokłady energii. To daje mi siłę do działania i pokonywania kolejnych barier, w tym, ciągle dla mnie nowym i nieznanym zajęciu, jakim jest blogowanie. Czy za jakiś czas do grupy moich superbohaterów dołączy Podcast-er-men? (????) Mam taką nadzieję!
Housewife
Housewife to nic innego jak… kura domowa 🙂 A właściwie w tym przypadku powinien to być kur domowy. Tak tak – ten znienawidzony przez wiele osób zestaw domowych, codziennych obowiązków, jest tym, co tygryski lubią najbardziej 🙂 Oczywiście, dla tych niedowierzających, piszę o sobie.
Wielu moich znajomych przez długi czas stukało się w głowę, gdy opowiadałem, jak bardzo lubię swoje domowe obowiązki którym mogę każdego dnia się oddawać. Gdy przedstawiałem im mojego superbohatera Kura Domowego, nie dowierzali, że robię to bo lubię. W sumie nie mam się co dziwić, w końcu sam dopiero dwa lata temu odkryłem jego istnienie. Wcześniej niezbyt często spędzałem dni w domu. O praniu czy zmywaniu nie nawet nie wspominając. Jej, jak sobie tak wszystko podsumuję, to okres ostatnich kilku lat zmienił mnie całkowicie! I tak też jest z obowiązkami domowymi, które – jak się okazało – mogą sprawiać wielką frajdę i dawać jeszcze większą satysfakcję. Gdy moje dziewczyny wychodzą do domu, pracy i przedszkola, ja mogę – w miarę możliwości, bo jak widzisz w całym moim wpisie, zajęć mam sporo – zajmować się moim kochanym domkiem i zadaniami jakie przede mną stawia. Posprzątać po śniadaniu, pozmywać, wstawić pranie, sprzątnąć podłogę, dosypać jedzenie do karmnika dla ptaków, podlać kwiatki… Panie i Panowie – oto właśnie mój superbohater Housewife.
Cookerman
Gotowanie od zawsze było moją pasją. Już jako mały dzieciak przygotowywałem sobie wymyślne dania co nie raz wprawiało w zdziwienie, a czasem i złość, moich rodziców. To drugie występowało głównie wtedy, gdy w środku nocy zaczynałem smażyć, piec czy gotować… hmm… nie wiem o co im chodziło, w końcu komu przeszkadza delikatny zapach pieczonego ciasta francuskiego o drugiej w nocy? 😉
Pomimo pasji, jaką niewątpliwie było dla mnie gotowanie, nigdy nie myślałem, aby robić to zawodowo. I nawet, gdy jakimś niewiarygodnym zrządzeniem losu, znalazłem się w swojej pierwszej pracy w restauracji sushi jako pomocnik kucharza, wiedziałem, że jest to dla mnie tylko tymczasowa przygoda i nie potrwa dłużej niż dwa, trzy miesiące. Jednak trwała ich równo osiem. I była to najlepsza praca, jaką kiedykolwiek miałem. Robiłem to co kocham i to przez prawie 12 godzin na dobę 🙂 Nie było łatwo, ale satysfakcja pozostawała ogromna.
Teraz, po latach, wstaję każdego dnia rano i otwieram swoją małą, domową restaurację 🙂 Zazwyczaj mam trójkę stałych klientów – moje trzy dziewczyny. Teraz to dla nich najczęściej gotuję i, choć nie zawsze są łatwymi klientkami (szczególnie te dwie młodsze), uśmiechy na ich twarzach gdy próbują coś nowego, są dla mnie najlepszym napiwkiem jaki kiedykolwiek dostałem 🙂 To one sprawiają, że mój superbohater Cookerman każdego dnia rośnie w siłę i zyskuje coraz to nowsze nadprzyrodzone moce.
Businessman
W 2018 roku, dokładnie pierwszego października, minęło 10 lat od kiedy założyłem swoją firmę. Wow, kawał czasu. Jednak dopiero dwa lata temu zrobiłem z niej swoją wymarzoną pracę 🙂 I wtedy też pojawił się mój superbohater Businessman – który uwielbia swoje firmowe zajęcia. Oczywiście istnieje szereg rzeczy, których nie znoszę – cała „papierkowa” robota, rozliczenia z klientami (tak, nie lubię części rozliczeniowej w mojej firmie! 🙂 ), przesyłanie dokumentów do urzędu skarbowego, ZUSu, przypominanie o niezapłaconych fakturach, wysyłanie ofert, blech.. O tych wszystkich rzeczach staram się nie myśleć i przekładam je na później gdy tylko mogę. Część z nich na szczęście robi za mnie moja księgowa, ale innych – jak rozliczenia z klientami – raczej nie pozbędę się tak łatwo. Często śmieję się, że może łatwiej by było, gdybym na fakturze zamiast mojego numeru konta, podawał ten z elektrowni, albo wodociągów… I niech elektrownia w przypadku mojego niezapłaconego rachunku odzywa się bezpośrednio do moich klientów, zamiast do mnie 🙂 Idealne rozwiązanie, prawda? Mógłbym się wtedy skupić na tym, w czym mój superbohater jest najlepszy – w tworzeniu. Bo właśnie na tym polega moja praca. Tworzę strony – takie do czasopism które znajdujesz później na półce w Empiku, oraz te internetowe. Zajmuję się również doradztwem i obsługą tych ostatnich. I wiesz co? Każde z tych zajęć sprawia mi ogromną frajdę 🙂 A chyba najlepszym dowodem na to jest mój blog – czyli tak na prawdę moja praca, po pracy 🙂 W końcu moim ulubionym zajęciem poza regularną pracą, jest dokładnie to samo – tworzenie i prowadzenie swojej własnej strony. A kto mnie zna dłużej wie, że od zawsze do tego dążyłem. Ponieważ to uwielbiam 🙂 I to właśnie jest supermoc mojego superbohatera businessmana.
Sportsman (nowicjusz)
Dzisiaj tak ciężko mi uwierzyć, że jako młody chłopak nie lubiłem sportu. Do drugiej klasy podstawówki, jak prawie każdy dzieciak w tym wieku, uwielbiałem kopać piłę – ba, nawet byłem kilka razy na treningu w drużynie piłkarskiej z prawdziwego zdarzenia, takiej z mojego rodzinnego miasta.
Jednak później coś mi się przestawiło w głowie i wszelką aktywność fizyczną zacząłem traktować jak najgorszy sposób spędzania czasu. Jak to w ogóle możliwe?
No cóż, minęło wiele lat i moje podejście znowu zmieniło się o 180 stopni. Na nowo pokochałem sport i to w bardzo wielu odmianach. Oczywiście taki w postaci rekreacyjnej, nie wyczynowej. Rower, rolki, łyżwy, joga, pływanie, bieganie, a nawet kilka prostych porannych ćwiczeń – każda z tych rzeczy sprawia, że jestem szczęśliwym człowiekiem. Taki właśnie jest mój superbohater Sportsman – zafascynowany sportem, na nowo 🙂 Dlaczego „nowicjusz”? Przez te wszystkie lata, gdy unikałem sportu jak ognia, narobiłem sobie wiele zaległości. Gdy dwa lata temu, zaraz po rzuceniu palenia, pierwszy raz poszedłem pobiegać, ledwo doczołgałem się do końca ulicy – a liczy ona raptem kilkadziesiąt metrów. Z każdym dniem było lepiej, obserwowałem ogromne, czasem wręcz niewiarygodne, postępy, jednak zawsze czułem, i pewnie jeszcze długo będę czuł, że przez te zmarnowane lata – jestem mocno do tyłu. Za każdym razem gdy wskakuję na rolki czy łyżwy wiem, że gonię dzieciaki które jeżdżą od zawsze. Gdy wchodzę do basenu, widzę jak muszę uczyć się podstaw. Na szczęście radość jaką daje mi sport motywuje mnie do dalszej pracy. Dzięki temu wiem, że przyjdzie dzień, w którym mój superbohater Sportsman zrzuci plakietkę „nowicjusz” 🙂
To moja siódemka uzdolnionych, wspaniałych superbohaterów, którzy każdego dnia pomagają mi zmieniać świat na lepsze. Mój świat 🙂 Teraz Twoja kolej, potrafisz odszukać i wymienić swoich Superbohaterów? Nie wstydzić się żadnego z nich? Zaakceptować ich nadprzyrodzone moce? I najważniejsze: czy Ty w ogóle wierzysz w superbohaterów?? Czekam na Twoje komentarze 🙂
Jeżeli chcesz porozmawiać na ten i inne tematy, zapraszam Cię również do mojej Facebookowej grupy: Fajne Życie – Fajne Grupa.
Przełom roku to dla wielu osób czas podsumowań, refleksji i zmian. Ja, jak pewnie wiesz, lubię zmiany i nowe rzeczy 🙂 Ale tylko z dziedziny takich, które prowadzą do czegoś fajniejszego. Takie, które mogę nazwać „rozwojem”.
Proces zmiany wyglądu bloga rozpocząłem już jakiś czas temu i od wielu tygodni robiłem większe i mniejsze eksperymenty w tym temacie. Daleki jestem od pisania „skończyłem”, ale wiem już w którą stronę podążam. Odchodzę od zbyt wielu kolorów, które szalały sobie po stronie, zbyt wielu nic nie mówiących zdjęć – podążam w tą bardziej minimalistyczną stronę. Zamiast dodawać i komplikować – zabieram i upraszczam.
Będę starał się, utrzymać bardziej taką skromną w barwy kolorystykę bloga, tak samo ewentualnych zdjęć i grafik. Ach, jeszcze apropos grafik – będę przygotowywał ich coraz więcej sam. Taki też mam plan na zdjęcia – robić własne, nie kupować gotowe. Będzie to dla mnie totalnie nowa rzecz, ale mam nadzieję, że odnajdę się w takim hobby. Trochę boję się mojego podejścia do fotografii – nigdy nie należałem do osób, które „cykają” zdjęcia kiedy tylko mogą. Jednak chcę się tego nauczyć i zacząłem już nawet kurs, który ma mi w tym pomóc. OCZYWIŚCIE moim aparatem fotograficznym będzie nic innego, tylko iPhone 🙂
Taki kierunek wizualny obieram na ten rok dla bloga. Ps. co myślisz o nowej stronie głównej? Nareszcie każdy odwiedzający stronę Fajne Życie, będzie mógł łatwo, bez szukania, dowiedzieć się o czym tak na prawdę jest mój blog.
Podcast!
Tak, tak, tak! Decyzję podjąłem już baaardzo dawno temu i nawet nie wiesz jak długo ociągałem się z nagrywaniem. Ale jest… pierwszy odcinek mojego podcastu 🙂 Tyle się nakombinowałem…
Myślałem o nazwie – miałem chyba ze dwadzieścia różnych pomysłów, jak również na samą formę formę podcastu, wykupiłem wiele domen z wybranymi już nazwami… ale ostatecznie pozostałem przy takiej samej jak sam blog 🙂 Czyli podcast nazywa się Fajne Życie – po prostu, bez kombinowania.
Jeszcze większe problemy niż z nazwą miałem z muzyką… Przesłuchałem z milion dźwięków do podcastowego intro we wszystkich możliwych serwisach z muzyką jakie znalazłem w internecie a ostatecznie wybrałem kawałek, który na moją listę „potencjalnych utworów do intro” trafił jako pierwszy 🙂 Jednak przez cały ten czas przesłuchałem go tak wiele razy, że w końcu nabrałem podejrzeń, czy przypadkiem nie słyszałem go już w innym podcaście… ech… namieszałem strasznie, zamiast podejść do tematu najprościej jak się da 🙂 Wyrażenie „bez kombinowania” powinno stać się moim tematem roku 2019.
Gdy już okiełznałem wszelkie problemu związane z produkcją samego podcastu, wymyśliłem szereg dodatków, które miałbym wykonywać do każdego odcinka – co oczywiście skutecznie uniemożliwiło mi już skończenie czegokolwiek… 🙂
Na szczęście powiedziałem „DOŚĆ!”, wziąłem swoje notatki i zacząłem nagrywać. I oto jest 🙂 Zapraszam Cię do przesłuchania i (koniecznie) recenzji!
Nie mogę pominąć bardzo ważnego wątku: w stworzeniu podcastu pomógł mi kurs Marka Jankowskiego z Małej Wielkiej Firmy – PodcastPro. Choć zamiast słowa „pomógł”, powinienem użyć „umożliwił”. Jeżeli przeszło Ci kiedyś przez myśl nagrywanie własnego podcastu – koniecznie zacznij od kursu Marka! Śmiem twierdzić, że to najbardziej merytoryczny i praktyczny kurs do jakiego miałem okazję przystąpić 🙂 Trąbie o tym na prawo i lewo, ale jestem mega wdzięczny Markowi za to, że poświecił czas aby taki kurs przygotować.
Narzędzia
Przełom 2018 i 2019 roku to dla mnie również potężna zmiana jeżeli chodzi o urządzenia na których pracuję. Do tej pory moim podstawowym narzędziem był komputer, laptop – MacBook Air z dwoma pomocnikami – iPadem (tym najtańszym i najbardziej podstawowym z 2017 roku) i iPhonem (8). I pomimo faktu, że większość rzeczy dotyczących bloga i tak starałem się tworzyć właśnie przy pomocy iPada, to jednak MacBook zawsze leżał obok i bardzo często pomagał, a bywało, że i przejmował pałeczkę. Efekt był taki, że poza samym pisaniem, niewiele rzeczy robiłem z wykorzystaniem tylko i wyłącznie iPada.
Jednak ostatnio to się zmieniło – po wielu miesiącach sprawdzania, czytania recenzji, rozważań, testów, zdecydowałem się na zakup… iPada Pro, tego dużego, największego, 12,9 cala – starszej, ale bardzo fajnej wersji (najnowsze iPady są jednak zbyt drogie póki co). I oczywiście jestem zakochany w tym sprzęcie… W połączeniu z klawiaturą (Apple Smart Keyboard) i rysikiem (Apple Pencil), mam właściwie idealne urządzenie, które stało się jednocześnie moim podstawowym narzędziem pracy, pisania, blogowania i (prawie) wszystkiego innego. Niestety nie mogę jeszcze na iPadzie opracowywać czasopism – a między innymi tym zajmuję się w mojej codziennej pracy. Jednak wierzę, że i to już bardzo niedługo się zmieni 🙂
Pojawienie się u mnie iPada Pro spowodowało, że postanowiłem przemyśleć nie tylko sprzęty, na których pracuję, ale również aplikacje, których używam. Proces ten zacząłem właściwie jeszcze zanim nowy iPad do mnie przyjechał. Przede wszystkim wziąłem swojego iPhona i starszego iPada i sprawdziłem ile aplikacji się w nich znajduje. Mogę to chyba porównać do sprawdzania bagażnika w samochodzie w celu sprawdzenia ile zbędnych gratów się w nim znajduje. I w moich bagażnikach było łącznie… 378 aplikacji! Nie zastanawiając się wiele, przystąpiłem do porządków – pozbywając się prawie połowy (po czystkach zostało łącznie 191) aplikacji. Poza wyrzuceniem tych, których nie używałem, postanowiłem też zmniejszyć liczbę aplikacji, które faktycznie wykorzystuję. Zamiast używać trzech aplikacji do obsługi kalendarza (tak, używałem 3!), przestawiłem się na jedną – tą podstawową, od Apple. Zamiast kilku aplikacji do gromadzenia notatek, pozostałem przy jednej – Evernote, rozszerzając jednocześnie zakres w jakim ją wykorzystuję. I tak dalej. Wykasowałem wszystko co nie było mi potrzebne albo odciągało mnie od pracy. Ciekawym procesem była dla mnie rezygnacja z aplikacji Tweetbot do przeglądania Twittera. Postanowiłem „przejść” na oficjalną aplikację i nie była to łatwa decyzja. Ci z Was, którzy znają Tweetbota pewnie stukają się tej chwili w głowę – bo tak na prawdę Tweetbot jest o niebo lepszy on tej oficjalnej apki. Dlaczego więc zdecydowałem się na taką zmianę? Z prostego powodu: za dużo czasu spędzałem na czytaniu Twittera, a za mało na pisaniu. I udało się 🙂 Zmiana spowodowała, że zwyczajnie straciłem przyjemność spędzania kilkudziesięciu minut dziennie na przeglądaniu timelane’u i przestałem to robić. Twitterowy nałóg w dużej mierze zniknął 🙂
Dzięki czystkom wśród aplikacji i skupieniu się na pojedynczych rozwiązaniach, praca na iurządzeniach znowu stała się przyjemnością. Mam również o połowę mniej rzeczy, które mnie rozpraszają. Właściwie zostały jedynie aplikacje, których faktycznie używam i potrzebuję. Pozbyłem się śmieci, zbędnych narzędzi oraz aplikacji, których do tej pory nie zdarzyło mi się nawet raz włączyć. Tak przygotowany odebrałem mojego nowiutkiego iPada Pro i zacząłem działać 🙂 Efekty tej pracy czytasz i (mam nadzieję) będziesz czytał oraz słuchał (podcast również nagrywam tylko i wyłącznie przy pomocy iPada).
Grupa na Facebooku
Od jakiegoś czasu rozmyślałem też nad moją działalnością na Facebooku. Totalnie nie jestem zadowolony z tej dotychczasowej na fanpage’u, który to stał się niestety głownie słupem ogłoszeniowym o nowych wpisach na blogu. A to z kolei totalnie nie zachęca Was do komentowania i rozmowy – i to jest całkiem normalne. Tylko, że ja już tak nie chcę! Chcę rozmawiać, dyskutować, rozwiązywać problemy – swoje i Wasze. Chcę pokazać Ci jak osiągam swoje cele i dowiedzieć się czegoś o Twoich.
Jednak w ramach samego fanpage’a niewiele mogę zrobić – również ze względu na fakt, że sam Facebook nie podchodzi już do nich zbyt poważnie. Od kilku miesięcy obserwuję za to, jak swoją społeczność tworzą inni blogerzy – na przykład Dominik Juszczyk, czy Miłosz Bolechowski. Obydwaj udzielają dostępu do tej społeczności dopiero po uiszczeniu niewielkiej opłaty – i ja doskonale to rozumiem, bo dzięki temu do ich grup dołączają jedynie osoby, które faktycznie chcą w nich brać udział i się udzielać. Bardzo mi się podoba ich sposób działania i postanowiłem również zacząć tworzyć podobną społeczność – właśnie na Facebooku, ale nie w fanpage’u, tylko w grupie. Różnica polega będzie polegała na tym, że za dostęp do mojej grupy nie zapłacisz ani grosza. Jednak w zamian będę oczekiwał, że będziesz się w niej udzielał/udzielała.
Ale uprzedzam jeszcze raz: nie chcę, aby była to martwa grupa, zamierzam sporo w niej pisać (już to robię) i mocno się udzielać oraz – oczywiście – zachęcać Was do tego samego. Sam fanpage pozostanie na razie bez zmian, głównie słupem ogłoszeniowym… bo i taki się przecież przydaje 🙂
A co dokładnie będzie się działo na grupie? O czym będę z Wami na niej rozmawiał? Możesz się tego dowiedzieć na dwa sposoby: pierwszy to oczywiście po prostu dołączając 🙂 a drugi – z mojego newsletteraw którym będę często o grupie wspominał, i do którego subskrypcji bardzo Cię zachęcam.
Treści na blogu
W tym roku planuję również lekko rozszerzyć tematykę mojego bloga o treści związane z produktywnością, wykorzystaniem iPada w pracy, jak i w życiu codziennym, tworzeniem własnego bloga oraz moich próbach wprowadzanie minimalizmu w życiu 🙂 brzmi jak sporo pracy, prawda? Ale wiele z niej już wykonałem i w najbliższych tygodniach będziesz mógł obserwować efekty.
Udało się, w końcu mogę przedstawić Ci pierwszy odcinek podcastu Fajne Życie, w którym opowiadam o sobie, superbohaterach, podcaście i… fajnym życiu. Zapraszam do słuchania i czekam z niecierpliwością na Twój komentarz ????
Więcej na temat rzeczy o których mówię w pierwszym odcinku:
Strona główna – czym i jakie są obszary fajnego życia
Asia, moja znajoma, rzuca palenie. Od kilku lat. Jest już o krok od sukcesu – wszystko przygotowała. Podjęła decyzję i… właściwie tyle. Pozostał jej do wykonania drugi, finalny etap – przestać palić. Z realizacją tego kroku czeka jednak na odpowiedni moment. Asia, tak jak ja, pracuje w domu. To wprost wymarzone zajęcie dla poszukiwaczy wymówek.
W końcu zawsze znajdzie się klient, który swoimi poprawkami w projekcie doprowadza do szału – co jak wiadomo lekko opóźnia realizację wszelkich ważnych postanowień. Gdy w końcu przeprawa z klientem wydaje się być skończona, jest oczekiwanie na finalizację projektu, potem pieniądze – równie stresujące momenty i jeszcze gorszy czas na walkę z nałogami. Gdy klient zapłaci to albo jesteś już po uszy w kolejnym projekcie albo – co chyba gorsze – gorączkowo szukasz kolejnego zajęcia. Obydwa przypadki spokojnie wystarczą do skutecznego odwlekania decyzji o dalszej walce z nałogiem. I nawet gdy nadchodzi ten jeden idealny moment, ta jedna w roku chwila, gdy stary projekt się skończy, pieniądze z niego są już na koncie a nowy startuje dopiero za tydzień – łatwo jest odnaleźć milion powodów które powodują ogromny stres i uniemożliwiają podejmowanie wszelkich ważnych decyzji. Z pewnością to będzie moment, w którym akurat trzeba zapłacić podatki, ZUS, czy wyjaśnić problem z księgową albo chociaż pomyśleć nad zmianą logo firmy. Jak nie, to przecież trzeba sprzątnąć biurko i oczywiście pomyśleć o zmianie fotela – w końcu wygoda w pracy to podstawa. A jak najlepiej wybrać nowy fotel? Oczywiście z katalogiem Ikei, kawą i… papierosem.
Tak też rzuca palenie Asia. Całe życie. I, choć wcale jej do tego nie namawiam, średnio raz w miesiącu słyszę: „Jeszcze ten jeden projekt i już napewno rzucam. Tym razem już to zrobię, wiem że warto, ale jeszcze miesiąc albo dwa…”
Tak sobie myślę – czasem zamiast coś chcieć, trzeba po prostu to zrobić. Ten krótki wpis dedykuję każdemu z Was, kto obiecuje sobie „jeszcze ten jeden miesiąc…”.
Jeżeli zaglądasz czasem do mnie na bloga lub przynajmniej czytasz newsletter, to wiesz, że bardzo lubię podcasty. Uwielbiam szczególnie te, które potrafią zainspirować. Niewątpliwie takim właśnie podcastem jest jeden z pierwszych, jakie w ogóle zacząłem słuchać – „Więcej niż oszczędzanie pieniędzy” Michała Szafrańskiego. Ostatni odcinek, który miałem okazję przesłuchać, tylko to potwierdza. Michał zaprosił do rozmowy Karola Lewandowskiego, z bloga „Busem przez świat” i Panowie rozmawiali o podróżowaniu oraz blogowaniu. Wow, chyba idealne połączenie 🙂 Po przesłuchaniu sam miałem ochotę rzucić wszystko, kupić starego busa i wybrać się w podróż dookoła świata!
Nie był to pierwszy raz, kiedy miałem okazję posłuchać historii Karola – „spotkałem” go już wcześniej dwa razy, podczas konferencji na których występował. Jedno z tych wystąpień zamykało w 2016 roku Blog Poznań Conference na której byłem. Zastanawiałem się wtedy, czy nie odpuścić sobie tej jednej, ostatniej prelekcji aby zdążyć na wcześniejszy pociąg do domu. Zostałem. Karol opowiadał o początkach blogowania, pierwszych podróżach i rewolucji jaką sobie zafundował w życiu. Było to najlepsze wystąpienie. Karol wie jak spełniać marzenia i inspirować do tego innych!
Jeżeli nie znasz Karola Lewandowskiego i bloga Busem przez świat, polecam Ci abyś przesłuchał wywiad, jaki przeprowadził z nim Michał Szafrański, a wcześniej obejrzał film, który Karol pokazał właśnie podczas Blog Poznań Conference w 2016 roku:
Jednak ten wpis nie powstał po to abym malował laurkę dla obu Panów (choć niewątpliwie im się należy). Nie ukrywam, że styl życia jaki prowadzi Karol Lewandowski bardzo mi się podoba. Podróżuje i bloguje – i jeszcze te dwa zajęcia pozwalają mu się utrzymać… Kto z Was by tak nie chciał? 🙂
Zainspirowany taki stylem życia, postanowiłem, że i ja wyruszę w podróż. Nie dziś, nie jutro, pewnie nie busem i pewnie nie na kilka miesięcy. Choć właściwie czemu nie? Najważniejsze jednak jest, abym zaczął od planu. Od przemyślenia wszystkiego, przygotowania mapy mojej podróży i zrobienia pierwszych kilku kroków.
Zacząłem więc szperać w internecie i na podstawie wielu artykułów jakie znalazłem, przygotowałem sobie przewodnik – takie „krok po kroku” do podróży dookoła świata! I dzisiaj dziele się nim z Tobą 🙂
Przewodnik obejmuje 10 kroków, jakie trzeba wykonać, aby mądrze zaplanować podróż dookoła świata 🙂 Nawet jeżeli planujesz miesięczną wyprawę na jeden tyko kontynent, warto przygotowywać się jak na podróż dookoła całego globu!
Krok 1 – wybór miejsc
Niby oczywiste, ale kto by pomyślał, aby od tego właśnie zacząć? Gdybym planował taką podróż bez żadnej pomocy, pewnie na początku pomyślałbym o liście rzeczy do spakowania… a to oczywiście niewłaściwa droga. Bo niby skąd wiedzieć czy potrzebny będzie parasol czy krótkie spodenki, skoro jeszcze nie wiadomo czy jedziesz do Londynu, czy lecisz na Teneryfę?
Więc na początku warto ustalić jakie Państwa chcesz tak na prawdę odwiedzić. Wziąć mapę i przypiąć pinezki – takie prawdziwe – na papierowej mapie, albo te wirtualne – na Mapie Googlowej. Taka lista pokaże również jak długo będzie potrwać podróżą, a dalej – jaki budżet zgromadzić.
Z gotową listą miejsc, jakie chcesz odwiedzić, możesz zacząć planować właściwą już trasę przejazdu. Zaznaczone na mapie miejsca trzeba połączyć. Wybrać Państwa przez które będziesz musiał przejechać, określić środki transportu jakie wykorzystasz, zaznaczyć drogi którymi będziesz się poruszać. Warto również wziąć pod uwagę pogodę jaka może występować w miejscach do których będziesz podróżować.
Jeżeli wiesz już jakie miejsca chcesz odwiedzić oraz jak się do nich dostaniesz, możesz zacząć planować budżet całej podróży! Być może nie będzie to najprzyjemniejszy moment całego planowania, ale bez tego z pewnością się nie uda 🙂 Musisz wiedzieć ile będziesz potrzebował pieniędzy, aby nie zakończyć podróży bez pieniędzy w samochodzie bez paliwa 300 km od domu.
Planując budżet Twojej wycieczki, warto odwiedzić różne blogi podróżnicze, na przykład właśnie „Busem przez świat”, gdzie Karol pokazuje jak z małym budżetem wybrać się w taką podróż życia.
Twój spis wydatków powinien być podzielony na Państwa, i zawierać transport, zakwaterowanie, jedzenie i picie oraz opłaty za rzeczy dodatkowe, np. wizy. Gdy poznasz kwotę jaka będzie Ci potrzebna do zrealizowania podróży, będziesz mógł zacząć ją dostosowywać do możliwości finansowych. Zamieniać hotele na hostele albo odwrotnie. To bardzo istotny krok – jego odpowiednie przygotowanie zaważy na powodzeniu całych przygotowań.
Krok 4 – zorganizuj pieniądze na wyjazd
Niestety, samo zaplanowanie budżetu to za mało aby móc wyruszyć w podróż. Potrzebne pieniądze trzeba jeszcze zgromadzić. Musisz też zaplanować jak będziesz przechowywał zebrane pieniądze. Nie chcesz chyba wozić ze sobą worka z gotówką? Być może odpowiednim rozwiązaniem będzie wykorzystanie kart wielowalutowych, np. Revoluta – popularnej usługi pozwalającej relatywnie tanio wymieniać pieniądze pomiędzy walutami. Warto również zastanowić się, co być zrobił, gdy Twoja karta zostałaby skradziona. Czy masz zaplanowane jakieś wyjście awaryjne? Czy takie wydarzenie pokrzyżowałoby Ci plany? Czy złodziej miałby dostęp do wszystkich Twoich pieniędzy i musiałbyś z tego powodu zakończyć podróż? Oczywiście nie życzę Ci takiego scenariusza – ale jedziesz w daleką podróż, lepiej być gotowym i na takie przygody.
Krok 5 – zapisz podróż w kalendarzu
Czas na kolejny duży i konkretny krok. Umiejscowienie Twojej podróży w czasie. Weź kalendarz i wpisz wszystkie daty. Zacznij od momentu wyjazdu, i opisuj każdy kolejny dzień. Weź pod uwagę potrzebny czas podróży i liczbę dni jaką chcesz pozostać w każdym mieście. Na koniec sprawdź czy łączny czas podróży jaki Ci wyszedł pokrywa się z pierwotnymi założeniami.
Krok 6 – paszport i wizy
Jeżeli Twoja podróż będzie obejmowała tylko Unię Europejską, nie będziesz potrzebować ani wiz, ani paszportu. Jeżeli jednak faktycznie chcesz wyruszyć dookoła świata – wtedy ten krok będzie niezwykle istotny. Paszport to podstawa, bez niego nie tylko nic nie załatwisz, ale i nigdzie dalej nie pojedziesz. Pamiętaj, że wyrabianie paszportu trochę trwa – weź to pod uwagę w swoich planach. Jeżeli paszport masz już wyrobiony – sprawdź koniecznie jego ważność, aby nie skończyła się w połowie podróży.
Druga sprawa to wizy – musisz sprawdzić każde z Państw do których planujesz podróż oraz te przez które będziesz tylko przejeżdżał. Wypisz miejsca do których będzie Ci potrzebna wiza i zajmij się ich wyrobieniem.
Krok 7 – Zacznij rezerwować!
Jeżeli doszedłeś do kroku 7, to nie ma już na co czekać i chyba trzeba rezerwować! 🙂 Wypisz sobie miejsca, w których musisz dokonać rezerwacji. Twoja lista może być krótka, ale i bardzo długa – w zależności od specyfiki podróży. Pamiętaj aby wziąć pod uwagę transport (lot, autobus, pociąg, wynajem samochodu), zakwaterowanie (hotel, motel, hostel, camping, airbnb) oraz atrakcje turystyczne których nie chcesz ominąć a które wymagają wcześniejszej rezerwacji. Skorzystaj z list sporządzonych w poprzednich krokach. Mądrze zrobione rezerwacje mogą Ci też pozwolić na pewne oszczędności – w niektórych miejscach obowiązują zniżki w przypadku odpowiednio wcześniej dokonanych rezerwacji.
Krok 8 – dom, praca…
Zadbaj o to, abyś miał do czego wracać. Odpowiednio długi urlop w pracy, powiadomienie współpracowników, rodziny i przyjaciół o podróży i tym, że może być z Tobą utrudniony kontakt. Sąsiadka, która podczas nieobecności podleje kwiatki i nakarmi koty to również dobry pomysł. To tylko kilka z rzeczy o których warto pomyśleć.
Krok 9 – zaszczep się, weź potrzebne leki, dokumenty
Jeżeli Twoja wyprawa to podróż dookoła świata, koniecznie zadbaj o odpowiednie szczepienia. Na kilka miesięcy przez wyruszeniem w trasę, powinieneś udać się do lekarza specjalisty w poradni chorób tropikalnych, który zleci odpowiednie badania i szczepienia. Ochronią Cię one przez niektórymi, powszechnie występującymi i często groźnymi chorobami. Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach Pańswtowej Inspekcji Sanitarnej.
Krok 10 – spakuj się
Spakowanie się na podróż dookoła świata może być nie lada wyzwaniem. Aby nie była ona zbyt uciążliwa, nie możesz zabrać zbyt wielu rzeczy, z drugiej jednak strony musisz też być przygotowanym na zmiany klimatu w kolejnych państwach. Tworząc listę rzeczy do spakowania skorzystaj z wcześniejszych list, gdzie wypisałeś państwa jakie zamierzasz odwiedzić oraz pogodę jaką możesz w nich zastać.
Bonus – ubezpiecz się
Jeżeli udajesz się w dłuższą podróż, a ta dookoła świata bez wątpienia do takich właśnie należy, bezwzględnie powinieneś siebie i swoją wycieczkę ubezpieczyć. Wybierz odpowiednią firmę, która pokryje zarówno koszty ewentualnego leczenia, ale i zwróci pieniądze w przypadku odwołanego lotu czy zagubionego bagażu. Jest duża szansa, że takie ubezpieczenie nie będzie Ci potrzebne, czego Ci oczywiście życzę. Jednak w sytuacjach gdy się przydaje – zazwyczaj ratuje życie.
Kto z nas nie marzy o wielkiej podróży przez świat. I wcale nie musi być to wyprawa Busem jak Karol Lewandowski, choć przyznam, że zazdroszczę mu ogromnie 🙂 Ale prawda jest taka, że każdy z nas jest w stanie w taką podróż się udać, kwestia tylko dobrego planu i przygotowania. I właśnie po to lista 10 kroków potrzebnych do przygotowania takiej podróży. Jeżeli i Ty o niej marzysz – weź kartkę papieru, mapę i, zgodnie z krokiem pierwszym, wypisz państwa do których chciałbyś pojechać. Zrób ten pierwszy mały kroczek – i nieważne, czy ta lista będzie sobie leżała i czekała miesiąc, rok, czy pięć lat, w oczekiwaniu na krok drugi. Ważne, że wykonasz ten pierwszy – i będziesz o 10% bliżej spełnienia marzenia 🙂
I na koniec jeszcze jedno… być może ktoś z Twoich przyjaciół albo znajomych zasługuje na spełnienie tak pięknego marzenia jakim jest podróż w świat? Jeżeli znasz taką osobę – daj jej znać o moim artykule. Być może sama weźmie kartkę i zacznie planować… 🙂
Praca przy komputerze to najczęściej również praca przy biurku. Więc długie godziny spędzone przy komputerze to problem zarówno dla głowy, jak i kręgosłupa. I obydwa te aspekty są ze sobą ściśle powiązane. Spadek efektywności, problemy z koncentracją, rozkojarzenie, trudności w skupieniu się – to tylko niektóre z dolegliwości związanych z długą pracą przy komputerze.
Popełniamy wiele błędów, przez które nie możemy w pełni wykorzystać możliwości i pokładów energii która w nas drzemie. Należysz do takich osób? Zmieniając niektóre elementy swojego „stanowiska pracy” jesteś w stanie wskoczyć na wyższy poziom produktywności. I dzisiaj przedstawię Ci kilka z moich sposobów na to jak być bardziej efektywnym przy komputerze.
Porządek na biurku
Podobno ludzie dzielą się na takich, którzy mają czyste, uporządkowane, wręcz puste biurka i… tych z artystycznym nieładem. Ja należę do tych pierwszych, ale nie zawsze tak było. Kiedyś moje biurko było istną stajnią Augiasza – pełne kartek, karteczek, przewodów, kubków i wszystkiego innego co mogło się na nim zmieścić. Przyszedł jednak kiedyś taki moment, w którym zrozumiałem jak bardzo mi to przeszkadza. I zmieniłem to. Teraz odczuwam wręcz zdenerwowanie, gdy na moim biurku znajduje się zbyt wiele rzeczy. Staram się, aby było ono czyste, uporządkowane i utrzymane w minimalistycznym stylu.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko?
Długo zastanawiałem się nad tym zdaniem wypowiedzianym kiedyś przez Alberta Einsteina. Doszedłem do wniosku, że tu nie chodzi jednak o puste, ale o uporządkowane i „poukładane” biurko. Teoria Einsteina jest błędna już u podstaw – biurko puste mamy tylko i wyłącznie na samym początku gdy siadamy do niego pierwszy raz w życiu. Jeżeli już z niego korzystamy, przestaje być puste i może być co najwyżej uporządkowane.
Stan naszego miejsca pracy bezpośrednio odzwierciedla całe nasze życie. Zrobienie porządku na zagraconym biurku przywraca poczucie panowania nad sytuacja. Taką czynność porządkowania można porównać do oczyszczania umysłu. A gdy zrezygnujesz z niepotrzebnych rozpraszaczy i przeszkadzaczy, łatwiej będzie Ci skoncentrować się na faktycznej pracy. Każdy element odciągający uwagę od wykonywanego zajęcia, powoduje postępujący spadek efektywności. Jeżeli Twój umysł musi koncentrować się nie tylko na wykonywanym zajęciu, ale również na przedmiotach leżących w otoczeniu lub bezpośrednio na biurku przy którym pracujesz, będzie bardziej skłonny do porzucania właściwego zajęcia i zajmowania się czymś zupełnie innym.
Problem ten bardzo dobrze widać w naszych smartfonach, w których, tak samo jak na biurkach, bardzo często panuje bałagan związany z nadmiarem aplikacji. W efekcie zamiast zrobić tą jedną rzecz do której której sięgasz po telefon, często kończysz przeglądając statusy na Facebooku, zdjęcia na Instagramie lub wiadomości w Goolge News. Tylko dlatego, że ikony tych aplikacji były zaraz obok tej jednej właściwej którą chciałeś uruchomić… znasz to?
Postawa
Prawidłowa postawa przy biurku może znacznie poprawić wydajność Twojej pracy. Jednak zaniedbanie tego elementu to nie tylko słabsza produktywność, ale i późniejsze problemy ze zdrowiem. Długotrwałe siedzenie przy biurku w nieodpowiedniej pozycji może być przyczyną rozlicznych kłopotów zdrowotnych. W odróżnieniu od innych moich porad w tym artykule – tą jedną powinieneś wprowadzić niezależnie od tego, czy chcesz poprawić swoją wydajność w pracy czy nie.
Jak więc prawidłowo siedzieć i ustawić komputer? Warto skupić się przynajmniej na kilku podstawowych elementach. Pierwszym jest odpowiednio ustawiony monitor, który powinien być oddalony od oczu na odległość nie mniejszą niż 45 cm i ustawiony do nich na wprost tak, aby jego górna krawędź znajdowała się kilka centymetrów powyżej linii wzroku. Jeżeli Twój monitor jest za niski, warto dokupić do niego podstawkę, lub wykorzystać do tego celu na przykład stos książek. Drugi element to klawiatura i jej położenie – niezwykle istotny element Twojego stanowiska pracy, i wcale nie tylko gdy sporo piszesz. Powinna być ustawiona nie bliżej niż 15 cm od krawędzie biurka. Dzięki temu zostawiasz miejsce na nadgarstki. Kolejny element to fotel. Powinien być tak ustawiony, abyś Twoje stopy były oparte płasko na podłodze a kolana ugięte pod kątem 90 stopni. Jeżeli wysokość Twojego biurka na to nie pozwala, dostaw pod nogi podstawkę. Oparcie fotela powinno być wygięte lekko do przodu i podpierać mocno odcinek lędźwiowy kręgosłupa. Ostatni element to samo biurko, które powinno być na tyle duże, aby swobodnie postawić na nim monitor i ułożyć w odpowiedniej odległości od krawędzi klawiaturę.
Jest jeszcze jeden sposób na odpowiednią postawę w pracy przy komputerze: biurko stojące. Ale to temat na osobny wpis 🙂
Muzyka
Jeżeli uprawiasz jakiś sport, istnieje spora szansa, że robisz to przy muzyce. Dlaczego słuchawki na uszach to dość częsty atrybut sportowca? Ponieważ muzyka wspaniałe wyznacza rytm wykonywanych ćwiczeń. Idealnie sprawdza się na przykład przy bieganiu, gdzie ustawiając właściwy rodzaj muzyki, możesz biegać szybciej lub wolniej. Muzyka pomaga w zrelaksowaniu się podczas wykonywanych ćwiczeń, przy niej również szybciej mija czas.
Podobnie jak w sporcie, muzyka może również znacząco wpłynąć na efektywność podczas wykonywania zadań. Odpowiednio dobrana, pomoże w skupieniu się, będzie wyznaczała rytm i tempo pracy.
W prawdzie według badań z 2010 roku, opublikowanych w Applied Cognitive Psychology, muzyka lecąca w tle, może negatywnie wpływać na przyswajanie i zapamiętywanie nowych informacji, jednak przy wykonywaniu niektórych zajęć, może również poprawiać produktywność. Okazuje się również, że muzyka może poprawić zdolności kreatywne. Ważny jest jednak odpowiedni jej dobór. Taka, której tempo jest dość wysokie, może okazać się utrudnieniem dla umysłu. Nie powinieneś również na siłę zmuszać się do słuchania muzyki, której nie lubisz – tylko dlatego, że ktoś inny powiedział, że właśnie taka poprawi Twoją produktywność. Oczekiwany efekt możesz osiągnąć jedynie słuchając muzyki, którą lubisz.
Spore znaczenie ma również stopień zaawansowania umiejętności jakimi musisz się wykazać.
Jeśli ktoś posiada status eksperta w swojej dziedzinie, słuchanie muzyki poprawiało jego nastój, ale nie wpływało na produktywność. Inaczej natomiast było z osobami, których poziom umiejętności można by uznać za średniozaawansowany – w ich przypadku korzyści wynikające ze słuchania muzyki były największe. Z kolei u nowicjuszy w ręcz przeciwnie: słuchanie muzyki nie poprawiło ich wydajności.
– powiedziała Teresa Lesiuk, profesor edukacji muzycznej i muzykoterapii z Uniwersytetu w Miami, podczas rozmowy z magazynem Futurism.
Więcej o tym jak muzyka (i nie tylko) pomaga mi w skupieniu się podczas pracy pisałem w artykule Skupienie i Twój smartfon, do przeczytania którego gorąco się zachęcam.
Pomodoro
O technice pomodoro pisałem już dwa razy na blogu. W pierwszym wpisiewyjaśniałem na czym polega ta technika, w drugim dlaczego jej stosowanie jest nam tak bliskie i wprawia w pozytywny nastrój podczas pracy. Zachęcam Cię do zerknięcia do tych wpisów, w których szczegółowo opisuję ten prosty, tak bardzo szkolny system pracy.
Technika pomodoro towarzyszy mi każdego dnia. Dzięki niej, mogę podzielić swój dzień na bloki i planować realizację zadań na cały dzień z góry. Każdy pomidor (tak, wiem, używanie polskiej nazwy jest dość dziwne) kończy się dłuższą lub krótszą przerwą – to idealny czas na wypicie szklanki wody, wstawienie zupy lub włączenie pralki. Ten krótki oddech pozwala mi jednocześnie nabrać odrobiny dystansu do wykonywanego aktualnie zajęcia – a to bardzo często przyspiesza jego realizację.
Kiedyś do mierzenia czasu danej sesji, używałem bardzo dobrej aplikacji Tadamautorstwa Radka Pietruszewskiego. Jest prosta i bardzo ładnie wykonana, dostępna na platformę Mac. Nie jest bezpłatna, ale jej zakup zwraca się bardzo szybko w postaci poprawienia wydajności w pracy (oczywiście pod warunkiem, że po zakupie będziesz jej używać!). Jeżeli chcesz wiedzieć więcej o Tadam, zachęcam do przeczytania recenzji (po angielsku) w serwisie Macstories.
Jeżeli używasz aplikacji do zarządzania zadaniami opartej o usługę www, np. Todoist lub wspaniała, polską Nozbe, być może zainteresuje Cię PomoDone – usługa, która pozwala połączyć listę zadań z techniką pomodoro. Ja, pomimo kilku wcześniejszych podejść do takiego rozwiązania, nie zdołałem się przekonać do PomoDone, jednak sam pomysł uważam za bardzo ciekawy.
Połączenie listy zadań z licznikiem pomodoro nie trafiło w mój gust, ale już połączenie tej techniki z licznikiem czasu pracy okazało się być strzałem w dziesiątke. Do (samo)kontroli czasu pracy używam usługi Toggle a jej aplikacja dla Maca posiada super funkcję automatycznego zatrzymywania licznika po 25 minutach i rozpoczynania kolejnego 5-minutowego oznaczonego „pomodoro-break”. Oczywiście aplikacja wysyła przy tym odpowiednie powiadomienie informujące, że czas na przerwę. Dzięki temu nie tylko używam techniki pomodoro, robię regularne przerwy w pracy, ale również nie zapominam wyłączyć lub zmienić licznik gdy „przesiadam się” z jednego projektu na drugi.
Natura
Podczas pomidorowej przerwy, poza wykonaniem kilku przysiadów, uzupełnieniu płynów i skorzystaniu z toalety, warto jest podejść na chwilę do okna i popatrzeć na otaczającą naturę (zakładam, że z Twojego okna w pracy widać choć kawałek pobliskiego parku lub chociaż przyuliczne drzewo?). Przeprowadzone przez australijskich naukowców badania dowodzą, że takie obserwowanie natury, głównie zielonych roślin, podczas przerw od pracy, zapobiega spadkowi efektywności. Jeżeli nie masz czasu na pełną kilkuminutową przerwę, spróbuj przynajmniej raz na 30 minut podejść do okna i przez 30-40 sekund popatrzeć na liście drzew lub trawę. Już nawet tak krótkie obserwacje natury pozytywnie wpłyną na poprawę Twojej produktywności. Doktor Kate Lee z Uniwersytetu w Melbourne, gdzie zostały przeprowadzone badania które potwierdziły tę zależność, jest przekonana, że dzieje się tak dlatego, że kontakt wzrokowy z naturą poprawia samopoczucie a to sprawia, że jesteśmy bardziej skoncentrowani i efektywni.
Woda
Zakładam, że wysprzątałeś już swoje biurko, włączyłeś odpowiednią muzykę i ustawiłeś licznik pomodoro do startu (jeszcze nie włączaj!). Kolejnym elementem sprzyjającym produktywności będzie szklanka lub butelka wody na Twoim biurku. Zwykłej wody, do popijania. W przypadku butelki, pamiętaj że jeżeli będzie ona plastikowa, to musi być z odpowiedniego rodzaju plastiku, czyli taka która faktycznie może mieć styczność z wodą i po tygodniu nie będzie nadawała się tylko i wyłącznie do wyrzucenia – możesz użyć na przykład takiej albo takiej– tańszej i od razu z filtrem. Jednak doskonale sprawdzi się też butelka szklana – może taka, w stylu retro?
To kilka moich porad, których zastosowanie spowoduje wzrost koncentracji i produktywności podczas pracy przy komputerze. Podobały Ci się? Mam ich jednak znacznie więcej! I z pewnością jeszcze nie raz się nimi podzielę. Jeżeli ten artykuł przypadł Ci do gustu zapisz się aby otrzymywać mój newsletter– powiadomię Cię o kolejnych, podobnych artykułach na moim blogu. Będzie mi również bardzo miło, jeżeli udostępnisz ten artykuł w mediach społecznościowych. Być może pomoże on komuś z Twoich znajomych poprawić efektywność w jego pracy?
Audiobooki to temat, który początkowo zafascynował mnie do tego stopnia, iż początkowo myślałem, że nigdy więcej nie będę musiał czytać książek. Tak bardzo się pomyliłem. Moje zauroczenie nie trwało długo. Szybko uświadomiłem sobie, dlaczego ta forma przekazu książek nie jest w stanie pokonać tradycyjnych, papierowych wersji i samej czynności czytania. Gdy interesuje mnie przyswajanie treści w formie audio – wybieram najczęściej podcasty. Gdy sięgam po książkę, a w dużej większości są to poradniki, chcę mieć możliwość zmiany tempa czytania, robienia przerw na notatki i możliwości powtórnego przeczytania danego fragmentu. Chcę mieć możliwość zrobienia przerwy i zastanowienia się nad tym o przed chwilą przeczytałem.
Tak, wiem – audiobooki i aplikacje do ich obsługi, również po części na to pozwalają. Jednak nie jest to jeszcze zbyt wygodne. A dodając do tego fakt, że swoje notatki do książek sporządzam na iPhone’ie…. moje słuchanie audiobooków sprowadzało się do ciągłego przełączania pomiędzy aplikacją do słuchania (zatrzymaj, przewiń, powtórz, itd.) i tej do notowania. A to z kolei rozprasza i irytuje na tyle, że czasami przestawałem czerpać jakąkolwiek przyjemność ze słuchanych treści.
Jednak nie wszystkie książki, które czytam są z zakresu rozwoju osobistego i wymagają ode mnie tak uważnego patrzenia na literki. Wiele tytułów z mojej „biblioteczki” idealnie sprawdziło się w wersji audio. Mało tego – w wielu przypadkach audiobooki pozwalały na coś więcej. Efekty dźwiękowe, odpowiedni lektor – to sprawia, że słuchanie audiobooka może być prawdziwą przyjemnością. Fajnym tego przykładem jest powstająca od tak dawna już Biblia Audio – superprodukcja. Słuchanie tej książki w tak podanej formie to czysta przyjemność. Inny ciekawy przykład to Zaufanie, czyli waluta przyszłości Michała Szafrańskiego. Tutaj zacząłem od audiobooka, ale po jego przesłuchaniu (świetny! I do tego czytany przez samego autora) zdecydowałem się zakupić wersję papierową książki i przeczytać ją ponownie – ale traktując ją już nie jako ciekawą biografię, ale trochę jak poradnik.
Jak widzisz, mimo tego co napisałem na początku, sięgam czasami i do audiobooków. A wykorzystuję przy tym smartfona, który idealnie sprawdza się jako narzędzie do ich odtwarzania. Nie będę jednak dzisiaj namawiał Cię do słuchania konkretnych tytułów. Przedstawię za to cztery smartfonowe sposoby na to jak przy pomocy smarfona możesz odprężyć się przy audiobookach.
Audible
Biorąc pod uwagę jakość aplikacji mobilnej, komfort jej używania oraz liczbę audiobooków (głównie w języku angielskim) – jest tylko Audible i nic więcej. To jedyne rozwiązanie, które daje radę i sprawia, że słuchanie audiobooków jest czystą i prawdziwą przyjemnością.
Audible to, zakupiony przez Amazona w 2008 roku, ogromny sklep internetowy z audiobookami. Zamówione pozycje możemy słuchać zarówno przez stronę internetową, aplikacje mobilną dostępną na IOSi Androida, oraz za pomocą czytnika Kindle (słuchając przez słuchawki Bluetooth). Integracja z czytnikiem Amazona ma jedną ogromną zaletę: dzięki usłudze Kindle with Whispersync for Voice, postęp w czytanych książkach może być synchronizowany się z postępem w słuchanym audiobooku – oczywiście w ramach tego samego tytułu i pod warunkiem, że wersję „Kindlową” zakupisz w sklepie Amazona i dodatkowo dokupisz tą samą pozycję w wersji audiobookowej. Dzięki temu nie będziesz musiał szukać w audiobooku miejsca, w którym skończyłeś ostatnio czytać.
Audible działa na zasadzie miesięcznej subskrypcji, w ramach której otrzymujesz co miesiąc kredyt na zakup jednego, dowolnego audiobooka. Jeżeli w danym miesiącu masz ochotę dokupić drugiego (i więcej), oczywiście możesz to zrobić, wtedy cena kolejnych pozycji będzie już wyższa i uzależniona od tytułu.
Co ważne – nawet po wyłączeniu comiesięcznej, płatnej subskrypcji, masz dostęp do zakupionych wcześniej audiobooków. Każdy tytuł przed zakupem możesz przetestować, przesłuchując bezpłatna próbkę. Jezeli jednak zdecydujesz się na zakup a książka nie spełni Twoich oczekiwań – możesz ją zwrócić albo wymienić na inną.
Jedyny, ale dla niektórych z Was pewnie nie do przeskoczenia, minus Audible jest taki, że ogromna większość tytułów dostępnych w serwisie jest w języku angielskim. Jeżeli dobrze poszukasz, znajdziesz kilka polskich pozycji, ale stanowią one jedynie ułamek procenta „magazynu”. Jeżeli jednak nie jest to dla Ciebie przeszkodą, a chcesz używać najlepszej usługi do słuchania książek w wersji audio, koniecznie sprawdź Audible.
Amazon daje możliwość bezpłatnego przetestowania usługi – za pomocą tego linka, możesz zarejestrować się na pierwszy miesiąc za darmo. Gorąco polecam Ci wypróbowanie Audible właśnie dzisiaj, szczególnie, że jeżeli spodoba Ci się audiobookowy serwis od Amazona, to rejestrując się w listopadzie 2018 powinieneś załapać się na promocję „3 miesiące za pół ceny”, która dostępna jest do końca roku 2018. Musisz jednak jak najszybciej rozpocząć bezpłatny okres próbny, aby zakończyć go jeszcze w 2018 roku i przejść na płatną (ale przez trzy miesiące tylko w połowie) wersję. Nie przegap takiej okazji!
Storytel
Odmienne podejście do audiobookowego biznesu prezentuje szwedzka firma Storytel. Tu, w ramach jednej, stałej, miesięcznej opłaty (subskrypcji) 29,90 zł otrzymasz dostęp do całej biblioteki książek serwisu. Działa to bardzo podobnie do Spotify, Apple Music czy innych, podobnych muzycznych serwisów streamingowych. Tak długo jak będziesz płacić comiesięczny abonament, będziesz miał dostęp do serwisu i wszystkich audiobooków. Jeżeli lubisz słuchać, i planujesz konsumować więcej wiele pozycji w każdym miesiącu, być może właśnie taka usługa będzie dla Ciebie odpowiednia. Musisz jednak pamiętać, że w odróżnieniu np. od Audible, gdzie kupujesz audiobooki i masz do nich dostęp przez cały czas, nawet po wygaśnięciu płatnego abonamentu – Storytel daje Ci możliwość słuchania tylko w momencie gdy Twoja subskrypcja jest aktywna.
Do słuchania audiobooków, potrzebujesz bezpłatnej aplikacji serwisu. Dostępna jest ona zarówno na systemy z iOS, jak i z Androidem. Aplikację znajdziesz również w SmartTV oraz w sklepie WIndows.
Jeżeli chcesz wypróbować Storytel, pierwsze dwa tygodnie z usługą są bezpłatne. Taki okres próbny pozwoli Ci przetestować, czy serwis spełnia Twoje oczekiwania.
Audioteka
Audioteka to Polski, i jednocześnie najdłużej działający w naszym kraju, sklep z audiobookami. Działa na zasadach podobnych do Audible, ale w odróżnieniu od serwisu Amazona, posiada ogromną bazę tytułów czytanych po polsku.
W Audiotece możemy kupować pojedyncze książki płacąc za każdą z nich podobnie jak w każdej innej księgarni. Mamy do dyspozycji katalog tytułów wraz z cenami. Dla większości pozycji dostępna jest również próbka, którą możesz bezpłatnie przesłuchać zanim podejmiesz decyzję o zakupie. Serwis oferuje również usługę subskrypcji Audioteka Plus – dzięki której, podobnie jak w Audible, co miesiąc otrzymujemy jeden punkt, który możesz później wymienić na dowolnego audiobooka. Punkty pozostają na koncie do czasu wymiany na audiobooka, ale nie dłużej niż trzy miesiące. Koszt Audioteki Plus to 19,90 zł. Co ważne, z subskrypcji możesz w każdej chwili zrezygnować.
Inne serwisy
Warto również wspomnieć, że dostęp do wybranych audiobooków w ramach swoich subskrypcji oferują różne muzyczne serwisy streamingowe, np. Spotify, czy i Google (Google Play Music). Ich biblioteka nie jest może zbyt obszerna, ale jeżeli jesteś użytkownikiem jednego z nich – warto spojrzeć na dostępne pozycje.
Jak widzisz, jest kilka sposobów na to jak odprężyć się przy audiobookach i smartfonie. Jeżeli wykorzystujesz któryś z nich, albo znasz inne rozwiązania, które mogą być inspiracją dla innych – podziel się nimi w komentarzu do tego wpisu. Nie pogniewam się również, jeżeli udostępnisz ten wpis w mediach społecznościowych ???? Być może przyczynisz się do tego, że ktoś z Twoich znajomych zacznie czytać więcej książek – nawet w postaci audiobooków.
Bonus
Korzystanie ze smartfona do słuchania audiobooków to bardzo wygodne rozwiązanie – nie każdemu jednak przypadnie do gustu. Jeżeli należący do tych osób, i nie koniecznie chcesz wykorzystywać „komórkę” do słuchania książek, pamiętaj, że te zakupione np. w Audiotece lub innej księgarni z plikami audio, możesz pobrać na swój komputer i wrzucić na dowolny przenośny odtwarzacz plików mp3. Może być to jeden z najtańszych modeli (na przykład taki – link), którego zakup nie powinien być obciążeniem dla portfela, możesz wybrać taki z małym ekranem i większą liczbą opcji (na przykład taki – link z Amazona, lub taki – link, z Media Markt), który, pomimo małych rozmiarów, pozwoli Ci zrobić coś więcej niż tylko włączenie i wyłączenie odtwarzania.
Dawno już nie miałem okazji przeczytać papierowej książki. Pisałem o tym wcześniej na blogu w artykule o czytaniu na smartfonie. Czytanie książek na czytniku bardzo mi pasuje, dawno jednak nie weryfikowałem powodów dla których zdecydowałem się porzucić papierowe książki.
Trafiłem ostatnio na dwa artykuły związane z tym tematem. Pierwszy – na portalu eCzytelnik – o tym, czy (i dlaczego „tak”) warto zrezygnować z papierowych książek na rzecz czytnika ebooków. I drugi – Shawna Blanca, How to build your own index of notes and ideas when reading books, opublikowany na blogu The Focus Course z instrukcją jak stworzyć własny indeks notatek w książkach. Metoda Shawna dotyczy oczywiście książek papierowych i to właśnie je zachwala w swoim tekście. Obydwa artykuły stoją więc do siebie w lekkiej opozycji a ja po ich przeczytaniu zacząłem się zastanawiać…
W artykule na portalu Krzysztofa Ziemczaka, opisanych jest pięć zalet korzystania z czytników książek elektronicznych. Autor tekstu nie podszedł jednak do tematu zbyt kompleksowo, pomijając kilka dość istotnych cech czytników elektronicznych. Fakt ten dziwi tym bardziej, iż jak wynika z adnotacji na samym dole artykułu, jest to wpis gościnny (czytaj w tym wypadku sponsorowany przez sklep zajmujący się m.in. sprzedażą czytników) – i powinien być sporo bardziej zachęcający i o wiele lepiej przygotowany. Zacznę jednak od przejścia przez zalety przytoczone przez autora.
Pierwsza z nich, nie prosta do podważenia – jeżeli masz przy sobie czytnik (w moim przypadku ukochany Kindle), masz również ze sobą całą swoją bibliotekę. Fakt, to dość wygodne nosić ze sobą wszystkie zakupione książki. Ale, z drugiej strony… przydaje się jedynie gdy kończysz jedną książkę a nie masz zaplanowanych kolejnych pozycji do przeczytania. Jeżeli – tak jak ja – czytasz książki według ułożonego wcześniej planu czy listy, a rozpoczynasz każdą kolejną dopiero po skończeniu wcześniejszej, to ta cecha czytnika nie będzie dla Ciebie kluczowa. Wystarczy ostatniego dnia zabrać ze sobą dwie książki – tą, którą właśnie kończysz i nową z listy.
Druga opisana zaleta – oszczędności. Pozornie może wydawać się, że kupowanie ebooków jest oszczędne. Tylko czy napewno?
Postanowiłem zrobić mały test na trzech pozycjach – dwie z nich posiadałem już w mojej prywatnej biblioteczce, trzecią kupiłem w trakcie prac nad tym artykułem. W jakiej wersji? O tym na końcu 🙂
Pierwszą jest polskie wydanie książki Michaela Hyatta, „Platform. Get noticed in a noisy world” – „Twoja e-platforma. Jak się wybić w świecie pełnym zgiełku”. Uwielbiam Michaela i długo szykowałem się do zakupu tej pozycji.
Na początku ebook. Z pomocą serwisu Upoluj ebooka, sprawdzam ceny w wielu księgarniach jednocześnie. Upoluj ebooka to takie Ceneo dla książek elektronicznych, z opcją śledzenia cen ulubionych pozycji i powiadamianiem o promocjach. Sprawdzając ceny ebooka zaglądam więc najpierw w to miejsce. W momencie tworzenia wpisu ebook dostępny jest tylko w 3 internetowych księgarniach i w każdej z nich w cenie 31,92 zł. Biorąc pod uwagę, że wszystkie 3 internetowe księgarnie należą do tego samego wydawcy, identyczna cena nie jest zaskoczeniem. Zerknąłem jeszcze szybko na Allegro – jest jeden ebook, w cenie 39,90 zł.
Wersja papierowa. Wchodzę na Ceneo, wpisuję tytuł i… 33 pozycje, z czego najtańsza w cenie 16,32 zł (już z dostawą), spora część poniżej 20 zł, a większość w cenie pomiędzy 20 a 30 zł, również z wliczonymi kosztami przesyłki. 1:0 dla „papieru”.
Test numer dwa – Finansowy Ninja Michała Szafrańskiego. Dostępny tylko i wyłącznie za pośrednictwem strony www Michała. Nie trzeba przeszukiwać internetu, łatwo porównać ceny: wersja papierowa – 69,90 zł + 12,90 zł wysyłka kurierem, ebook – 69,90 zł. Oszczędzamy więc tylko na kosztach wysyłki. Michał jednak robi od czasu do czasu promocje, rezygnuje wtedy z opłaty za przesyłkę i cena wersji papierowej zrównuje się z tą za ebooka. Myślę, że ciekawa jest też informacja jaką na blogu podzielił się Michał, że wydanie i sprzedaż ebooka nie jest dla niego bardziej opłacalne, niż książki w wersji papierowej! Wynika to z różnych względów, między innymi z obniżonego VATu na książki papierowe. Michał bardzo dokładnie to wyliczył (a chyba nikt nie wątpi w to, że umie liczyć) :).
Trzeci test – Sekretne życie drzew, wspaniała książka Petera Wohllebena. Ebook (przez Upoluj ebooka). W momencie tworzenia mojego wpisu w internetowej czytelni Woblink była promocja -13% i elektroniczna książka kosztowała 18,19 zł. Ceneo znalazło 47 ofert wersji papierowej i najtańsza z nich 24,98 zł z wliczonymi już kosztami przesyłki. Allegro – jeszcze drożej. W tym wypadku wygrywa ebook. Nie bez znaczenia jest jednak fakt, że wersja papierowa została wydana w twardej, nie należącej do najtańszych, oprawie.
Werdykt? Myślę, że na podstawie powyższych trzech pozycji mogę uznać remis. Wiele zależy jak widać od tytułu którego szukamy.
Szybko przeszukałem więc internet w poszukiwaniu miejsc, gdzie takie można kupić. Znalazłem dwa – OLX (wiadomo) i Skup Szop. Można też oczywiście szukać używanych pozycji na Allegro. I teraz, przeszukując dwa pierwsze serwisy, najtańsze pozycje jakie znalazłem:
Michael Hyatt „Twoja e-platforma. Jak się wybić w świecie pełnym zgiełku” – w Skup Shop za 11,69 zł + dostawa od 3,90 zł (używana, ale jak nowa)
Michał Szafrański „Finansowy Ninja” – w Skup Shop za 65,99 zł (oferta archiwalna z Skup Szop, brak info o dostawie)
Peter Wohlleben „Sekretne życie drzew” – na OLX za 10 zł (brak śladów użytkowania) z odbiorem osobistym w Warszawie.
Totalny nokaut! 3:0 – wszystko na korzyść „papieru”! Kupując komplet trzech książek w wersji elektronicznej zapłaciłbym (przy cenach które znalazłem w dniu pisania tego wpisu) około 119 zł, natomiast kupując używane książki papierowe ok. 92 zł (poza Finansowym Ninja, na którego w podobnej cenie pewnie musiałbym chwilę poczekać).
Ale! Można też szukać jeszcze tańszych egzemplarzy na straganach i bazarach. Dochodzi też kolejna możliwość – biblioteki. Tu możemy wypożyczyć i przeczytać ulubioną książkę zupełnie za darmo. Warto przy tej okazji wspomnieć o fajnej akcji Michała Szafrańskiego Biblioteka 500+. Michał wydał książkę Finansowy Ninja zupełnie sam – i przekazał (ponad) 500 egzemplarzy całkowicie za darmo do różnych, zgłoszonych przez czytelników jego bloga, bibliotek. Dzięki temu każdy, kogo nie stać na zakup książki może sobie pozwolić na jej wypożyczenie i przeczytanie.
W przypadku ebooków, nie mamy możliwości odsprzedania swojego egzemplarza, nie wchodzi też w grę jego wypożyczenie. Z drugiej jednak strony, niektóre księgarnie internetowe oferują system abonamentowy. Rozwiązanie to pozwala, po uiszczeniu stałej miesięcznej opłaty, na dostęp do bazy książek elektronicznych danej księgarni.
Sprawa oszczędności w przypadku ebooków nie jest więc tak oczywista i jednoznaczna. Przeciwnie – jeżeli zdecydujesz się na pewne ustępstwa, możesz sporo zaoszczędzić wybierając wersje papierowe.
Kolejna zaleta czytnika według artykułu z serwisu eCzytelnik to – możliwość czytania przez całą dobę za względu na… podświetlany ekran. Hmm. mój Kindle nie ma podświetlanego ekranu a nie mam problemu z czytaniem wieczorami… przy lampce. Tak samo jest również w przypadku książek papierowych. Gdy kupowałem Kindle’a, zastanawiałem się nad wersją z podświetlanym ekranem. Zdecydowałem się na przetestowanie wersji bez tego dodatku i muszę przyznać, że niczego mi nie brakuje. Mój wcześniejszy czytnik „świecił w ciemności”, więc znam zalety takiego rozwiązania. Ale czytanie przy lampce ma swój urok i na chwilę obecną nie zamierzam z tego rezygnować.
Kolejny argument, który według autora artykułu, przemawia za czytaniem książek za pośrednictwem czytnika to „Tu i teraz”. Dostęp do zakupionego ebooka otrzymujesz zaraz po jego zakupie. Więc jeżeli w środku nocy najdzie Cię ochota na przeczytanie Esencjalisty(wspaniałej książki Gregora McKeowna) – wystarczy wejść na stronę księgarni i w ciągu kilku minut książka może być na Twojej wirtualnej półce. Ten argument również nie do końca do mnie przemawia. Dlaczego? Staram się nie działać impulsywnie w kwestii wyboru książek. Starannie dobieram pozycje które mam zamiar przeczytać i ustawiam je w kolejce, tak, aby zawsze czekało na mnie w kolejce zakupowej co najmniej kilka nowych. Gdy zainteresuję się nową książką, dodaję jej tytuł do listy zadań w Thingsach, gdzie spokojnie sobie czeka w kolejce do zakupu.
Ostatnia opisana zaleta czytników – dodatkowe funkcje. W mojej ocenie największe zło czytników elektronicznych 🙂 Wyraziłem już swoją opinię na ten temat w artykule o czytniku PocketBook Touch HD 2 i mogę podsumować ten temat dwoma swoimi wcześniejszymi zdaniami:
Czytnik powinien być czytnikiem a nie tabletem. Każdy kolejny dodatek sprawia, że odrywamy się od czytania, marnując niepotrzebnie czas.
Jeżeli więc miałbym brać pod uwagę jedynie zalety czytników opisane w serwisie eCzytelnik – to nigdy w życiu nie wybrałbym książki w wersji elektronicznej! Żałuję, że autor artykułu nie poruszył innych istotnych zalet czytnika. Znajduję ich co najmniej kilka.
Z pewnością ogromną zaletą jest zerowy ciężar kolejnych, dodawanych do wirtualnej półki, pozycji. Jeżeli posiadasz w domu swoją biblioteczkę papierowych książek, myślę, że chyba ciężko by Ci było znaleźć książkę tak lekką jak mój Kindle (mój 161 g!). Dla mnie ma to ogromne znaczenie zarówno gdy ruszam się z domu i chcę zabrać ze sobą ulubioną książkę, jak i podczas wieczornego czytania gdy jedną ręką bez żaden problemu przez dłuższy czas mogę utrzymać urządzenie.
Inną zaletą o której warto wspomnieć jest możliwość dostosowania wielkości czcionki (!!!) – papier Ci na to nie pozwoli! Korzystam z tej funkcji dość często i zmieniam rozmiar czcionki w zależności od rodzaju książki czy pory dnia.
Rozpadła Ci się kiedyś papierowa książka? Wytrzymałość jest kolejną istotną zaletą ebooków. Mój Kindle jest zdecydowanie trwalszym sprzętem niż nie jedna książka w wersji papierowej. A do tego, gdy się zepsuje rozpadnie czy w inny sposób zniszczy, łatwo wymienisz go na nowy model nie tracąc przy tym żadnej z książek. Uważam to za spory atut.
I jeszcze jedno – ebooki nie zbierają kurzu. Można podważać wszystkie wcześniejsze argumenty – ale ten nie 🙂
Nie mniej jednak, pomimo wielu zalet, jakie niewątpliwie posiadają czytniki ebooków, artykuł Shawna Blanca przekonał mnie do tego, aby ponownie spróbować z papierowymi książkami. Pierwszą, jaką od bardzo dawna kupiłem w wersji papierowej, jest „Twoja e-platforma. Jak się wybić w świecie pełnym zgiełku” Michaela Hyatta. Kolejną jest druga książka Michała Szafrańskiego „Zaufanie czyli waluta przyszłości”. Obydwie leżą już na mojej (fizycznej) półce i czekają w kolejce do czytania.
Myślę, że częściej będę sięgał po książki w wersji papierowej.
Jak wyglądają Twoje doświadczenia z książkami? Wybierasz te papierowe? Czy elektroniczne?
Witajcie. Ale się u mnie działo w ciągu ostatnich tygodni. Zastanawiam się od czego zacząć. To może zacznę od przedstawienia. Poznajcie Mikę.
Mika to piesek, mały szczeniaczek, który pojawił się w moim życiu. Ale od początku.
Na przełomie czerwca i lipca pojechaliśmy całą rodzinką na wakacje. Odwiedziliśmy Gdańsk – mamy tam jedno urocze miejsce gdzie lubimy spędzać urlop i zatrzymaliśmy się właśnie tam. Już przed wyjazdem pojawiały się u nas pierwsze rozmowy na temat pieska – rozważania, czy możemy, czy powinniśmy, czy damy sobie radę. Dzieciaki oczywiście od początku były na „tak”, ja również dość entuzjastycznie podchodziłem do całej sprawy. Ciągle jednak brakowało ostatecznej decyzji.
Na wakacjach byliśmy jednak otoczeni przez pieski, nie dało się nie myśleć o małej adopcji i tym czy nie warto spróbować. I na sam koniec naszego pobytu w Gdańsku, zapadła decyzja, że podejmiemy się tego wyzwania.
Powrót z wakacji zazwyczaj jest ciężkim momentem, kojarzącym się wielu z pourlopową lekką depresją i niechęcią do pracy. Można chyba porównać go do zmęczenia spowodowanego różnicą czasu po podróży samolotem (ang. jet lag – chyba nie ma ładnego polskiego odpowiednika tego słowa?). Tym razem jednak ominął mnie ten ponury stan. Wszystko dlatego, że miałem do czego wracać – czekała nie mnie Fajna Praca, Fajne Poranki, Fajne Jedzenie prosto z naszego targu (za którym moje dziewczyny bardzo tęskniły), wszystkie moje Fajny Rytuały. Nasz urlop udowodnił mi, że dla szczęśliwego człowieka całe życie to wakacje. A powrót z urlopu to tylko zmiana jednej przygody na drugą.
Gdy wróciliśmy, zacząłem planować. Oczywiście jako typowy pędziwiatr, pierwsze co zrobiłem, to wskoczyłem na OLX w poszukiwaniu ukochanego szczeniaczka. Długo przeglądałem ogłoszenia – zarówno te ze schronisk, jak i prywatnych osób. Już podczas pierwszego przeglądania dodałem kilkanaście pozycji do obserwowanych. Jedno z nich szczególnie zwróciło moją uwagę. Facet z Żyrardowa (kilkanaście kilometrów od nas) oddawał piękne szczeniaczki – miał dwóch samców i trzy albo cztery suczki. Postanowiłem dać sobie jeszcze kilka dni na podjęcie ostatecznej decyzji.
Środa. Zaraz po przebudzeniu wiedziałem, że dzisiaj jest ten dzień. Czułem ogromne podekscytowanie i jednocześnie lęk. Wiedziałem, że jesteśmy totalnie nieprzygotowani a cały ciężar opieki nad psem spadnie na mnie. Byłem na to gotowy i zdecydowany. Wtedy jeszcze nie wiedziałem na co się piszę.
Jak wiecie wstaję dość wcześnie i gdybym z samego rana (co dla mnie oznacza 4-tą rano) zadzwonił do faceta z ogłoszenia z pytaniem o psa, chyba dzisiaj nie miałbym o czym pisać. 🙂 Czekałem więc przygotowując listę rzeczy które muszę kupić. Wiedziałem już, że to musi być właśnie ten piesek z Żyrardowa. Nie znałem się kompletnie na rasach i połączenie Teriera Rosyjskiego i Cane Corso niewiele mi mówiło. Przejrzałem zdjęcia jednych i drugich, ale nie napotkałem na nic niepokojącego. Być może gdybym więcej postudiował na temat takiego połączenia, nie zadzwoniłbym z pytaniem o pieska.
Gdy wstały dzieciaki, stała się fajna rzecz – Ala przyszła do mnie i zapytała: „Tata, to kiedy w końcu będziemy mieli pieska?” Zupełnie jakby wiedziała, że od kilku dni biję się z myślami, planuję, zastanawiam i ostatniej nocy podjąłem decyzję. Uśmiechnąłem się i odpowiedziałem: „Zabawne że o to pytasz akurat dzisiaj. Piesek pojawi się w naszej rodzinie szybciej niż myślisz.” Szczęśliwa Ala wiedziała już, że to będzie tego dnia.
Po śniadaniu wyruszyłem jak niby nigdy nic do pracy. Ponieważ są wakacje, więc zarówno dzieciaki jak i moja żona (która pracuje jako nauczycielka – i wychodzi od września do czerwca) są w domu. W związku z tym częściej niż zwykle pracuję poza domem. Minusem tego okresu jest to, że mniej zajmuję się domem, mniej doglądam pewnych rzeczy, ale ogromny plus to moje nowe miejsca pracy – kawiarnie, ogrody i parki, w tym moje ukochane Radziejowice w których praca staje się czystą przyjemnością i jednym wielkim spacerem. Zawsze śmialiśmy się z Ewą, że Radziejowice to takie Łazienki Królewskie, tylko bez ludzi. I, z jednej strony nie chciałbym aby się to zmieniło, ale i tak namawiam każdego aby odwiedził to przepiękne miejsce. Ruszyłem więc do pracy. Dzień zaplanowałem w ten sposób, aby na początku załatwić wszystkie palące problemy w pracy a potem udać się na zakupy przygotowujące do adopcji pieska. Zacząłem od rozmowy z facetem z ogłoszenia. Dowiedziałem się, że pozostały mu już tylko dwie suczki a koszt ich adopcji wyniesie 100 zł. Co?!? Płacić za psa? NIe o to chodziło, ale byłem już zakochany w piesku ze zdjęcia, więc szybko podjąłem decyzję, że pojadę przynajmniej obejrzeć. Umówiliśmy się na 15-tą. Następne kilka godzin poświęciłem już na pracę.
Bałem się podróży. Psy nie lubią jeździć samochodem, a co dopiero małe szczeniaczki, które nawet tego nie znają – myślałem, że to będzie trudne. Szczególnie, że wszystko robiłem sam i nie nie było ze mną nikogo, kto mógłby w czasie drogi do domu trzymać pieska na kolanach. Nie chciałem angażować w to reszty rodzinki – dodatkowe nerwy i emocje nie były potrzebne.
Odwiedziłem kilka sklepów, kupiłem podkłady na fotel (aby szczeniaczek nie zabrudził samochodu), specjalny kocyk (aby było miękko i wygodnie), jedzenia dla malucha na początek i kilka drobiazgów, które większość z Was pewnie nazwałby niepotrzebnymi gadżetami. Stres narastał, zbliżała się umówiona z facetem od pieska godzina.
Był dość ciepły dzień. Całą drogę do Żyrardowa zastanawiałem się, czy lepsza dla szczeniaczka będzie klimatyzacja czy otwarte okno. Być może wyda Ci się to bzdurnym problem, ale pamiętam, że ja całą drogę o tym myślałem. Postanowiłem schłodzić samochód a gdy piesek do niego wsiądzie (heh), pozostać już tylko przy otwartych oknach. Na miejsce przybyłem sporo wcześniej. Gdy podjechałem, moim oczom ukazała się wielka, rudo-zielona, zardzewiała, blaszana brama. Odgradzała od ulicy ogromny, mocno zniszczony i zaniedbany dom. Całość wyglądała tragicznie. Na podwórku były niezbyt przyjaźnie nastawione psy, które na mój widok wpadały w szał. Zupełnie jakby chciały powiedzieć: „spadaj stąd, nie oddamy Ci naszego szczeniaka.”
Gdy facet wyszedł przez bramę, oznajmił, że może lepiej będzie jeżeli wyniesie te dwa pieski – jeden po drugim – na ulicę, bo jego psy (te niezbyt przyjaźnie nastawione) nikogo nie wpuszczają do środka. „Chyba niezbyt często masz gości facet” – pomyślałem, ale jednak mi ulżyło. Nie lubię obcować z obcymi psami. Po chwili oczekiwania wyszedł z pierwszą suczką. Trzymał ją na rękach jak worek ziemniaków, zupełnie bez emocji, nie bardzo chciał postawić aby nie uciekła. Gdy ją zobaczyłem, zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Była tragicznie brudna, zaniedbana, wychudzona i zapchlona. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale miała przesłodkie oczka.
Staliśmy na środku chodnika. To było dość dziwne. Facet pokazywał mi ją z każdej strony zupełnie jakby sprzedawał używany telefon. Nie byłem zainteresowany prezentacją. Patrzyłem jej w oczy i szukałem odpowiedzi na pytanie: „Spróbujemy? Zaufasz mi?”.
Po chwili powiedział, że „to jest właśnie jedna, a zaraz przyniosę drugą do obejrzenia”. Gdy wypowiedział to zdanie wiedziałem już – jedziemy do domu! „Zaraz, chwila – krzyknąłem – niech Pan nie idzie. Po co mi Pan chce pokazać drugą? Mam je porównywać jak stare samochody? Sprawdzać, która ma ładniejsze łapy czy uszy? Jestem zdecydowany.” Chyba nie mógłbym patrzeć na dwa małe pieski i wybierać z nich jednego – miałbym wziąć tego radośniejszego? Czy raczej smutnego? Patrząc na obydwa psy, pewnie musiałbym zabrać do domu obydwa a tego chciałem uniknąć. Los sprawił, że jeden z nich wyszedł z tej zielonej bramy jako pierwszy i to właśnie on jest mi pisany. Szybko podjąłem decyzję i poinformowałem o tym faceta. „Proszę posadzić ją tutaj na przednim siedzeniu. Jestem zdecydowany.” Usłyszałem tylko na koniec „będzie Pan z niej zadowolony”, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu które towarzyszyło mi od pierwszego momentu gdy podjechałem pod tą tragiczną bramę: co by się dalej nie działo, pies będzie miał u mnie sto razy lepiej niż w tej ruderze.
Podróż nie należała do najłatwiejszych. Było bardzo gorąco, a ja zgodnie z postanowieniem nie planowałem włączać klimatyzacji. Jechaliśmy z otwartymi do połowy oknami. Przez pierwsze kilka kilometrów głaskałam tego malucha po główce, co sprawiało, że siedział spokojnie. Gdy w połowie drogi zerknąłem na swoją dłoń, przeraziłem się – była czarna od brudu. Nie mogłem jednak przestać głaskać. Za każdym razem gdy to robiłem, ten mały piesek spoglądał na mnie z wielkim smutkiem w oczach i zupełnie jakby chciał zapytać: „Dlaczego już nie głaszczesz? Głaszcz! Głaszcz!”.
Dojechaliśmy do domu. Nie było moich dziewczyn – ucieszyłem się, musiałem trochę przygotować dom na nowego członka rodziny i sam lekko ochłonąć.
Imię. Muszę Cię jakoś nazwać, prawda? Facet z zielonej bramy, gdy zapytałem o imię pieska, powiedział że jeszcze go nie ma a gdy coś od niej chciał, to wołał „łaciatka”. Taa, akurat – pomyślałem wtedy. Nie był do końca przekonany czy to właśnie ten piesek był „łaciatką” czy może ten drugi… Czyli nie miała imienia. Jak by tu Cię nazwać? „Jak chcesz się nazywać?” – zapytałem. Patrzyła na mnie tylko swoimi smutnymi oczami. Nie mogłem się dziwić. Godzinę wcześniej ktoś zabrał ją od matki i wrzucił do jakiegoś dziwnego jeżdżącego urządzenia.
„Będziesz Lili. To ulubione imię Amelki, zawsze je powtarza jak pytam jak chciałaby nazwać swojego pieska. Może dzięki temu łatwiej będzie nam wszystkim się zaaklimatyzować i polubić.”
Zabrałem z samochodu kocyk na którym jechała i położyłem w obmyślonym wcześniej miejscu w domu – tu miało być posłanie dla pieska a znajomy kocyk miał ułatwić sprawę. Jednak Lili postanowiła wybrać sobie zupełnie inne miejsce. Schowała się w małym koncie przy drzwiach, podkuliła ogon i nie miała zamiaru się z tamtąd ruszać. „Ok, masz prawo wybrać sobie dowolny kąt w tym domu” – pomyślałem. I w tym momencie zrozumiałem, że w naszej rodzinie pojawił się ktoś nowy. Ktoś, kto wywróci nam wszystko do góry nogami. Ktoś, kto będzie musiał się do nas przyzwyczaić, ale i do kogo my będziemy musieli się dostosować. Przed oczami zaczęły mi się pojawiać te wszystkie miejsca z tabliczką „zakaz psów”, których nigdy więcej nie odwiedzimy. Ten jeden moment, w którym Lili wybrała sobie swoje własne miejsce w domu uświadomił mi jak wielka odpowiedzialność na mnie spoczęła w momencie gdy powiedziałem „Jestem zdecydowany”.
Ok, Huston mamy problem. Lili ma pchły. To nie spodoba się ani Ewie ani dzieciakom. Trzeba coś z tym zrobić. Tylko co? Z weterynarzem muszę już chyba poczekać do jutra. Więc chyba pozostał mi sklep z artykułami dla zwierząt – może tam pomogą. Ale jak to zrobić? Pies w domu, ja do sklepu? Nie chciałem jej ciągnąć ze sobą, i tak miała tego dnia sporo stresu. Dobra – szybka decyzja, piesek zostaje sam, a ja pędzę.
Sklep z artykułami dla zwierzaków był ogromny. „Jej, przez najbliższe lata zostawię tu fortunę” – pomyślałem. „I gdzie ja tu mam cokolwiek znaleźć? Ten sklep jest ogromny, a ja potrzebuję tylko szamponu dla psów. Tylko dobrego, który wyleczy Lili z pcheł.” Po kilku minutach bezskutecznych poszukiwań postanowiłem poprosić o pomoc. Czułem, że chyba wiele razy będę musiał prosić ludzi o pomoc – przecież niewiele wiedziałem o wychowaniu psa. Intuicja to jedno, ale potrzebna jest wiedza. Na szczęście w takich sklepach jest zawsze więcej osób z obsługi niż kupujących. W wyborze szamponu pomagały mi więc aż dwie osoby. Kłóciły się ze sobą, który szampon będzie lepszy. „Ten jest mniej chemiczny”, „Ale ten skuteczniejszy”, „Ten dla szczeniaka”, „A ten tańszy”. Jej, dobra, decyzja.
Powrót. „Lili, jesteś?”. Była oczywiście, gdzie niby miała iść? Tak już będzie zawsze. Ona już zawsze będzie!
Długo musiałem czekać na powrót dziewczyn. Te młodsze były zachwycone – „Tato, na prawdę przywiozłeś pieska?”, „Ona już z nami zostanie?”. Ewa za to nie tryskała optymizmem – tak jak ja zdawała sobie sprawę ze zmian jakie będą potrzebne w naszym życiu. O ograniczeniach jakie nas czekają, o odpowiedzialności.
„Dobra dziewczyny, idziemy kąpać Lili bo jest strasznie brudna i ma mnóstwo pcheł.” Tylko jak to zrobić? Na szczęście jest YouTube. Problemem tak na prawdę nie było to jak się kąpie psa, tylko jak to zrobić aby pies nie zwariował. Znalazłem odpowiedni film, przeanalizowaliśmy go wspólnie z córkami i przystąpiliśmy do działania! Ala była odpowiedzialna za przekąski, którymi mieliśmy uspokajać Lili, Amelka miała trzymać ręcznik, ja zająłem się resztą.
Poszło dość łatwo. Okazało się, że rady z YouTuba bardzo się przydały i Lili jakoś zniosła kąpiel. Co ciekawsze, okazało się, że nasza suczka jest czarna a nie szara! Przepraszam, raczej „czarna, a nie brudno-szara”. Kąpiel dobrze jej zrobiła, choć przez kolejne 15 minut siedziała wtulona we mnie na kolanach lekko oszołomiona tym co się przed chwilą wydarzyło. Dobrze, że mamy lato – pomyślałem – w zimę nie pójdzie tak gładko.
Mój kolejny dzień rozpoczął się koło 5 rano. Jeżeli zaglądasz czasem na mojego bloga to wiesz, że jest to dla mnie dość późna godzina. Staram się wstawać godzinę-półtorej wcześniej. Jednak naładowany emocjami z dnia poprzedniego, tym razem się nie udało.
No tak, nasikała na podłogę. Chyba muszę się do tego przyzwyczaić. Choć Lili umiała załatwiać się na dworzu, poprzedniego dnia wieczorem nikt jej nie wyprowadził – co więc miała zrobić? Skorzystać z łazienki? Wtedy uświadomiłem sobie kolejną rzecz – chyba będę musiał zmienić swoje pory chodzenia spać i wstawania. Przesunąć czas spania na trochę poźniej. Aby późnym wieczorem wyjść z pieskiem na spacer a potem nie budzić jej „w środku nocy”. Musiałem trochę dostosować się do Lili.
„Lili? Co to za imię? Ty totalnie nie wyglądasz jak Lili. Muszę znaleźć Ci inne imię. Albo raczej odnaleźć takie, które do Ciebie pasuje.” Na szczęście jest internet (znowu), a w nim baza pięciu milionów imion dla psów.
Mika. Nazywasz się Mika. Może być?
Kolejne kilka dni spędziliśmy na przyzwyczajaniu się do siebie. Mika powoli oswajała się z nowym domem i naszą rodziną, my uczyliśmy się jej trybu życia i psich nawyków. Po dwóch dniach wiedziałem już, że minie sporo czasu, zanim moje małe dziewczyny w pełni zaufają pieskowi. Nie chciały się do tego przyznać, ale widziałem że są momenty, w których nie ufają Mice i wolą szybko odejść z lekkim przerażeniem w oczach. Spodziewałem się tego – był to również jeden z powodów dla których tak chciałem mieć pieska – moje małe dziewczyny panicznie bały się psów i była to jednocześnie dla nich terapia.
Ala szybko chłonęła wiedzę na temat wychowania i obcowania z psami. Widziałem jak powoli przełamywała swój strach – drugiego dnia mogła już pogłaskać Mikę po nosku i dać się obwąchać. Amelka trochę gorzej sobie radziła, ale nigdzie nam się nie spieszyło. Sprawy szły w dobrym kierunku.
Nadszedł dzień zaplanowanego dużo wcześniej wyjazdu dziewczyn do babci. Wakacje to fajny okres dla dzieci i rodziców-nauczycieli. Moje córki i żona zawsze dobrze wykorzystują ten czas. Zostałem sam z Miką. Czekało mnie sporo wyzwań. Mika była już po kilku wizytach u weterynarza, odrobaczaniu, czyszczeniu, szczelinach, konsultacjach… Dawaliśmy radę. Kolejne wyzwanie polegało na tym, że musiałem zostawić Mikę na pół dnia samą w domu. Ten test przebiegł nadzwyczaj dobrze. Piesek nie zdemolował nam niczego, załatwił się w prawdzie raz na podłodze – ale czego innego mogłem oczekiwać po 2 i pół miesięcznym szczeniaku, który został sam w domu na pół dnia? Test się udał. Przede mną było jednak większe wyzwanie. Zbliżał się mój 2-dniowy wyjazd służbowy. Tym razem nie mogłem zostawić Miki samej w domu, a i zabranie jej ze sobą nie wchodziło w grę. Miałem do wyboru dwie opcje: 1. poprosić kogoś z rodziny o pomoc w opiece nad pieskiem, 2. hotelik dla psów.
Jej, dopiero kilka dni Mika jest z nami a ja już muszę mierzyć się z takimi problemami. Szybki research – i znalazłem 3 hoteliki (dla psów) blisko naszego domu. Zaskakująco blisko nas. Nie chciałem obarczać Miką nikogo z rodziny – szczególnie, że wiązałoby się to pewnie z jakąś podróżą, tłumaczeniami a na końcu (pewnie słusznymi) pretensjami i garścią rad. Hotelik był dobrym rozwiązaniem. Z wytypowanych trzech, udało mi się umówić na spotkanie w jednym. Facet, który prowadził ten hotel nazywał sam siebie „zoopsycholog”. I jakkolwiek dziwnie to brzmi, po krótkiej rozmowie z nim, myślę, że zasłużył sobie na to określenie, choć nasza pierwsza rozmowa dość mocno mnie zdołowała.
Na wizytę oględzinową, postanowiłem pojechać bez Miki. Wiedziałem już, że doskonale sobie daje radę sama w domu, więc nie miałem problemu z wyjściem. Pojechałem.
Gdy zadzwoniłem specjalnym dzwonkiem na bramie, otworzył mi dziwnie wyglądający facet. Widząc kogoś po raz pierwszy zazwyczaj oceniamy go po wyglądzie, szufladkujemy. Oceniamy po okładce. To normalne. Widzimy też od razu, czy my przypadliśmy danej osobie do gustu. Ja jednak nie mogłem w żaden sposób rozgryźć tego faceta. Ciężko mi też było zorientować się co o mnie pomyślał.
Ile lat ma pies?
To mała suczka, koło 10 tygodni
O, faktycznie mała. Na jak długo Pan chce ją zostawić?
1 dzień
To nic z tego, niestety. Za krótko, nie wezmę jej, taki czas powoduje, że psy nie zdążą się przyzwyczaić do miejsca w którym przebywają, są potem zestresowane i źle im się takie miejsce kojarzy. 1 dzień to za krótko, niestety, do widzenia.
…………….
Ooo. Tego się nie spodziewałem. Ale to dobrze – dowiedziałem się przynajmniej czegoś wartościowego o wychowaniu psa. Niby logiczne, ale nie pomyślałem o tym wcześniej.
Niech Pan chwilkę poczeka, właściwie to są dwa dni. Tak, Mika może zostać dwa dni. Czy taki okres będzie już odpowiedni na początek?
2 dni? Dobrze, to już ma jakiś sens. Jeżeli pies ma się przyzwyczaić do danego miejsca, nie można zostawiać go zestresowanego i odbierać zanim jeszcze zdąży się odprężyć.
Dobra rada, będę o tym pamiętał.
Jaka to rasa?
Mieszaniec. Pół terier rosyjski a pół cane corso.
Miał Pan już psa? Czy to Pana pierwszy?
Pierwszy.
U, to nie poradzi Pan sobie, przykro mi.
……………
„Co tu się dzieje???” – pomyślałem. Ładnie mnie podsumował. Nie zamierzałem się jednak poddawać. Nie w tamtym momencie.
Okazało się, że facet z którym rozmawiam zna się na swojej robocie. I zna się na psach. Dostałem ogromną dawkę wiedzy na temat tych dwóch ras, elementów jakie suczka może odziedziczyć po mamie a jakie po tacie. Facet bardzo dokładnie opisał mi jaka Mika jest teraz i jaka będzie gdy dorośnie. Uświadomił mi również w jak ważny okres teraz wstępuje. Najbliższe tygodnie wychowania miały zaważyć na całym jej przyszłym życiu (i również całej naszej rodziny w związku z tym).
Mika będzie upartym psem. Jeżeli jednak poświęci Pan najbliższe miesiące na jej wychowanie – będziecie z nią mieli bardzo fajnie. Będzie wspaniałym obrońcą i przyjacielem rodziny. Ale potrzeba czasu aby wszystkiego się nauczyła.
To była petarda! Jak zaoczne studia w trybie mega-przyspieszonym. Przez chwilę zastanowiłem się, czy nie powinienem zapłacić za całą tą konsultację. Widziałem też, że to opowiadanie sprawiło mu sporą satysfakcję i radość. Widziałem, że jest odpowiednią osobą na właściwym miejscu. Wiedziałem też, że mogę powierzyć mu Mikę.
Dwudniowy wyjazd pozwolił mi jeszcze raz przemyśleć sytuacje domową. Sprawy nie wyglądały dobrze. Przede mną kolejny, prawie dwutygodniowy służbowy wyjazd i decyzja co zrobić z Miką. Opcje były cztery: zostawić ją w domu z moimi dziewczynami, zostawić ją ponownie w hotelu dla psów, poprosić o pomoc kogoś znajomego albo zabrać ją ze sobą.
Szybko wykluczyłem ostatnią opcję – nie było szans, aby Mika pojechała ze mną. Pierwsza możliwość również nie była dobrym rozwiązaniem, moje dziewczyny nie były gotowe na dwutygodniowy, samodzielny pobyt z Miką. Dzieciaki wciąż nie do końca ufały pieskowi, potrzeba było czasu. Zostały mi dwie możliwości. Ale żadna z nich nie była dobra. Zacząłem się zastanawiać… a co, jeżeli będę miał więcej podobnych wyjazdów? W mojej pracy robię przecież wiele aby tak właśnie było. Co wtedy będzie z Miką? Nawet jeżeli tym razem zostanie w hotelu dla psów, czy chcę za każdym razem ją tam wozić? To nie ma sensu.
Kolejne dwa dni biłem się z myślami. Analizowałem wszystkie za i przeciw. Tak, mogłem to zrobić zanim pojechałem po nią na samym początku, jednak wiedziałem że skoro nie zrobiłem tego wcześniej, to teraz jest ostatni moment na tego typu przemyślenia.
W międzyczasie bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Okazało się, że Mika polubiła wczesno-ranne wstawanie i równie wczesne chodzenie spać. Uczyliśmy się chodzić na spacery, zobaczyłem również, że Mika może być wspaniałym kompanem do biegania. Dogadaliśmy się również z podłogą – Mika przyjęła ostateczne ustalenia że służy ona wyłącznie do chodzenia a nie sikania. Było coraz fajniej. Wiedziałem, że decyzję o tym co dalej muszę podjąć natychmiast.
Pierwszego dnia, gdy przywiozłem Mikę do domu, zrobiłem kilka zdjęć i wrzuciłem na Facebooka. Usłyszałem kilka miłych słów (komentarzy) na temat mojego szczeniaczka. Było też kilka rad – jedna aby kupić drabinę, bo Mika będzie ogromna. Nie przestraszyło mnie to – początkowo chcieliśmy małego pieska, ale skoro los przysłał nam olbrzyma… no cóż, z losem się nie dyskutuje.
Ten wpis na Facebooku… siedział mi w głowie. Był decyzją którą podjąłem pierwszego dnia. Decyzją o tym, że Mika będzie z nami. Czy można zmienić decyzję?
Wieczorem decyzja została usunięta. Usunąłem decyzję. To znaczy usunąłem wpis, było to jednak dla mnie jednoznaczne z podjęciem kolejnej decyzji. Trudnej, ale taką, którą musiałem podjąć. Chciałem taką podjąć.
Nie musiałem nawet robić nowych zdjęć, te co miałem wspaniale oddawały to jakiego słodziaka mam do oddania. „Do oddania”. Okropnie to brzmi. Szukałem jej domu, lepszego niż hotel dla psów raz na dwa miesiące. Wybrałem tą samą drogę, którą ja znalazłem Mikę – OLX.
Od momentu publikacji minęło dopiero kilka godzin a do mnie już jechała rodzina zainteresowana adopcją Miki. Wow, ale szybko! Ale z drugiej strony kto by nie chciał takiego słodziaka?
Mieliśmy godzinę, może półtorej. Jej, nie spodziewałem się, że to będzie tak szybko. Rzuciłem wszystko i postanowiłem spędzić ten czas tylko z Miką. Najpierw szybki obiadek – aby była najedzona przed podróżą. Tylko nie za dużo, bo jednak podróż… Potem spacer. Ostatni nasz spacer. Nie był długi, Mika zatrzymała się 50 m od domu i nie chciała dalej iść. Dwa psy szczekały z zza bramy i zwyczajnie bała się dalszej drogi. Postaliśmy sobie na środku drogi kilka minut i wróciliśmy do domu. Spacerów się dopiero uczyła, ale nasze podwórko już dobrze znała i uwielbiała się na nim bawić. Resztę naszego czasu spędziliśmy na zabawie w ogrodzie. Lubiła to, ja również. A wiedziałem, że w naszym domu tylko ja mogłem się z nią tak bawić, moje dziewczyny jeszcze długo nie otworzyły by się tak przed Miką. To wymagałoby sporego zaufania. Mika biegała za mną po podwórku – bawiliśmy się jak dzieci.
Byliśmy umówienia około godziny 18. Postanowiłem więc, że pół godziny wcześniej pozwolę Mice się wyciszyć. Czekało ją jeszcze sporo emocji tego dnia.
Z samochodu, który podjechał pod bramę, wysiadły 3 osoby. Rodzice i, na oko 13-14 letni, syn. Cała rodzina. To dobrze – pomyślałem – całą rodziną podejmą się opieki nad Miką, to dużo lepsze rozwiązanie niż to, które ja wybrałem. Jednak Mika z dzisiaj to zupełnie inny pies, niż ten którego ja zabrałem od faceta z zielonej bramy. Jest czysta, nie męczy się z pchłami i innymi robakami, jest radosna, najedzona..
Gdy weszli do środka, Mika od razu do nich poleciała. Merdała ogonem. Zupełnie jakby wiedziała kto przyszedł. Po chwili wróciła jednak do mnie zawstydzona. Usiadała i czekała na moją decyzję.
„Oddajesz mnie czy nie?” – pytała swoimi wielkimi oczami.
Jeszcze nie byłem pewny. Nie wiedziałem, czy akurat ta rodzina może zająć się Miką. Rozmawialiśmy. Opowiedziałem im całą historię pieska. Od początku, ze wszystkimi szczegółami.
Nie szkoda Panu? – zapytała kobieta.
…
W naszej rozmowie było sporo emocji. Widzieli, że zdążyłem już pokochać tego szczeniaczka. A ja zobaczyłem, że i oni są w stanie go pokochać. Przyszła pora decyzji. Mama z synkiem byli zdecydowani. Decyzja należała jednak do ojca. Zastanawiali się, czy dadzą radę. Takie ostatnie wątpliwości przed poważną decyzją. Mądre i zdrowe.
Proszę się dobrze zastanowić – poprosiłem – Mika już swoje przeszła i potrzebuje teraz rozsądnej decyzji i stabilizacji.
Po kilku minutach Mika siedziała już na rękach ich syna. Ucieszyłem się. Wiedziałem, że minęłoby kilka miesięcy, zanim Ala albo Amelka odważyłby się wziąć Mikę na ręce. A i bardzo możliwe, że Mika wtedy byłaby już za ciężka aby ją podnosić.
Facet zostawił mi wizytówkę.
Gdyby chciał Pan kiedyś zobaczyć co u niej, proszę śmiało dzwonić.
Podziękowałem, ale już wtedy wiedziałem, że nigdy nie zadzwonię. Nie mógłbym.
Oddałem im wszystkie rzeczy Miki. To była szybka wyprowadzka.
Gdy wychodzili, powiedziałem jeszcze jedną rzecz:
Pamiętajcie, nazywa się Mika, ale jeszcze jest na tyle młoda, że…
…tak, wiem, jeszcze możemy zmienić. Jeszcze jest młoda. Do widzenia. – dokończył za mnie facet, zupełnie jakby chciał powiedzieć: „oczywiście, że zmienimy jej imię”.
W tym momencie zrozumiałem co się właśnie stało. Mika odeszła, zostałem sam.
Moja przygoda z Miką trwała 10 dni.
Czy żałuję?
Staram się nigdy nie podchodzić w ten sposób do spraw. Życie to decyzje i nie chcę nigdy żałować żadnej z nich. Podjąłem jedną – że biorę Mikę, a potem drugą – że ją oddaję. Dwie decyzje. Gdybym nie podjął żądnej z nich, Mika mogłaby dalej mieszkać za zieloną bramą. A może szybciej trafiłaby do tej właściwej rodziny? A może ta rodzina, która wzięła ode mnie Mikę, znalazłaby to samo ogłoszenie co ja, pojechałby do Żyrardowa, zobaczyła ją całą brudną, wychudzoną i zapchloną i nie wzięliby jej w takim stanie..? Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Cieszę się, że mieliśmy te 10 dni, że po naszym domu biegał w tym czasie piesek. Była to ważna lekcja dla mnie, ale i dla całej naszej rodziny.
To już z kolejny dzień, w którym siadam przed czystą kartką papieru i nie potrafię jej zapisać. Może coś mi przeszkadza? Zrobiłem jakiś błąd? A może wcale nie chcę pisać?
Tak na prawdę nie ma ani kartki ani papieru, jest iPad i pusta strona w Ulysses. Narzędzia nie mają jednak większego znaczenia, próbowałem na kartce, na komputerze, telefonie… Nie udaje się. I zastanawiam się dlaczego. Wydaje się, że tym razem zrobiłem już wszystko jak trzeba. Biurko jest pięknie wysprzątane, na nim tylko iPad, klawiatura, lampka, kubek z kawą i iPhone. Wszystko niby do siebie pasuje, nic nie powinno odwracać mojej uwagi. Nawet czas jest odpowiedni: 5 rano – idealna godzina. Poranny rytuał wykonany w stu procentach, smaczne śniadanie, medytacja, pamiętnik, pompki też zrobiłem.
A jednak słowa nie chcą płynąć. Być może muzyka w słuchawkach jest zła? O, wiem – kubek. Tak, to z pewnością wina kubka! Gdy poranną kawę przygotowywałem w starym, zielonym kubku, wszystko szło jak po maśle. Siadałem i pisałem. Od kiedy się zbił, pisanie nie przychodzi już tak łatwo. To musi być to. Wszystko jasne, muszę kupić nowy, ulubiony kubek.
Kolejny dzień. Jestem już po porannym rytuale. Jak zwykle.
Dzisiaj chyba trzeba zrobić porządek w Evernote. Albo zaległy przegląd tygodnia w Thingsach. To może przynajmniej zaplanuję porządnie dzień – przecież później może nie być na to czasu. A dopiero potem usiądę do pisania. Kończę kolejny raz zastanawiając się co dalej robić – bez przemyśleń, tekstu, dalszego planu. Może jutro się uda.
Dwa tygodnie później. Wczoraj wróciliśmy z wakacji. Jak zwykle w takich sytuacjach – nie ma świeżego mleka w lodówce, nie ma kawy w kubku, w domu bałagan, w głowie wspomnienia. A jednak siedzę i piszę. Wstałem godzinę wcześniej niż zwykle – łatwo poszło. Miałem nadrobić pracę, a jednak usiadłem do pisania.
Tym razem zrobiłem wszystko tak jak trzeba. Wymówki zostawiłem za sobą.
Jeszcze niecałe trzy lata temu każdy poranek był dla mnie koszmarem. Budzenie się to był jakiś horror. Otwarciu oczu towarzyszył lęk i strach. Podrywałem się zawsze z wielkim zdenerwowaniem, chcąc sięgnąć do wyjących od godziny budzików. Pierwsze trzy alarmy i tak były nieskuteczne. Wracałem po nich do łóżka i w najlepsze dalej spałem. Gdy byłem sam w domu, potrafiłem w ten sposób zaspać nawet i kilka godzin. Nie pomagało ustawianie kilku różnych budzików czy zmiana sygnału alarmów. I nawet gdy już udało mi się w końcu podnieść z łóżka, dalej robiłem wszystko źle. Brak jakiegokolwiek planu, zdrowych nawyków, poprawiających samopoczucie rytuałów – nie dawałem sobie nawet drobnej szansy na udany początek dnia. Zwlekałem się tylko szybko do kuchni, aby zjeść cokolwiek i udać się z byle jaką kawą na pobudzającego papierosa. Potem łyk coli i szybko do pracy. Po drodze może jeszcze jakieś śniadanie na mieście, coś na szybko. Koszmar. Szczerze nienawidziłem pierwszej części dnia. A jaki poranek taki cały dzień. I całe życie.
Mroczne czasy. A przecież praktykowałem to przez wiele lat. I czasem ciężko jest mi uwierzyć, że udało mi się odmienić wszystko o 180 stopni. Dzisiaj każda minuta mojego poranka jest na wagę złota. Budzi mnie jeden, cichy budzik, obok którego stoi przygotowana poprzedniego dnia butelka z wodą. Zaraz potem jestem już w łazience i krok po kroku realizuję plan poranka. Mycie twarzy, zębów, waga… wszystko według kolejności. Gdy skończę w łazience, czeka już na mnie przygotowane dzień wcześniej ubranie. Szybkie spojrzenie na pogodę w iPhonie, tweet na dzień dobry i do kuchni. Włączam tylko światło i siadam do medytacji. Następnie kilka zdań do dziennika i 15 pompek, podczas których słucham dwóch odcinków, codziennych newsowych podcastów ze świata technologii – Subnet i Daily Tech Headlines. Potem jest śniadanie, po nim poranna kawa i blog. Kocham ten czas.
A jakie są Twoje poranki? Zaliczasz je do przyjemnych części dnia? Jeżeli nie, być może warto nad tym popracować?Proponuję, abyś zaczął od listy rzeczy, których robić z rana nie powinieneś. Przygotowałem ich dla Ciebie 6:
Jeszcze 5 minut
Chyba nie muszę wyjaśniać o co chodzi, prawda? To chyba najczęściej wypowiadane z rana zdanie. Znasz to? Ja znam bardzo dobrze. I wiem, że do niczego dobrego nie prowadzi, co najwyżej do kolejnej 5-minutowej godziny nieplanowanego leniuchowania. Zamiast dodatkowej drzemki, która może popsuć cały poranek, polecam Ci, zaraz po przebudzeniu i wyłączeniu budzika, usiąść na łóżku i przez te same 5 minut posiedzieć. Dzięki Twój organizm rozbudzi się na tyle, aby podjąć właściwą decyzję i ruszyć do łazienki 🙂
Słodzone napoje zamiast wody
Od kiedy wprowadziłem zwyczaj wypijania małej butelki wody zaraz po przebudzeniu, poranne wstawanie stało się o wiele przyjemniejsze. Już kilka minut po otwarciu oczu jestem rozbudzony a mój organizm odpowiednio nawodniony. Jeżeli nie masz zwyczaju picia wody z samego rana – spróbuj, efekty tego małego kroku mogą Cię bardzo pozytywnie zaskoczyć. Jeżeli jednak zamiast wody, wstajesz i sięgasz po słodzone napoje, wiedz, że wyrządzasz swojemu organizmowi ogromną krzywdę. Lista negatywnych skutków spożywania takich napojów jest długa, a picie ich z samego rana jeszcze je zwielokratnia. Dotyczy to również napojów typu „zero”, które mimo iż nie zawierają cukru, również nie są bezpieczne. Nie podnoszą może poziomu glukozy, ale słodzone są słodzikami zawierającymi Aspartam, którego spożywanie sprzyja między innymi chorobom serca i nowotworom.
Pomijanie porannych ćwiczeń
Poranne ćwiczenia pobudzają metabolizm, spalanie kalorii i zwiększają naszą produktywność. Pomagają pokonać poranne ziewanie i naładować się pozytywną energią. I mogą w tym wyśmienicie zastąpić kawę, po którą nie warto sięgać zaraz po przebudzeniu. Jeżeli nie masz w zwyczaju rano biegać czy chodzić na siłownię, możesz zacząć od kilku prostych przysiadów i pompek, stopniowo zwiększając intensywność i różnorodność ćwiczeń. Aż dojdziesz swojego optymalnego zestawu. Ja uwielbiam biegać, pływać i uprawiać inne sporty, jednak na sam początek dnia wystarczy mi właśnie wykonanie 15 pompek.
Papieros z rana
Pamiętam, gdy jeszcze paliłem, zawsze pilnowałem się, aby nie zapalić pierwszego papierosa przed śniadaniem. W tamtym czasie wydawało mi się to już skrajną nieodpowiedzialnością (ale po śniadaniu już było ok – to dopiero odpowiedzialność). Teraz wiem, że palenie papierosa przed zjedzeniem śniadania sprawia, że w organizmie pozostaje więcej nikotyny, niż u osoby, która pali po porannym posiłku. Jeżeli palisz, najgorszy poranek jaki możesz sobie sprawić, to papieros w zestawie z kubkiem kawy przed śniadaniem.
Deser zamiast śniadania
Oczywiście nie chodzi tylko o zajadanie się sernikiem czy szarlotką z rana. Pisząc deser mam na myśli wszystko co zawiera duże ilości cukru. Zaliczają się do tego zarówno popularne, ale słodkie płatki śniadaniowe, jak i muffiny, wysoko słodzone dżemy, czy znana wszystkim dzieciom nutella. Warto za to sięgnąć po płatki kukurydziane, kasze manną na mleku podaną na przykład z owocami, czy grahamkę z twarożkiem i papryką. Takie śniadanie dostarczy Ci odpowiednią dawkę energii, aby dobrze rozpocząć dzień.
Najadanie się na cały dzień
Jeżeli na śniadanie pochłaniasz górę jedzenia i próbujesz w ten sposób zastąpić wszystkie inne posiłki w ciągu dnia – robisz sobie po prostu krzywdę. Śniadanie jest bardzo ważnym posiłkiem, głównie dlatego że jest pierwszym. Nie oznacza to jednak, że może być jedynym – nie powinieneś pomijać pozostałych posiłków. Warto zjeść wartościowe, ale niezbyt obfite śniadanie. Zrównoważona dieta zakłada, że powinieneś jeść od trzech do pięciu posiłków dziennie. Ja pierwsze śniadanie spożywam gdy wstanę, drugie jem kilka godzin później z żoną i córkami.
Jeżeli popełniasz rano błędy, które tu opisałem – na początek skup się na ich wyeliminowaniu. Następnie zachęcam Cię do przeczytania mojego wcześniejszego wpisu z porcją porannych porad. O swoich postępach w budowaniu perfekcyjnego poranka koniecznie powiadom mnie w komentarzach do tego wpisu 🙂
Gry jako sposób na pozbycie się stresu? Tak! I piszę to, pomimo faktu, że staram się omijać je szerokim łukiem. Po części dlatego, że wiem jak bardzo są skuteczne w odwracaniu uwagi od codziennych spraw. Preferuję inne formy spędzania wolnego czasu. Znalazły się jednak w mojej biblioteczce z aplikacjami pozycje, które chciałbym Wam polecić – właśnie z kategorii gry. Zabrały one kilka cennych godzin mojego życia i nie żałuję żadnej z nich!
Limbo
Kto lubi chodzić do kina ręka w górę. Ja uwielbiam. A pierwsza z gier, które dla Ciebie wybrałem jest jak najlepszy film w kinie.
Zazwyczaj nie szukam i nie instaluję gier na iPhonie – przeciwnie, unikam ich. Nie przeglądam zakładki „gry” w App Store, nie patrzę na nowe promocje tych pozycji, nie słucham recenzji. Totalnie nie mam więc pojęcia co skłoniło mnie do instalacji Limbo – być może ciekawa ikona, przypadkowo obejrzany film promocyjny w App Store? Faktem jest, że zainstalowałem Limbo i… zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Jej, jak ta gra jest dobrze zrobiona! Przepiękna, z doskonałym klimatem. Każdy dźwięk, obraz, postać, animacja, fabuła.. wszystko pasuje. Jak w najlepszych filmach Mela Gibsona. Gra okazała się wielkim sukcesem (na moim iPhonie) i wiele razy pozwoliła zapomnieć (się) na dłuższą chwilę o codziennych problemach.
Przygotowując się do tego wpisu, szukałem w internecie, co właściwie oznacza słowo „Limbo”. Odpowiedź znalazłem w serwisie Gry Online i nieco mnie ona zaskoczyła. Pasuje jednak jak ulał 🙂
Limbo: w teologii katolickiej otchłań, pustka, będąca częścią piekła, w której przebywają dusze osób zmarłych przed ukrzyżowaniem Jezusa i dzieci, które zmarły przed przyjęciem chrztu.
I niech zachętą do wypróbowania będzie dalsza część recenzji gry:
Uruchamiając po raz pierwszy Limbo, mniej więcej wiedziałem, czego się spodziewać, jednak nie byłem przygotowany na aż tak ciężki i brutalny klimat gry. Czarno-biała tonacja, pulsująca czerń w rogach ekranu, niczym na podniszczonej taśmie celuloidowej, rozmyte plany, czarna postać dziecka z odcinającą się od reszty ciała bielą oczu, niemal całkowity brak muzyki. Jedynie ciemny las i wydobywające się z głośników ambientowe dźwięki. Żadnego wprowadzenia, żadnego wyjaśnienia przyczyn znalezienia się w tym nieprzyjaznym i nieprzyjemnym miejscu. Po prostu jestem.
Powyższy opis bardzo dobrze oddaje klimat całej gry. A ja uzupełnię go jeszcze trailerem:
Musisz sprawdzić Limbo! I koniecznie napisz mi w komentarzach o swoich wrażeniach.
PLAYDEAD’s Inside
Nie wiem jaki mechanizm zadziałał na mnie w momencie, gdy instalowałem Limbo, ale bardzo podobna rzecz stała wiele miesięcy póżniej, gdy instalowałem Inside. Jakie było moje zdziwienie, gdy zorientowałem się (po dłuższej chwili), że mam do czynienia z grą firmy Playdead – czyli tej samej, która wcześniej zrobiła Limbo!
Na 10 trylionów gier w App Store, zainstalowałem drugą z nich.
W tym przypadku istotny był jeszcze jeden element: marzyłem, by znaleźć grę tak dobrą jak Limbo. Z podobnym klimatem, jakością wykonania, muzyką, fabułą… I w jakiś dziwny sposób udało się. Przypadek? Chyba nie. Playdead’s Inside pod wieloma względami jest podobna do Limbo. Z pewnością tak samo zachwyca, trzyma w napięciu i zaskakuje. Zadania przed jakimi staje główny bohater są ciekawe i nie zawsze oczywiste. Gra wymaga uwagi, refleksu a często i sprytu. Po skończeniu całej gry czułem jeszcze większy niedosyt niż po Limbo.
W Inside przenosimy się do świata, który przywodzi na myśl sceny opisane w „1984” lub innych dystopijnych tytułach. Widzimy więc szare, wysokie budowle, żołnierzy strzelających do bezbronnych cywilów, a także ogromne obiekty przemysłowe. Nie oznacza to jednak, że duńscy deweloperzy zrezygnowali z elementów fantastycznych. Te są obecne i świetnie wpisują się w klimat gry.
To początek recenzji Jacka Zięby z MyApple. Jeżeli polubiłeś Limbo, z pewnością tak jak ja zakochasz się w Inside.
Duńska firma Playdead już dawno dołączyła do grona tych, na których nowe produkty czekam z niecierpliwością. Na chwilę obecną, gra nie jest niestety dostępna dla smartfonów z Androidem. Jeżeli jednak jesteś posiadaczem iPhona – do dzieła!
Memorando
Kolejna pozycja na mojej liście jest totalnie inna od wcześniejszych dwóch. Nie ma fabuły, mrocznych postaci, pięknych scenerii, czy nastrojowej muzyki. Ma za to przesłanie od autorów: „Sprawny umysł zapewnia lepsze życie”.
Memorando – nie jest typową grą, ale zestawem wielu krótkich gier, które pomogą nie tylko się odprężyć, ale również poprawić funkcjonowanie Twojego mózgu. Memorando to zestaw gier do treningu umysłu. Znajdziesz tu szereg prostych (hmm… nie zawsze takich prostych) zadań, które mogą zarówno postawić Cię na nogi, jak i pozbyć się nadmiaru stresu po ciężkim dniu.
Przy pierwszym uruchomieniu, otrzymasz do wypełnienia krótki test. Ma on na celu ustalenie czego właściwie oczekujesz od aplikacji, które elementy funkcjonowania Twojego mózgu chciałbyś poprawić. Następnie aplikacja dobierze odpowiedni dla Ciebie indywidualny plan treningowy.
Gry są różne. Ale z pewnością każda z nich wymaga pewnego wysiłku umysłowego. Zaczynasz zawsze od poziomu łatwego, stopniowo przechodząc do coraz trudniejszych etapów. Dzięki temu z każdym dniem będziesz czuł wyraźny postęp. Zapamiętywanie stanie się łatwiejsze, a kojarzenie faktów szybsze.
Po wykonaniu dziennej dawki ćwiczeń, warto również wykonać, dostępne w aplikacji, ćwiczenie relaksacyjne. Dzięki temu Twój umysł odpocznie po wcześniejszych, wymagających wytężonej pracy, zadaniach.
Co jakiś czas otrzymasz możliwość wykonania tak zwanego Testu Umysłu. Dzięki niemu sprawdzisz jakie robisz postępy z aplikacją. Każdy kolejny wynik (punkty BQ) porównasz z wcześniejszym oraz poziomem przeciętnego użytkownika Memorando.
W aplikacji możesz zdefiniować swoje tygodniowe cele – liczbę dni w tygodniu, w których będziesz ćwiczyć umysł, oraz liczbę dni w których wysłuchasz relaksacyjnych sesji dźwiękowych.
Memorando oferuje bezpłatny oraz płatny dostęp. W wersji darmowej mamy do dyspozycji ograniczoną liczbę gier i funkcjonalności. Dla mnie – to w zupełności wystarcza. Jeżeli jednak uznasz, że chcesz więcej – Memorando jest bardzo przystępne cenowo w porównaniu do innych aplikacji tego typu.
Aplikacja dostępna jest w całości po Polsku, co znacznie ułatwia obsługę i rozwiązywanie dostępnych zadań.
Alto’s Adventure
Na koniec jeszcze jedna pozycja w mojej biblioteczce. Relaksująca, przepięknie wydana gra studia Snowman o przygodach pasterza-snowboardzisty – Alto’s Adventures.
Głównym jej atutem jest wspaniała oprawa graficzna i dźwiękowa. Gra sama w sobie nie jest ani bardzo wciągająca, ani angażująca (już słyszę sprzeciw wielu z Was), jednak efekty dźwiękowe i wizualne sprawiają, że często uruchamiam ją i odkładam telefon na bok – tylko po to, aby usłyszeć w słuchawkach przepiękną muzykę i odgłosy padającego deszczu czy śpiewu ptaków. Pod tym kątem Alto’s Adventures to prawdziwe arcydzieło. Gdy dołożę do tego cudowną grafikę – audiowizualna perełka.
Gra ma bardzo proste zasady. Alto jest pasterzem, który na desce snowboardowej podąża przez góry w poszukiwaniu swoich lam. Musi jedynie przeskakiwać napotkane po drodze przeszkody. To tyle jeżeli chodzi o fabułę 🙂
Mamy do dyspozycji dwa tryby: normalny i ZEN. Pierwszy z nich polega na pokonaniu jak najdłuższej trasy, osiąganiu kolejnych poziomów poprzez wykonywanie zadań i zebraniu określonej liczby lam. Gdy Alto się przewróci – gra się kończy. I gdyby twórcy udostępnili tylko ten jeden tryb – Alto’s Adventures z pewnością zniknęła by z mojego iPhona już po pierwszych pięciu minutach od uruchomienia. Na szczęście dostępny jest również wariant ZEN, czyli trym relaksacyjny. Nie ma tu ani poziomów, ani zadań, a Alto po przewróceniu się, wstaje i jedzie dalej. Wyłączony został element rywalizacji – pozostała niekończąca się przyjemność, przepiękna muzyka i nastrojowe krajobrazy.
Do obsługi gry wystarczy jeden palec – poprzez dotknięcie ekranu sprawiamy, że Alto podskakuje i pokonuje w ten sposób przeszkody albo wykonuje akrobacje.
Sam zobacz:
Przepiękne obrazy i wspaniała muzyka – te dwa elementy sprawiły, że Alto’s Adventures trafił i (co ważniejsze) pozostał w moim iPhonie na stałe. Polecam Wam spróbować.
To tyle na dziś. Cztery pozycje w kategorii gry, które często pomagają mi pokonać codzienne problemy i stres. Pozwalają odprężyć się i zrelaksować. Mam nadzieję, że pomogą i Tobie. A może zechcesz dołożyć do mojej listy jeszcze jedną grę? Pole „komentarze” czeka właśnie na Ciebie 🙂 Zachęcam Cię również abyś dopisał się do mojej listy na którą wysyłam newsletter. Dzięki temu pozostaniemy w kontakcie!
Życie w wielkim mieście, takim jak Warszawa czy Kraków, to często jedna wielka, droga impreza. Różnica w kosztach życia pomiędzy małymi, średnimi i dużymi miastami jest ogromna. Poczynając od najmu mieszkania, gdzie ceny za 50 m2 będą wahać się od 1600 zł – w Poznaniu, Łódzi, 2000 zł – w Krakowie, Wrocławiu i Gdańsku aż do 2800 zł w Warszawie. Do tego dochodzą koszty eksploatacyjne… i szereg innych, codziennych wydatków. Obiad, samochód, popołudniowe ciastko w kawiarni, wieczorny wypad na piwo poprzedzony oczywiście zakupami w galerii handlowej. Brzmi znajomo? Mam nadzieję, że nie 🙂 Żyjąc w dużym mieście łatwo stracić kontrolę nad wydatkami. Warto więc za wczasu zając się ograniczeniem kosztów takiego życia, aby w przyszłości nie odbiło się to czkawką.
The first step is to break down your budget and track your spending. Services like Mint and Acorns provide easy ways to track your spending and save. Planning your budget can help you build up an emergency fund and save for long-term goals like home ownership.
Spisywanie, kategoryzowanie i planowanie wydatków jest pierwszym krokiem. Jak to robić skutecznie, możesz dowiedzieć się na przykład z blogów Michała Szafrańskiego (polecam cykl Zaplanuj budżet domowy) albo Marcina Iwucia (podobny cykl – Budżet domowy krok po kroku). Ja do śledzenia i planowania wydatków używam aplikacji Money Pro (iOS) – prostą w obsłudze, bardzo ładnie wykonaną i niezwykle skuteczną aplikację dostępną na iOS, MAC i smartfony z Androidem. Jeżeli jej nie znasz, a zechcesz sprawdzić, polecam bezpłatną wersję próbną. Mogę również polecić aplikację Money Wiz – której używałem wcześniej a jest tak samo skuteczna, z nawet większą ilością funkcji niż Money Pro, tylko trochę mniej przyjemnym wyglądem. Dużym plusem obydwóch aplikacji jest to, że zostały przetłumaczone na język Polski.
Wracam jednak do głównego tematu. Allie, autorka artykułu w Dumb Little Men, podsuwa kilka fajnych wskazówek na to jak obniżyć koszty życia w wielkim mieście:
Znajdź odpowiednie mieszkanie – ekonomiczne, tanie w utrzymaniu, w „rozsądnej dzielnicy”. Jeżeli nie masz jeszcze swojego własnego lokum i mieszkanie wynajmujesz – warto abyś usiadł i przeanalizował, czy wybrałeś najlepszą z możliwych opcji. Może warto rozejrzeć się za czymś innym? Na przykład trochę dalej od centrum, ale w rozsądniejszej cenie?
Kupuj na rynku wtórnym – odwiedzaj sklepy z używanymi rzeczami, z tak zwanej drugiej ręki, lombardy, ale również serwisy aukcyjne jak Allegro – są pełne fajnych i wartościowych przedmiotów, często w bardzo atrakcyjnych cenach.
Korzystaj z transportu publicznego – to pozwoli Ci zaoszczędzić nie tylko pieniądze, ale i mnóstwo czasu oraz nerwów. Pamiętam gdy prawie każdego dnia marnowałem kilkadziesiąt minut na znalezienie miejsca do zaparkowania w centrum Warszawy. Okropne czasy. Dziś – staram się korzystać tylko z komunikacji miejskiej a gdy tylko mogę – z miejskich rowerów. To zdecydowanie mój ulubiony środek transportu po Warszawie 🙂
Ogranicz jedzenie poza domem – jedzenie „na mieście” nie należy do najtańszych opcji. Warto nauczyć się gotować i przygotowywał posiłki w domu. Dzięki temu nie tylko oszczędzisz pieniądze, ale będziesz wiedział co jesz – w restauracji czy ulicznym barku nie zawsze otrzymasz jedzenie takiej jakości, jakiej byś sobie życzył.
Minimalizuj wydatki, maksymalizując rozrywkę – np. zamieniając drogą telewizję cyfrową na jedną z tańszych subskrypcji wideo. Możesz też korzystać z bezpłatnej naziemnej telewizji cyfrowej, która w połączeniu z YouTubem da Ci nieograniczoną chyba dawkę rozrywki. Podobnych możliwości do zamiany znajdziesz w okół siebie wiele.
Tyle rad od Allie. Myślę, że skoro zasady te są skuteczne w Nowym Jorku, Los Angeles czy Salt Lake City (mieście autorki), sprawdzą się i w naszych mniejszych metropoliach 🙂
Muszę jednak dodać jeszcze dwa, swoje, ważne punkty do powyższej listy:
Zamień zakupy w hipermarkecie na targ, bazarek i małe osiedlowe sklepy. Hipermarkety stały się codziennością – szczególnie, gdy mieszkasz w dużym mieście. Galerie handlowe, ogromne sklepy, alejki okazji, półki wypełnione towarami, które kupujemy skuszeni coraz to bardziej wymyślnymi promocjami. W efekcie idąc do „sklepu” po kilogram cukru, wracamy do domu z pełnymi torbami zakupów. A i często w tych torbach nie ma tego cukru, po który do sklepu się wybraliśmy. Rewelacyjnie ilustruje to jeden z odcinków „Pamiętników Florki” – bajki, którą oglądałem kiedyś z córką. Musisz to obejrzeć! W bardzo prosty sposób ilustruje jak działają hipermarkety 🙂
Wydawaj tylko zaplanowane wcześniej pieniądze. Budżetuj wydatki. Ta zasada pozwoli Ci zapanować nad finansami – i przyda Ci się niezależnie od tego, czy żyjesz w dużym czy małym mieście. Analizując poniesione wcześniej koszty, możesz sporządzić listę potrzeb i zaplanować przyszłe wydatki. Dzięki temu do sklepu po zakupy pójdziesz nie tylko z konkretną listą zakupów, ale również z wyliczoną na ten cel kwotą.
Życie w wielkim mieście nie należy do tanich. Jednak trzymając się powyższych zasad i (chyba przede wszystkim) kierując rozsądkiem – będziesz w stanie ograniczyć niepotrzebne wydatki tak, aby żyć bardziej ekonomicznie.
Chcesz dopisać kolejną radę na ograniczenie kosztów życia w wielkim mieście? Zachęcam do komentowania 🙂
Jak wygląda Twoja praca marzeń? Zastanawiałeś się nad tym? Jeżeli pragniesz być gwiazdą filmową, programistą w Google lub prezydentem – tem wpis nie jest dla Ciebie. Jeżeli chcesz całymi danimi nic nie robić, leżeć brzuchem do góry na plaży – ten wpis również nie jest dla Ciebie. Jeżeli Twoja praca marzeń związana jest z podróżowaniem po świecie, poznawaniem nieznanych zakątków świata – ten wpis nie jest dla Ciebie.
Jeżeli jednak masz czasem ochotę rzucić wszystko, spakować się i wyjechać, daleko od pędzącego miasta, żyć skromniej i spokojniej – bez miliona maili, hipermarketów, porannego tłoku w metrze, do bajkowej krainy w której nie wszystko kręci się wokół pieniędzy, chcesz ciężko pracować i mieć z tego satysfakcję, żyć w cudownej społeczności – dobrze trafiłeś. Mam coś dla Ciebie. Pracę i obietnicę Fajnego Życia:
BEAUTIFUL ISLAND NEEDS PEOPLE.
We can’t give you big money, but we can give you an awesome life. Our business is busy from May to December, with slower months January to April, so you can enjoy our amazing winters. We have lots of good ideas and we want to continue to build on our accomplishments but we don’t have enough hands to help.”
Mowa o małym, kanadyjskim miasteczku, które „szuka rąk do pracy”, oferując w zamian życie wśród wspaniałej społęczności.
We are located in a little village called Whycocomagh, which can be found in the middle (the heart) of Cape Breton. It is an area surrounded by beautiful mountains and the shining Bras d’Or lake where kayaks and canoes outnumber motorboats.
We cannot offer you big money (wages in local small Cape Breton businesses are not high) but we can offer you a great incentive to come and try us out. One thing our business does have is LOTS of LAND.
If you decide this opportunity might fit your dreams and goals for a close to nature and community focused life, then we are willing to offer you 2 acres of woodland where you can immediately set up your tiny house or quaint cabin. Plus give you access to our farmland and other resources we have available.
Jezeli zainteresowało Cię ogłoszenie The Farmers Daughter, muszę Cię zmartwić – zgłoszenia nie są przyjmowane od osób z zagranicy. Dlaczego więc o tym piszę?
Bardzo mi się podoba wizja życia opisanego w ogłoszeniu. Jednak zamiast szukać Fajnego Życia w Kanadzie, zamierzam zorganizować je sobie tu na miejscu! I Tobie również to polecam. Warto powalczyć aby zbudować swoją Piękną Krainę.
Chciałabym abyś potraktował to ogłoszenie jako przykład, inspirację do działania, do zmiany. Zawsze możesz zacząć od nowa. W innym miejscu. Nigdy nie jest za późno aby podsumować wszystko, spakować się i żyć od nowa – inaczej.
Jak wygląda Twoja idealna praca? Podoba Ci się wizja życia którą pokazuje The Farmers Daughter? Napisz w komentarzu 🙂
Google właśnie sprawiło fajną niespodziankę wszystkim, którzy marzą o wizycie w Disneylandzie (Kalifornia, USA) i Disney World (Orlando, Floryda, USA). Dzięki Street View – usłudze panoramicznych widoków z poziomu ulicy, dostępnej w Google Maps i Google Earth – możemy odbyć podróż do tych wspaniałych miejsc, nie wychodząc z domu! Google daje nam teraz możliwość wirtualnego podróżowania do 11 parków Disneya:
We’re all about new fantastic points of view. Today Street View is going the distance, from California to Florida, to make Disney part of your world. Be our guest at 11 Disney Parks, and with Street View, anything your heart desires will come to you – castles, rides, attractions to infinity and beyond.
Parki Disneya, które można oglądać za pośrednictwem Street View:
Disneyland to marzenie każdego dziecka. Tak? A może to już „nie te czasy”? Moje dzieciaki z pewnością byłyby w siódmym niebie. Ja również. Może kiedyś?
Każdy z nas ma jakieś hobby. Być może jest to coś dużego i skomplikowanego jak fotografia uliczna, kolekcjonowanie rzadkich znaczków ze świata czy pisanie wierszy (a może tylko dla mnie to skomplikowane zajęcia?), albo coś znacznie prostszego – kolekcjonowanie śmiesznych obrazków znalezionych w internecie czy zbieranie cytatów motywacyjnych. Nie ważne jakie jest Twoje hobby – z pewnością jest ono wspaniałym materiałem na Twojego własnego bloga. Aby go założyć potrzebujesz tylko jednej dodatkowej rzeczy: strony www która stanie się właśnie Twoim blogiem.
Możesz ją założyć na dwa sposoby.
Pierwszym jest zbudowanie własnej strony www, na przykład w systemie WordPressie. Wiąże się to z zakupem hostingu, domeny, certyfikatu SSL, wyborem i konfiguracją skórki, dobrania pluginów i tak dalej i tak dalej. Lista jest dość długa i nie każdy zdecyduje się na taki wysiłek właśnie ze względu na skomplikowany proces tworzenia własnej, potężnej strony http://www. Darren Rowse, z serwisu ProBlogger, w następujący sposób opisuje proces tworzenia własnego bloga na bazie systemu WordPress:
Here on ProBlogger, we’ve always recommended self-hosted WordPress (aka WordPress.org) as the very best platform for blogging. And with good reason. Many of the world’s largest blogs and websites run on self-hosted WordPress. Thousands of plugins and themes are available – many for free, although there are lots of premium options too. And a self-hosted blog gives you full control and plenty of flexibility when you find the best blog hosting for you.
Jeżeli jednak jesteś osobą, która chce po prostu zacząć pisać i (przynajmniej na początku) nie zajmować się budowaniem potężnej strony www, wyborem usług hostingowych, certyfikatami, pluginami itd., możesz wybrać drugi sposób – jedną z przygotowanych specjalnie do blogowania usług.
You may just want a blog you can use as a personal diary or writing outlet. You may not have the budget for buying domain names and hosting. Even if you do, the thought of settin them up and installing WordPress may seem overwhelming. Sound like you? Then you may want to look at other options.
Darren na swoim blogu opisuje 5 serwisów, dzięki którym szybko i bez większego wysiłku uruchomisz własnego bloga. Jeżeli chcesz pisać, ale nie masz czasu, chęci, ochoty i siły na budowanie całęgo serwisu internetowego – te usługi są właśnie dla Ciebie.
Chciałbym dodać do listy Darrena jeszcze jeden ważny serwis. Stworzony do budowania blogów – i szczerze mówiąc, dziwię się, że Darren nie wziął go pod uwagę. Powinien być na szczycie listy!
Powstał w 2007 roku, 6 lat później został kupiony przez Yahoo. Tumblrjest jednym z najlepszych i najłatwiejszych sposobów aby rozpocząć przygodę z własnym blogiem bez zajmowania się sprawami jak hosting czy pluginy. Wchodzisz, rejestrujesz się, podajesz nazwę nowego bloga i właściwie możesz publikować. Jeżeli zechcesz, możesz zmodyfikować domyślny wygląd i sposób działania swojej strony. Możliwości konfiguracyjne są całkiem spore – ale nie przytłoczą początkującego blogera.
Serwis dostępny jest również w języku polskim, znika więc – dla niektórych nadal ciężka do przeskoczenia – bariera językowa. Po uruchomieniu bloga, otrzymujesz adres w domenie tumblr.com, jeżeli jednak zechcesz, możesz w przyszłości podłączyć własną domenę.
Warto również wspomnieć, że Tumblr – w odróżnieniu od większości serwisów opisywanych przez Darrena – jest w pełni darmowy!
Dużym plusem prowadzenia bloga na Tumblrze jest to, że posiada on również pewne funkcje serwisu społecznościowego. Możesz śledzić inne blogi z Tumblra, a z poziomu kokpitu przeglądać dodane do nich wpisy. Ciekawe posty z obserwowanych blogów możesz polubić lub udostępniać na swoim blogu. W ramach serwisu możesz również wysyłać i otrzymywać wiadomości od innych użytkowników a w sekcji Odkrywaj, znajdziesz inne, polecane przez Tumblra, blogi – wybrane na podstawie Twoich dotychczas przeglądanych treści.
Oczywiście serwis ma swoje ograniczenia, ale dla osoby, która chce prowadzić bloga i nie ma ochoty bawić się w domeny, pluginy, hostingi itd. – Tumblr jest jednym z najłatwiejszych i najlepszych rozwiązań. Sam również korzystałem kiedyś z Tumblra i przez długi czas właśnie w ten sposób prowadziłem bloga.
Może znasz inne serwisy o których warto wspomnieć początkującym blogerom? Podziel się nimi – najlepiej w komentarzu do tego wpisu 🙂
Dream Big & Learn Fast – to hasło wydawanego w USA od czerwca 2017 roku czasopisma dla wywodzących się z pokolenia Z (urodzonych po 2000 roku) przedsiębiorczych dzieciaków, zwanych już nawet „kidpreneurs” (od słowa „entrepreneur”, czyli przedsiębiorca). Czasopismo nazywa się Teen Boss! Nie, przepraszam – poprawna nazwa to Teen Bo$$!
Wow. W pierwszej chwili pomysł wydaje się lekko straszny – w końcu to jeszcze dzieci, tak? A okładki krzyczą tytułami „How to make money online right now!” i „25 ways to make $25 – it’s easier then you think” – czy tego chcemy je uczyć? Taka była moja pierwsza myśl, gdy zobaczyłem w Get Rich Slowly artykuł na temat Teen Bo$$!
Jednak po chwili zastanowienia, dochodzę do wniosku, że być może to dobry kierunek. Bardzo dobry – może nawet jedyny właściwy? Generacja Z to pokolenie dzisiejszych nastolatków. I to jest ich czas. Czas, kiedy decydują o swojej przyszłości. Podejmują decyzje, które będą miały wpływ na ich dalsze życie. Powoli wchodzą w dorosłe życie i mogą to zrobić lepiej albo gorzej. A Teen Bo$$! opowiada „How to build your brand beeing YOU!”, radzi „How to start a YouTube channel” i daje dobry przykład: „I used my babysitting money to launch a jewelry line”.
Może to właśnie jest odpowiednia forma? Taki nasz Michał Szafrański w wersji dla nastolatków, lekko przypudrowany złotem i dolarami (w ramach przynęty). Swoją drogą ciekawy jestem, jaki odsetek ludzi młodych, kilkunastoletnich, czyta popularne u nas blogi finansowe (choć ciężko je już takimi nazywać, ponieważ wykraczają mocno poza tematykę finansów) jak Michała „Jak oszczędzać pieniądze”, czy nawet Marcina Iwucia „Finanse bardzo osobiste”? Ilu nastolatków przeczyta książkę „Finansowy Ninja”? Strzelam, że u Michała ten odsetek może wyglądać trochę lepiej, jednak pewnie nie są to zbyt duże liczby – przeciwnie, pewnie jest udział jest minimalny. A szkoda. Wiem, że Teen Bo$$! to zupełnie inna kategoria niż blogi finansowe które wymieniłem, inny poziom. Ale może właśnie taka, bardziej zachęcająca dla nastolatków, forma ma większą szansę zdziałać coś dobrego w nabuzowanych głowach pokolenia Z?
Z drugiej jednak strony, gdy pomyślę sobie, że moje (całkiem niedługo) nastoletnie córki, zamiast Harrego Pottera przed snem będą czytały o: • Exclusive interview with 12-year-old Nickelodeon star Ella Anderson about launching her all-natural beauty line. • Exclusive interview with 13-year-old reality star JoJo Siwa discussing the launch of her bow collection at Claire’s. – sam nie wiem… Może tak musi być?
Jestem pewien, że sam pomysł na edukację nastolatków w zakresie przedsiębiorczości jest dobry. Ale granica pomiędzy „świetnym pomysłem” a „zdecydowanym przegięciem” jest bardzo cienka. Mam nadzieję, że wydawca, Bauer Media Group, jej nie przekroczy. Na stronie www widzę narazie 3 numery. Czy będzie to strzał w dziesiątkę? Pytanie też, czy dzieciaki z generacji Z będą chciały w ogóle czytać papierowe czasopismo…?
A Ty? Co myślisz na ten temat? Chciałbyś, aby Twoje dziecko czytało Teen Bo$$!?
Odkryłem je stosunkowo późno, raptem trzy lata temu. Jednak bardzo szybko zdobyły moje serducho. Z łatwością zastąpiły telewizję, radio, czasopisma i stały się dla mnie głównym źródłem wiedzy, inspiracji i rozrywki. Jeżeli miałbym wskazać rzecz, która w ciągu ostatnich lat miała największy wpływ na zmiany w moim życiu, to byłyby to właśnie podcasty. A każdy z nich to inna historia, inni ludzie, inne wartości. To pod wpływem Michała Szafrańskiego rozpocząłem swoją przygodę z blogiem. CGP Grey nauczył mnie jak być bardziej produktywnym. Marek Jankowski pokazał jak prowadzić firmę a od Mariusza Chrapkodowiedziałem się, że i ja chcę uruchomić swój własny podcast. Ariadna Wiczling pokazała, że wcale nie trzeba być idealnym aby być skutecznym a Marcin Iwuć przekonał, że warto kierować się pasją. Michał Śliwiński nauczył mnie konsekwencji, Dominik Juszczykpewności siebie, a Tim Ferris… on sprawił, że zasnąłem w czasie pracy przy komputerze 🙂 Każdej z tych osób chciałbym bardzo serdecznie podziękować – za to, że kiedyś zdecydowały się na rozpoczęcie swojego podcastu. Pewnie żadna z wymienionych osób nie przeczyta nigdy mojego wpisu – ale chciałbym, abyście wiedzieli, że to między innymi dzięki Wam jestem tu gdzie jestem.
Ale po kolei. Czym właściwie są podcasty? Jeżeli zaliczasz się do (niestety jeszcze dość szerokiego) grona osób, które tego nie wiedzą – czas jak najszybciej nadrobić zaległości!
Termin „podcast” został pierwszy raz użyty przez amerykańskiego dziennikarza Bena Hammersleya w 2004 roku. Pochodzi od dwóch słów: „iPod” – czyli odtwarzacza plików mp3 od Apple – oraz „broadcast”, co oznacza transmisję.
Podcasty to nowoczesne audycje radiowe – tylko fajniejsze, bo dostępne na żądanie. Oznacza to, że w odróżnieniu od radia, to Ty decydujesz czego i kiedy słuchać. Podcasty publikowane są w postaci odcinków. Znajdziemy je jako pliki audio, dostępne do pobrania ze stron www.
Początkowo, aby słuchać podcastów, musieliśmy co jakiś czas zaglądać na stronę www jego autora, i w momencie publikacji nowego odcinka – pobrać plik na dysk komputera, aby następnie ręcznie wgrać go do naszego odtwarzacza mp3 (lub odtwarzać bezpośrednio z komputera, co jednak nie było zbyt wygodnym rozwiązaniem). Taka forma nie sprzyjała rozwojowi podcastingu. Ciężko było znaleźć nowe tytuły, a i samo pobieranie ich, a potem kopiowanie do odtwarzaczy – było dość kłopotliwe. Zaczęły więc powstawać katalogi podcastów, które – poprzez grupowanie, kategoryzację i tworzenie list najlepszych z nich – znacznie ułatwiły odkrywanie i wyszukiwanie. Najpopularniejszym z takich zbiorów jest, stworzony przez Apple, katalog podcastów iTunes – znajdziesz tam każdy liczący się podcast. Apple jest bezsprzecznym liderem w tej kategorii i nic nie wskazuje na to, aby ta sytuacja miała ulec zmianie. Apple przyłożyło też swoją rękę do tego, aby to smartfony stały się najczęściej wykorzystywanym do słuchania podcastów urządzeniem. Nie oznacza to jednak, że aby słuchać podcastów i odkrywać nowe audycje musisz mieć iPhone’a. Przeciwnie. Apple stworzył katalog, ale dostęp do niego mamy zarówno z komputera, jak i każdego smartfona – poprzez aplikacje do wyszukiwania i odtwarzania podcastów, które mają możliwość wyszukiwania w katalogu iTunes. Dzięki smartfonom podcastów możemy słuchać wszędzie – w drodze do pracy, podczas sprzątania, zmywania, podróży na wakacje, czy uprawiania sportu. Zakładamy słuchawki, uruchamiamy aplikację – i gotowe.
W sklepach App Store i Google Play Store dostępnych jest wiele aplikacji umożliwiających słuchanie podcastów. Kilka najpopularniejszych: Overcast (iOS), Castro 2 (iOS) czy Pocket Casts(iOS oraz Android). Ja używam tej ostatniej. Nie jest ona bezpłatna, ale według mnie zdecydowanie najlepsza. Jeżeli nie chcesz na początku wydawać pieniędzy, możesz skorzystać z jednej w wielu bezpłatnych opcji. Na przykład Apple udostępnia swoją, całkiem dobrą, bezpłatną aplikację – Podcasty. Jeżeli jesteś posiadaczem iPhone’a, możesz zacząć właśnie od niej. Jeżeli używasz smartfona z Androidem – wypróbuj bezpłatną aplikację Podcast Addict. Wspomniany na początku Overcast jest również w wersji bezpłatnej, ale za to z ograniczonymi funkcjami i reklamami.
Jeżeli znasz inne ciekawe aplikacje do zarządzania i odtwarzania podcastów – zostaw mi informację w komentarzu, z chęcią uzupełnię ten wpis o nowe, warte uwagi pozycje.
Gdy zaczynałem tworzyć niniejszy tekst, na mojej półce z podcastami było 37 tytułów. W tym momencie, gdy kończę – mam ich 46. Liczba ta dynamicznie się zmienia. Często szukam nowych tytułów, co jakiś czas rezygnuję też z tych, które już mnie interesują. Zdecydowana większość pozycji to audycje, z których mogę nauczyć się czegoś nowego. Są podcasty, których z uwagą przesłuchuję każdy odcinek, ale są też takie, z których na 10 odcinków wybieram co najwyżej jeden czy dwa.
Słowo „rozwój” najlepiej łączy wszystkie okładki na mojej liście. Jednak ten wpis miał skupiać się na słowie „relaks” i właśnie pod tym kątem wybrałem kilka godnych polecenia tytułów. Zachęcam Cię do przesłuchania każdego z nich – być może znajdziesz coś dla siebie.
Yes Was Podcast
Jestem fanem nowych technologii i słuchanie ciekawych rozmów na ten temat, wpisuje się u mnie idealnie w kategorię „rozrywka i relaks”. A pierwszym podcastem w tej kategorii jest Yes Was Podcast. Niech Was nie zmyli angielska nazwa – audycja jest po polsku 🙂 Zgodnie z opisem autorów, podcast ten należy do „technologiczno–publicystyczno–śmieszkowych” i po przesłuchaniu kilku odcinków – trudno się z tym nie zgodzić. Paweł Orzech i Wojtek Wiejak – którzy prowadzą Yes Was Podcast, „spotykają się” (wirtualnie) raz w tygodniu, aby porozmawiać o swoich przygodach z technologią – czasem pomarudzą, czasem coś podpowiedzą, ale zawsze rozśmieszą. Chłopaków odnalazłem mniej więcej rok temu. Początkowo „nie było szału” – luźna rozmowa na temat kilku nowinek technicznych, wydarzeń ze świata technologii oraz gier (o zgrozo, nie lubię…). Ale z czasem na tyle przyzwyczaiłem się do cotygodniowych spotkań z chłopakami, że Yes Was Podcast stał się jednym z moich ulubionych. Panowie czasem mijają się z prawdą, a dobór opisywanych wydarzeń nie zawsze jest taki, jak bym sobie wymarzył. Jednak wszystko opakowane jest w na tyle fajną i luźną formę, że nie mógłbym rozpocząć mojej listy polecanych podcastów od innego.
Każdy odcinek ukazuje się w nocy z wtorku na środę – chłopaki zazwyczaj są bardzo sumienni w tej kwestii i chwała im za to! Dzięki temu Yes Was Podcast co tydzień uprzyjemnia mi środowe śniadania.
Connected
Znowu będzie o nowych technologiach, tym razem jednak trochę bliżej świata Apple – czyli jakby nie patrzeć, tego, który mnie najbardziej interesuje.
Connected jest jednym z popularniejszych podcastów z grupy Relay.fm. Chyba mogę powiedzieć, że podcast ten jest angielskim odpowiednikiem Yes Was Podcastu (a może odwrotnie?). Connected prowadzą 3 osoby – Federico Viticci, Myke Hurley i Stephen Hackett, a tematem przewodnim są nowości ze świata Apple – choć Panowie starają się opisywać również wszystkie inne wydarzenia istotne na rynku urządzeń mobilnych i nowych technologii. Jest to swego rodzaju przegląd nowości. Istotną różnicą w stosunku do Yes Was Podcast jest to, że trio z Connected jest bardzo kompleksowe w zbieraniu tematów – chłopaki omawiają wszystko, co dzieje na rynku a ich opinie są przemyślane, merytoryczne i z reguły bardzo wyczerpujące – plus często ozdobione dawką specyficznego humoru 🙂 Nie bez znaczenia jest też dla mnie fakt, że zarówno Federico, jak i Myke są osobami, które na co dzień, zamiast na tradycyjnych komputerach, pracują na iPad’ach – ich historie są często dla mnie inspiracją do usprawniania mojego systemu pracy na iPadzie. Connected to nie tylko wspaniała rozrywka, ale i newsy ze świata urządzeń mobilnych. Jeżeli te tematy Cię interesują, to Connected szybko stanie się dla Ciebie cotygodniową „lekturą” obowiązkową. A wtedy warto zerknąć na pozostałe pozycje z „rodziny” Relay.fm.
This Is Your Life
Lubicie stare amerykańskie filmy? Ja się na nich wychowałem. A słuchanie podcastu This Is Your Life jest jak oglądanie starego, dobrego amerykańskiego filmu. Rambo i Terminator wsród podcastów 🙂
Audycja Michaela Hyatt’a była jedną z pierwszych, jakie trafiły na moją półkę. I szybko stała się pozycją, po którą sięgam, gdy szukam jednocześnie relaksu, nowych pomysłów i wiedzy. Bo takim właśnie połączeniem jest dla mnie This Is Your Life. Podcast od jakiegoś czasu nie jest już kontynuowany, Michael zastąpił go innym – Lead to Win, który ze względu na swoją formę – jest wspaniałym źródłem wiedzy, ale nie jest już tak dobrą rozrywką. Na szczęście baza kilkuset odcinków dostępnych w katalogu iTunes ciągle pozwala mi czerpać przyjemność z tego podcastu.
Michael ma bardzo specyficzny głos, pełen spokoju i ciepła, co – poza czerpaniem ogromnej ilości wiedzy – pozwala mi się również odprężyć. Tematyka jaką porusza – rozwój osobisty – jest mi szczególnie bliska. A podana w tak fajny, naturalny i praktyczny sposób, sprawia, że co chwila sięgam do katalogu po kolejny odcinek.
Jeżeli zdecydujesz się na This Is Your Life, warto abyś zaczął od pierwszych odcinków. Tych, w których Michael zaczynał. Opowiada w nich o swoich niepewnych początkach – i fajnie zestawia się to z odcinkami, które nagrywał kilka lat później. Bardzo inspirujący i odprężający podcast przez który przewija się wiele różnych tematów. Dostępny jest w języku angielskim, więc dodatkowym atutem jest fakt, że mogę szlifować język 🙂
5 AM Miracle
Podcast prowadzony przez Jeffa Sanders, który opowiada, „jak zdominować swój dzień przed śniadaniem”. 5 AM Miarcle należy u mnie do grupy tych, których słucham tylko wybrane odcinki – w zależności od tematu. Na przykład wywiady z udziałem Jeff’a – totalnie nie przypadły mi do gustu.
Porządkowanie swojego dnia o poranku jest mi bardzo bliskie – główna idea podcastu wspaniale więc wpisuje się w moje życie. I, pomimo faktu, że wstaję dużo wcześniej niż o 5 rano, bardzo lubię słuchać audycji 5 AM Miracle o poranku.
Lepiej Teraz
Lepiej Teraz podcast prowadzony przez Rafała Budnickiego. I tak naprawdę ciężko jest mi powiedzieć jedno zdanie, które dobrze opisze całą jego tematykę. Przytoczę za to słowa samego autora:
Zmień swoje życie na lepsze. Już teraz! Tak jak robią to goście Podcastu Lepiej Teraz.
Opis ten najlepiej pokazuje jak szeroką tematykę wziął na swoje barki Rafał. W podcaście znajdziemy tematy takie jak minimalizm, zarządzanie sobą, czasem, ale i media społecznościowe, marketing i rozwój biznesu.
Z tego względu, nie każdy odcinek trafia do mojej listy odtwarzania. Wybieram jedynie interesujące mnie tematy. Mimo wszystko lubię słuchać Rafała i traktuję jego podcast jako fajną rozrywkę i sposób na odprężenie. Kiedy mam groszy dzień, sięgam po kolejny odcinek, który ustawia mnie na odpowiednie tory.
Personal Best
Na koniec najmłodszy z podcastów na mojej półce – w dniu kończenia tego wpisu, dostępnych jest 6 odcinków a ja przesłuchałem dopiero z nich. Wydawana przez kanadyjską sieć CBC audycja Personal Best, jest jednocześnie najlepiej technicznie zrobionym podcastem jaki słucham. I z pewnością jest to jeden z powodów, dla których tak bardzo go lubię. Każdy odcinek to historia innej osoby, która – bez względu na ograniczenia – stara się być najlepszą wersją siebie. Tematyka rozwoju osobistego jest mi bardzo bliska – już o tym wspominałem – a jeżeli ubrania jest w tak przyjemną dla ucha formę… nie mogłem nie polubić 🙂
Wymieniam sześć tytułów z bazy kilkudziesięciu, które znajdują się na mojej półce. Nie znaczy to jednak, że właśnie te są moimi ulubionymi. Ale z pewnością pomagają mi zrelaksować się i odprężyć. Każdy z nich sprawia, że mogę wykorzystać iPhona do poprawy nastroju, pozbycia się stresu, czy zmiany negatywnego nastawiania. Jedne wywołują u mnie śmiech, inne zachwyt. Niektóre z nich tworzone są przez pojedyncze osoby, przy innych pracuje cały sztab ludzi. Każdy z pewnością warty jest czasu, który mu poświęcam. A przecież opowiedziałem tylko o tych podcastach, których słucham dla rozrywki – pozostałe z mojej półki mają zupełnie inny cel. Są dla mnie najlepszymi studiami, kursem i skarbnicą wiedzy – z każdej dziedziny życia. Uczą jak pracować, jak rano wstać, być zdrowszym, silniejszym, bardziej wysportowanym…
Gdy więc następnym razem usiądziesz na kanapie, weźmiesz do ręki pilota od telewizora – zastanów się, czy nie warto spróbować czegoś innego. Być może zakochasz się w podcastach tak jak ja.
Robert Lewandowski mądrze gra. Nie tylko w piłkę. Na portalu MamBiznes możemy przeczytać, że…
Kapitan polskiej reprezentacji odnosi sukcesy nie tylko na boisku, ale również w biznesie. Zarobione pieniądze na murawie inwestuje w przedsięwzięcia z różnych branż. Piłkarska gwiazda ma w swoim portfelu firmy działające na rynku nieruchomości, medycyny, gastronomii, mediów, ale także fundusz inwestujący w start-upy.
Bardzo fajna, godna naśladowania postawa. Wielu „kolegów” Roberta – o czym dość często słyszymy – co chwilę rozbija na drogach kolejne luksusowe auta, kupuje coraz to nowsze, większe, kilkudziesięcio-pokojowe pałace, zakładając na każde drzwi złotą klamkę – ale nie on. Robert krok po kroku buduje swoją sportową emeryturę, która, z racji wykonywanego zawodu, nie jest przecież wcale tak odległa. Szuka coraz nowszych pomysłów w które może zainwestować. To rozsądne dla kogoś kto jest na szczycie. Szczególnie, gdy każdego dnia, podczas każdego meczu, istnieje ryzyko kontuzji która w mgnieniu oka może zakończyć sportowa karierę.
Zwróciła jednak moją uwagę pewna rzecz – Robert inwestuje w przedsięwzięcia wymagające mocnych nerwów, które zazwyczaj obarczone są pewnym ryzykiem. Fundusz VC, inwestujący w startupy o podwyższonym ryzyku, agencja marketingowa, firma deweloperska, dom mediowy, klinika dla sportowców, restauracja.. szeroki wachlarz niezbyt spokojnych biznesów. Być może taka już ryzykowna natura Roberta, co jak wiemy sprawdza się na boisku 🙂 I oby poza nim było podobnie.
Trzymam kciuki i życzę powodzenia w każdym z przedsięwzięć!
Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o pozaboiskowych biznesach Roberta Lewandowskiego, odsyłam do artykułu MamBiznes
Cenię prywatność użytkowników
Używam plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie.
Kliknięcie przycisku „Akceptuj wszystkie" oznacza zgodę na wykorzystywanie przeze mnie plików cookie.
Dostosuj preferencje dotyczące zgody
Niezbędny
Zawsze aktywne
Niezbędne pliki cookie mają kluczowe znaczenie dla podstawowych funkcji witryny i witryna nie będzie działać w zamierzony sposób bez nich. Te pliki cookie nie przechowują żadnych danych umożliwiających identyfikację osoby.
Funkcjonalny
Funkcjonalne pliki cookie pomagają wykonywać pewne funkcje, takie jak udostępnianie zawartości witryny na platformach mediów społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcje stron trzecich.
Analityka
Analityczne pliki cookie służą do zrozumienia, w jaki sposób użytkownicy wchodzą w interakcję z witryną. Te pliki cookie pomagają dostarczać informacje o metrykach liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.
Wydajność
Wydajnościowe pliki cookie służą do zrozumienia i analizy kluczowych wskaźników wydajności witryny, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia użytkownika dla odwiedzających.
Reklama
Reklamowe pliki cookie służą do dostarczania odwiedzającym odpowiednich reklam i kampanii marketingowych. Te pliki cookie śledzą odwiedzających w witrynach i zbierają informacje w celu dostarczania spersonalizowanych reklam.