Opowiadałem ostatnio, jak zamieniłem stary czytnik ebooków na Kindle’a (nareszcie!). Jestem bardzo zadowolony z tej decyzji, Amazon zrobił kawał dobrej roboty wokół swojego czytnika i z pewnością nie zamieniłbym go na żaden inny (chyba, że na lepszą wersję Kindle’a).
Widzę jednak, że i konkurencyjne rozwiązania stoją na bardzo wysokim poziomie, w niektórych kwestiach zostawiając Amazona w tyle. Trafiłem ostatnio na blogu eCzytelnik na dwuczęściową recenzję czytnika PocketBook Touch HD 2 i powiem szczerze, że byłem w szoku dowiadując się, ile rzeczy producent wpakował do tego urządzenia.
Wchodząc w menu główne czytnika, mamy do dyspozycji aż szesnaście różnych opcji do wyboru. Dotyczą one zarówno czytania, jak i zarządzania posiadanymi w pamięci plikami, ale nie zabrakło również funkcji odpowiedzialnych za zwiększenie możliwości relaksu użytkownika w przerwie od czytania.
Nie do końca przekonuje mnie stylistyka urządzenia i dobór funkcji. Już sam wygląd lekko odstrasza (choć muszę przyznać, że nie miałem okazji trzymać go w ręku – bazuję jedynie na zdjęciach). Zdecydowanie nie idzie on w parze z minimalistycznym podejściem za który tak cenię urządzenia Apple i Amazon. Myślę też, że w przypadku czytników nie ma sensu ścigać się z tabletami – a PocketBook HD2 momentami do tego aspiruje. Całkiem niepotrzebnie. Czytnik powinien być czytnikiem. Dodawanie gier, kalkulatora, galerii, integracji z Dropboxem – chyba za dużo rzeczy odciągających od czytania? A „możliwości relaksu użytkownika w przerwie od czytania” – czy to dobry pomysł? 🙂
Mimo wszystko PocketBook Touch HD 2 to bardzo ciekawe urządzenie i warto przeczytać recenzję Krzysztofa Zemczaka. Niech zachęci Was jej podsumowanie:
Śmiało mogę stwierdzić, że PocketBook Touch HD 2 to najprzyjemniejszy czytnik, który miałem okazję dotychczas trzymać w swoich rękach. Widać duży przeskok w jakości wykonania, w porównaniu z flagowym Touch Lux 3. Mówiąc o wygodzie czytania, funkcja SMARTlight jest niezastąpiona przy czytaniu w nocy, a wysoka rozdzielczość ekranu wyświetla tekst bardzo wyraźnie, co jest przyjemne również w przypadku przeglądania grafik. Funkcjonalności wszelkiej maści nie brakuje, choć nie mam odczucia jakiegoś przesadzania w tej kwestii. Każdy może znaleźć coś dla siebie, a większość z nich i tak związana jest z polepszeniem jakości naszego czytania. Zważywszy, że te funkcje występują również we wcześniejszych modelach producenta. Ode mnie solidna piąteczka.
Czytanie jest domeną ludzkości. Rozrywką i wiedzą. Przyjemnością. Zaniedbaną i niedocenianą?
Jak wynika z raportu Biblioteki Narodowej, stan czytelnictwa w Polsce z roku na rok, jest na coraz niższym, coraz bardziej żenującym poziomie. Na początku wieku, ponad połowa z nas czytała więcej niż jedną książkę rocznie, a prawie jedna czwarta – nie mniej niż siedem. Dzisiaj niewiele ponad 1/3 Polaków w ciągu całego roku sięga po jedną książkę, tylko co dziesiąty z nas przeczyta ich 7 lub więcej. (AKTUALIZACJA: na stronie Biblioteki Narodowej ukazała się zapowiedź raportu dotyczącego czytelnictwa w 2017 roku. Dane są bardzo podobne do tych z przed roku. Pełny raport dostępny będzie w maju 2108 roku.)
Z drugiej strony, pomimo słabych wyników czytelnictwa, rynek wydawniczy w Polsce rozwija się w całkiem nieźle. Jeszcze 15 lat temu, liczba wydawanych rocznie tytułów była na poziomie ok. 20 tys., dzisiaj jest to już prawie 35 tys. Gdzie więc leży problem?
Arnaud Nourry, CEO Hachette Live Group – jednego z największych wydawnictw we Francji – w wywiadzie dla portalu scroll.in stwierdził, że przyczyną słabego poziomu czytelnictwa oraz wszelkich problemów branży wydawniczej są ebooki. Według niego są one niezbyt udanym produktem ukazującym wręcz nieudolność wydawnictw, które nie potrafiły wykorzystać początków cyfrowej ery. Nourry uważa, że tanie ebooki są powodem problemów rynku wydawniczego i zabijają nie tylko infrastrukturę wydawniczą, ale także księgarnie, supermarkety oraz przychody autorów. Co więcej – Nourry twierdzi, że większość czytelników nie przekona się do elektronicznych książek.
Ebook to głupi produkt. To dokładnie to samo, co papier, tylko elektroniczny. Nie ma w nim nic kreatywnego, ulepszonego i brakuje mu rzeczywistego cyfrowego doświadczenia. Jako wydawcy, nie spisaliśmy się dobrze. Próbowaliśmy ulepszonych ebooków – nie zadziałało. Próbowaliśmy aplikacji, witryn z treścią – odnieśliśmy może ze dwa sukcesy, pośród setek porażek. Mówię o całej branży. Nie udało nam się. (…) Wydawcy i redaktorzy przyzwyczajeni są do tworzenia projektów na płaskiej stronie. Nie znają potencjału technologii 3D i formatów cyfrowych.
W opozycyjny sposób podchodzi do tematu Krzysztof Zemczak, z portalu eCzytelnik – jego komentarz jest z pewnością warty uwagi:
Wyczuwam tutaj małe kombinacje i próby ulepszenia czegoś, co działa dobrze, w sposób, który nie interesuje aktualnych eCzytelników – czy chodzi tutaj o przegapienie swojej szansy? (…) Książki elektroniczne mają więcej zalet, niż Nourry’emu się wydaje. I właśnie ebooki w takiej formie, z jaką obcujemy w dniu dzisiejszym, ludzi do nich przekonuje i dlatego możemy mówić o chociaż tych 20% rynku książki na zachodzie, a nie 2%. (…)
O eCzytelnictwie jest coraz głośniej, a rynek ebooków wciąż się rozwija. Ludzie coraz chętniej czytają w tej formie, zatem nie możemy mówić o stagnacji lub o spadku jej popularności.
Kto ma rację? W całym „sporze” to chyba właśnie Krzysztof jest bliżej prawdy, choć sprawa dotyczy chyba trochę szerszego podwórka, niż tylko ebooki.
Czas pędzi do przodu, pojawiają się nowe technologie a my nie przestajemy czytać. Zmieniają się jedynie narzędzia, które nam to umożliwiają. Dzisiaj książka ciągle jeszcze wielu kojarzy się z papierowym przedmiotem, który po przeczytaniu odkładamy na drewnianą półkę w domu. Inni mają już na myśli ebooki czytane na plastikowych czytnikach. Ja idę dalej. Czytamy przecież cały czas. Artykuły w przeglądarce internetowej, aplikacji na smartfonie, dokumenty na tablecie, czy ebooki na czytniku. Artykuły na stronach www potrafią sięgać wielu tysięcy znaków i słów. Czym taka treść różni się zatem od książki? Stylem? Poziomem? Oprawą…? A jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że każdy artykuł w internecie możemy przerobić we własnym zakresiena ebooka, którego bez problemu prześlemy na czytnik elektroniczny – to mamy już do czynienia z książką czy jeszcze nie? Czytając taki artykuł podwyższamy czy obniżamy poziom czytelnictwa w naszym kraju? A jeżeli autor ze swojego długiego artykułu sam wykona ebooka i udostępni go czytelnikom? Gdzie dzisiaj, w dobie internetu, leży granica pomiędzy książką a artykułem? Czy obszerne recenzje nowych wersji systemu IOS, które co roku przygotowuje Federico Viticci, nazwiemy artykułami czy już książkami? Artykuł ten (ponieważ jest publikowany w internecie, na stronie www – więc artykuł, tak?) ma okładkę, rozdziały, spis treści, jest dłuższy niż niejedna książka, dopracowany, wielokrotnie sprawdzony, poddany szczegółowej korekcie, na bardzo dobrym poziomie stylistycznym, mocno merytoryczny. Czy taką pozycję zaliczymy już do książek? Co odróżnia książkę od artykułu? Numer ISBN?
Moje myślenie na temat książek i czytania już dawno uległo zmianie. Od lat nie przeczytałem papierowej książki czy drukowanego artykułu np. w czasopiśmie – choć sam na co dzień zajmuję się projektowaniem książek i czasopism. Nie znaczy, że nie czytam, przeciwnie… Zmieniłem jednak nośnik tekstu.
Doskonale pamiętam pierwszą książkę, którą przeczytałem na telefonie komórkowym. Urządzenie to nie nazywało się jeszcze nawet smartphone’em – bo i niewiele miało z nim wspólnego. Książką był Folwark Zwierzęcy a urządzeniem – Siemens S55. Było to jeszcze długo przed erą elektronicznych czytników. Amazon dopiero kilka lat później zaprezentował pierwszego Kindle’a. W tamtym czasie Siemens S55 był szczytem techniki. Proste aplikacje napisane w języku Java, kolorowy wyświetlacz, pojemna na ówczesne czasy pamięć, oszałamiające dzwonki… byłem zachwycony. Szukałem dla niego coraz to nowszych zastosowań. Jednym z nich okazało się… właśnie czytanie książek.
Czytałem na tym niewielkim urządzeniu podczas codziennych podróży pociągiem. W tamtym czasie wydawało mi się to bardzo wygodne – zamiast papierowej, sporych rozmiarów książki, mogłem trzymać jedynie malutki telefon. Nie straszny był mi tłok, miejsce stojące, czy brak oświetlenia w pociągu. Nie przeszkadzało mi, że malutki ekran Siemensa, mieścił nie więcej niż jedno krótkie zdanie. Byłem tak podekscytowany faktem, że mogę wykorzystać telefon komórkowy do czytania książki, że nie widziałem żadnych minusów tego rozwiązania. Musisz wiedzieć, że były to czasy, gdy praktycznie nikt nie gapił się jeszcze całymi godzinami w telefon, jak ma to miejsce dzisiaj. Nie było powodu ani sensu. Internet w telefonie właściwie nie istniał, nie było jeszcze multimedialnych urządzeń, filmów online. Telefony nie miały nawet aparatów do robienia zdjęć. Wyobraź więc sobie miny ludzi którzy, nieprzyzwyczajeni do takiego widoku, obserwowali mnie i dziwili się po co przez godzinną podróż pociągiem wpatruję się z wypiekami na twarzy w mały ekran telefonu. A ja byłem akurat myślami na zebraniu, wśród buntujących się zwierząt lub uciekałem przed kolejną zjawą, jaką wymyślił mi Stephen King (jak ja uwielbiałem jego książki!).
Minęło wiele lat, a ja do dzisiaj nie mogę się nadziwić jak to się stało, że byłem w stanie przeczytać cokolwiek na tak mikroskopijnym ekranie. Mimo wszystko zapamiętałem, że było to doświadczenie bardzo pozytywne. Czasy się jednak zmieniły. Dzisiaj widok osoby czytającej książkę czy nawet przeglądające strony www z komórki jest całkiem normalny. Możemy się z tym nie zgadzać, sprzeciwiać się i walczyć. Albo sami wykorzystać fakt, że nosimy w kieszeni, właściwie nieograniczoną niczym, skarbnicę wiedzy.
Czytanie może nastawiać Cię pozytywnie każdego dnia, gdy jedziesz do pracy, pozwoli też obniżyć poziom stresu po całym dniu, gdy z niej wracasz. I możesz wykorzystać do tego smartfona. Zobacz jak ja to robię.
Kindle
Ten wpis powstaje w ciekawym dla mnie momencie – otóż dwa miesiące temu kupiłem swojego pierwszego Kindle’a i powoli wsiąkam w jego świat. Do tej pory używałem, kupionego przed laty w Empiku, czytnika Trekstor i w pełni zaspokajał on moje potrzeby. Poza wyświetlaniem tekstu nie miał zbyt wielu funkcji, spełniał jednak swoje podstawowe zadanie. Używałem go w połączeniu z Calibre, bardzo fajną aplikacją do zarządzania biblioteką ebooków dla Maca. Calibre ma jedną, wspaniałą funkcję, której bardzo często używałem – zerkała co kilka dni na moją wirtualną półkę z artykułami w Instapaper (więcej o tym a chwilę), pobierała z niej wszystkie nowe artykuły, konwertowała do formatu ebook i wrzucała na czytnik. WSPANIAŁE!
Pewnie nie zdecydowałbym się na zmianę, gdyby nie fakt, że Trestorek zaczął mnie niepokojąco często straszyć komunikatem „bateria rozładowana”. I gdy pewnego razu wyłączył mi się w środku bardzo ciekawego rozdziału książki, mocno wkurzony wygarnąłem mu co myślę o takim traktowaniu i musieliśmy się pożegnać. Wszedłem na Amazona i… nastała era Kindle’a.
Mój wpis dotyczy czytania na smartfonie, więc możesz zastanawiać się co ma z tym wspólnego fizyczny czytnik? Odpowiedź jest jedna: Kindle. I nie mam na myśli czytnika, ale całą usługę, którą wraz z nim udostępnia Amazon. Kindle to coś o wiele więcej niż tylko czytnik – to również aplikacje na komputery, tablety, smartfony, jak i chmura Amazon’a, która pozwala synchronizować i czytać te same treści na każdym z naszych urządzeń. Dodane do biblioteki książki synchronizują się pomiędzy urządzeniami. Mam więc zawsze przy sobie całą moją biblioteczkę.
Synchronizacji podlega również postęp w czytaniu, czyli kończąc książkę na danej stronie na czytniku, mogę chwycić iPhone’a, odpalić aplikację Kindle i czytać dalej. Bardzo wygodne rozwiązanie. Nie zawsze mam pod ręką plastikowego Kindle’a – a zdarza się, że muszę chwilę postać w kolejce w sklepie czy poczekać na mrozie na autobus. Mam nie więcej niż 10 minut – wyciągam smartfona i czytam. Gdy wieczorem chwycę Kindle’a, będę mógł kontynuować czytanie od miejsca, w którym skończyłem na iPhonie.
Kindle, pozornie prosta aplikacja do czytania, to potężny kombajn napakowany przeróżnymi funkcjami. Wystarczy wspomnieć, że zarówno czytniki, jak i smartfonowe aplikacje, zintegrowane są z Goodreads – siecią społecznościową dla czytających książki, którą Amazon kupił w 2013 roku – oraz z Audible – serwisem do zakupu i słuchania audiobooków oczywiście również od Amazon’a. Chmura Kindle synchronizuje notatki i wycinki tekstu pomiędzy zarejstrowałem urządzeniami – dzięki temu mogę w wygodny sposób na komputerze odczytać zapisane w smartfonie czy czytniku notatki i wycinki książek. Aplikacja oferuje możliwość tworzenia kolekcji, czyli wirtualnych półek do grupowania książek i dokumentów.
Kindle w wersji smartfonowej daje nam dostęp do wszystkich tych funkcji już od samego początku – ponieważ aby używać aplikacji, trzeba zalogować się do swojego konta Amazon. Aby jednak korzystać z tych samych dobrodziejstw na czytniku, musimy zarejestrować go w serwisie Amazon. Bez rejestracji, będzie on pełnił jedynie funkcję zwykłego czytnika – bez możliwości synchronizacji czy dodatkowych integracji. Po instrukcję rejestracji Kindle’a odsyłam do bloga eCzytelnik.
Za pośrednictwem fizycznego Kindle’a, możemy też kupić nowe książki w sklepie Amazona. Każda zakupiona książka (zarówno przez czytnik, jak i stronę Amazona), wyląduje od razu na wszystkich naszych urządzeniach.
Na koniec zostawiłem jeszcze jedną, najciekawszą chyba funkcję, wisienkę na torcie. Amazon każdemu swojemu użytkownikowi udostępnia dedykowany adres e-mail w domenie kindle.com. Przesyłając na niego dowolnego ebooka, dodamy go automatycznie do naszej biblioteki Kindle i umieścimy w ten sposób na wszystkich zarejestrowanych urządzeniach. Nie musimy więc podłączać czytnika do komputera – zakupionego w dowolnym sklepie ebooka, bez problemu wyślemy mailem zarówno na czytnik, jak i do smartfona. Ale to nie koniec! Poza typowym ebookiem, na ten dedykowany adres e-mail, możemy również wysłać inne dokumenty: PDF, DOC czy HTML. Zostaną one przekonwertowane przez serwery Amazona do odpowiedniego formatu i również dodane do biblioteki! Wspaniała funkcja, która daje szereg nowych możliwości wykorzystania czytników. Aby jej używać, w ustawieniach konta Amazon musimy podać wszystkie nasze adresy e-mail, z których chcemy przesyłać książki na urządzenia (dzięki temu nikt obcy nie zacznie nam wysyłać reklam do naszej półki z książkami ☺️ ).
Aplikacja Kindle dostępna jest na urządzenia z iOS oraz z Androidem.
Instapaper
Internet to kopalnia wiedzy. I największy na świecie bank treści. Lepszych i gorszych. Trafiamy na nie każdego dnia, przeglądamy setki stron a na każdej kolejnej spędzamy coraz mniej czasu. W pociągu, autobusie, w drodze do pracy czy przerwie na lunch. Ciągle w biegu. Nawet gdy trafimy na wartościowy artykuł – najczęściej nie mamy czasu, aby go w danym momencie przeczytać. Z pomocą przychodzi Instapaper, który – w największym skrócie – jest aplikacją pozwalającą na odkładanie do przeczytania na później znalezionych w internecie artykułów. O ile Kindle jest moim wyborem w przypadku książek, Instapaper to miejsce do którego trafia każdy warty mojej uwagi artykuł.
W momencie, gdy dodam do Instapaper link www, pobierana jest z niego treść artykułu strony i zapisywana w aplikacji. Znikają reklamy, paski menu, banery i różne inne rozpraszające elementy stron www. Instapaper wyciąga i podaje czystą esencję. Zamiast kolorowej strony www, dostaję ładnie ułożony tekst na odpowiednim tle (białym, lekko żółtawym, szarym lub czarnym – w zależności od wybranego motywu).
Wygląd tekstów można dostosować zmieniając rodzaj czcionki, jej wielkość, odstępy pomiędzy wierszami i szerokość tekstu. To tak, jakbyśmy projektowali własną, idealną książkę z artykułami.
Dodawanie treści do Instapaper jest niezwykle proste. Gdy natrafię w internecie na ciekawy artykuł, niezależnie od tego, czy będzie to na smartfonie, tablecie czy komputerze, klikam ikonę udostępnienia i wybieram Instapaper. To wszystko. Artykuł po chwili czeka w aplikacji, w wygodnej do czytania formie. Instapaper jest moim centrum i bazą treści. Trafia do niego wszystko, co wymaga dłuższego niż minutę czytania. Dodaję tam artykuły znalezione na stronach www, Twitterze, Facebooku czy dłuższe newslettery (takie, które mogę otworzyć w przeglądarce internetowej). Dodane treści można grupować w katalogi, oznaczać jako ulubione oraz udostępniać dalej – na przykład znajomym. Usługa zintegrowana jest również z usługą IFTTT i dzięki temu możliwe jest wykonywanie pewnych automatycznych zadań. Ja mam ma przykład ustawione, aby każdy dodany do Instapaper artykuł, pojawiał się automatycznie również w moim dzienniku Społecznościowym w Day One, a gdy oznaczę artykuł jako ulubiony, link do niego zostanie dodany do mojej listy zadań w Things – dzięki temu mogę oznaczać dla siebie treści, do których chcę później wrócić na komputerze.
Archiwum przeczytanych artykułów jest dodatkowym atutem. Jeżeli będę w przyszłości chciał odnaleźć konkretny artykuł, wiem gdzie szukać.
Wszystkie artykuły w Instapaper są oczywiście synchronizowane. Mogę więc czytać na iPhonie, iPadzie oraz na komputerze, za pośrednictwem strony www.
Instapaper jest aplikacją bezpłatną, dostępną zarówno na telefony z iOS, jak i z Androidem.
Prowadzenie dziennika w komórce jest wspaniałym przykładem wykorzystania smartfona do pozbycia się stresu, ostudzenia emocji oraz podsumowania i zamknięcia dnia, tygodnia lub innego, dłuższego okresu w życiu. Idealnie sprawdza się w planowaniu nowego roku, śledzeniu stanu swojego zdrowia czy postępów w odchudzaniu. Sklepy AppStore i Google Play Store oferują cały szereg aplikacji które to umożliwiają, a ja dzisiaj opisze najlepszą z nich – Day One.
Day One było pierwszą aplikacją do prowadzenia dziennika, która dawno dawno temu zagościła w moim smartfonie. Nasza przyjaźń nie trwała jednak zbyt długo i już po pierwszych kilku dniach, musieliśmy się pożegnać. Po prostu nie przypadliśmy sobie do gustu. Aplikacja była przeładowana funkcjami, wydawała się być dla mnie zbyt profesjonalna a i jej wygląd pozostawiał w mojej ocenie wiele do życzenia. Nie było pomiędzy nami chemii. Szukałem czegoś ładniejszego, sprytniejszego i mniej wymagającego.
Niedługo potem, w sklepie z aplikacjami dla iPhona, natknąłem się na Grid Diary – i zakochałem się od pierwszego kliknięcia. Przepiękny wygląd, przyjemne animacje i dźwięki, a do tego całkowicie odmienna zasada działania niż Day One. Prowadzenia dziennika sprowadzało się tylko do odpowiadania na pytania. To rozwiązanie było bardzo wygodne dla początkującej osoby, która nie bardzo jeszcze wie po co właściwie chce prowadzić dziennik. Uruchamiałem aplikację, dostawałem listę pytań, odpowiadałem na nie i z głowy. Mało tego, mogłem tak skonfigurować Grid Diary, aby zadawało pytania tak, by moje odpowiedzi sprowadzały się jedynie do krótkiego „tak” albo „nie”. Bez większego wysiłku mogłem w kilka minut stworzyć wpis – i mieć z głowy. Byłem fajnym gościem, który prowadzi dziennik. Choć tak na prawdę nigdy go nie prowadziłem.
Taka zabawa trwała kilka tygodni – dzisiaj uważam, że i tak wytrwałem dość długo biorąc pod uwagę, że działałem z totalnie źle wyznaczonym celem. Zamiast skupić się na istocie prowadzenia dziennika, skupiałem się na jak najszybszym wykonaniu zadania w postaci stworzenia wpisu. W końcu aplikacja Grid Diary trafiła do kosza (wyleciała z iPhona) i musiałem zastanowić się co dalej.
Był to bardzo dobry okres dla rozwoju platformy iOS, i w każdym tygodniu powstawało sporo nowych aplikacji, w tym wiele do prowadzenia dziennika. Starałem się przeglądać jak najwięcej z nich, szukałem swojego ideału. Z każdą jednak było coś nie tak. Jedne były słabo zaprojektowane, nie przemyślane, inne nie miały wersji dla iPada (co dla mnie jest dość istotne), jeszcze inna oferowały zbyt ubogi zestaw funkcji. Wyczerpałem wszystkie dostępne opcje. Zostały mi dwa rozwiązania: dziennik w wersji papierowej albo drugie podejście do Day One. Wybrałem obydwie i do dziś skutecznie łącze dziennik papierowy z aplikacją w iPhonie. Dzisiaj jednak opowiem Ci o samym Day One.
Moje drugie podejście do Day One początkowo niewiele różniło się od pierwszego. Chciałem zacząć prowadzić dziennik i szukałem prostych rozwiązań, a aplikacja zasypywała mnie ogromną liczbą możliwości, powiadomieniami, przypomnieniami… Postanowiłem więc wykorzystać to, co początkowo urzekło mnie w Grid Diary – prostotę dodawania wpisów, dzięki odpowiadaniu na pytania. Przygotowałem sobie kilka takich, które miały zainspirować mnie do pisania (w odróżnieniu od pytań z Grid Diary, które zastępowały mi pisanie), zaciskałem zęby i uruchamiałem Day One. Takie prowadzenie dziennika wplotłem w moją poranną i wieczorną rutynę. Z czasem zamieniłem poranne pytania na czystą „kartkę” aplikacji i po prostu pisanie – wtedy wiedziałem już, że w końcu zaskoczyło 🙂
Zrozumiałem, że ten pamiętnikowy kombajn jest najlepszym, co mogłem spotkać na swojej drodze dziennikarza (bo jak inaczej nazwać osobę, która prowadzi swój dziennik?). I może nie jest to aplikacja, która w prosty sposób pomaga w rozpoczęciu przygody z pamiętnikiem, z pewnością jest najlepszym wyborem dla kogoś, kto taką przygodę już rozpoczął.
[Tweet „Day One jest najlepszym, co mogłem spotkać na mojej drodze małego dziennikarza”]
Wśród użytkowników Day One, panuje ogólna opinia, że aplikacja ta jest piękna. Ja niestety nie mogę się pod tym podpisać. Jest ładna, w niektórych miejscach nawet bardzo ładna, ale to tyle. Jej wygląd jest po prostu ok, nie przeszkadza, ale i nie zachwyca. W skali od 1 do 10, dałbym jej nie więcej niż 6,5. Prawdziwa siła tkwi w funkcjach. Musisz wiedzieć, że jedynie 30% moich wpisów w Day One wprowadzanych jest bezpośrednio przez aplikację. Pozostałe 70% to wpisy, które wpadają tam automatycznie, lub za pośrednictwem innych aplikacji. Ale po kolei.
W Day One możemy prowadzić kilka niezależnych dzienników. Każdy z nich synchronizowany jest z serwerem Day One, co z jednej strony jest fajnym zabezpieczeniem danych w przypadku utraty telefonu, a z drugiej pozwala na prowadzenie tych samych dzienników na kilku urządzeniach. Każdy prowadzony w Day One dziennik ma swoją nazwę i przewodni kolor. To ostatnie bardzo pomaga, gdy prowadzimy kilka dzienników – kolory, lepiej niż nazwy, pomagają odróżnić dzienniki. Synchronizowany dziennik możemy zabezpieczyć, aby na serwerze była przechowywana jego zaszyfrowana wersja możliwa do odczytania jedynie na naszych urządzeniach (poprzez klucz deszyfrujący). Również sama aplikacja może zostać zabezpieczona hasłem, bez którego nie będziemy w stanie jej uruchomić. Kolejnym ciekawym rozwiązaniem jest to, że możemy włączyć synchronizację jedynie dla wybranych dzienników. Wszystko to sprawia, że chyba nawet najbardziej wymagające w kwestii bezpieczeństwa danych osoby, dobiorą odpowiednią dla siebie konfigurację.
Aplikację można połączyć z kilkoma profilami w mediach społecznościowych (Twitter, Facebook, Instagram, Foursquare) – dzięki temu Day One będzie śledził naszą aktywność i przypomni o niej przy wprowadzaniu nowego wpisu. Możemy również włączyć śledzenie naszej lokalizacji, kalendarza oraz zrobionych zdjęć. To wszystko w założeniu ma pomóc przypomnieć nam, co danego dnia robiliśmy,
Po uruchomieniu Day One, widzimy nasz ostatnio używany na danym urządzeniu dziennik – funkcja ostatnio otwartego dziennika nie podlega synchronizacji. Oznacza to, że możesz prowadzić ich kilka – jeden z iPhona, drugi z iPada, i na każdym z tych urządzeń będzie otwierać się domyślnie tylko ten ostatnio na nim użyty. W moim przypadku to wygodne rozwiązanie, ponieważ na iPadzie, w ramach cyklicznych przeglądów, otwieram różne dzienniki, natomiast w iPhonie zawsze mam otwarty tylko jeden i ten sam, i po uruchomieniu aplikacji nie muszę zastanawiać się, czy jestem akurat we właściwym miejscu.
Gdy już przełączymy się na interesujący nas dziennik, na głównym ekranie widzimy podzielony na dwie części ekran – góra w kolorze dziennika, dół z listą ostatnich wpisów. W części kolorowej są dwa duże przyciski: z ikoną aparatu, pozwalającą na zrobienie i dodanie do dziennika zdjęcia, oraz druga, z dużą ikoną „+” – co, jak się pewnie domyślasz, pozwala na szybkie rozpoczęcie tworzenia nowego wpisu w dzienniku. Pomiędzy tymi ikonami a listą wpisów, widzimy statystyki aplikacji – ile łącznie wpisów zostało wprowadzonych do danego dziennika, ile obejmują dni, ile jest dodanych zdjęć, oraz ile wpisów zostało dodanych w dniu dzisiejszym i całym tygodniu. Pod listą wpisów znajduje się jeszcze małe menu z pięcioma opcjami – cztery z nich dotyczą trybów przeglądania wpisów, a jedna (mały znak „+” na środku) dodawania. W odróżnieniu do opcji z górnej części ekranu, która po wybraniu przełącza nas od razu do trybu pisania nowego wpisu, wybranie znaku „+” z dolnego paska, powoduje otarcie menu dodawania wpisu. Możemy z niego wybrać jedną z czterech opcji:
Activity Feed – to lista naszych aktywności z całego dnia (tweety, posty na Facebooku, zdjęcia zrobione smartfonem lub dodane do instagrama, lokalizacje, wydarzenia z kalendarza). Chronologiczna lista skutecznie przypomni co dzisiaj robiliśmy. Każdy z jej elementów możemy powiązać z nowo tworzonym wpisem.
Zdjęcie – opcja ta powoduje przełączenie Day One w tryb aparatu. Możemy wykonać zdjęcie lub zdjęcia i na tej podstawie szybko utworzyć nowy wpis
Bibliotek zdjęć – podobnie jak opcja powyżej, pozwala na stworzenie nowego wpisu na podstawie zdjęcia lub zdjęć. Różnica polega na tym, że tu wybieramy z biblioteki zdjęć smartfona.
Ostatnia opcja to „Text” – czyli włączenie dokładnie tego samego trybu pisania, który uruchamia się po kliknięciu na znak „+” w kolorowej, górniej części okna głównego aplikacji.
Day One oferuje również kilka ciekawych trybów przeglądania dodanych wcześniej wpisów. Domyślnie otwierany jest widok listy, gdzie znajdziemy wpisy – jeden pod drugim – w kolejności według daty. W drugim trybie możemy przeglądać wszystkie dodane do naszego dziennika zdjęcia z podziałem na daty. Kolejny tryb to mapa, na której zaznaczone są miejsca dodawania wpisów – przydatne, gdy podróżujemy i chcemy dotrzeć do wpisów wprowadzonych podczas konkretnych wyjazdów. Ostatni tryb to widok kalendarza, gdzie czarno na białym (właściwie to w wiodącym dla danego dziennika kolorze) skontrolujemy jak często dodajemy wpisy.
Każdy nowy wpis ma kilka podstawowych parametrów:
datę dodania,
miejsce dodania – uzupełniane automatycznie za pomocą danych lokalizacyjnych smartfona lub wprowadzone ręcznie,
z danymi dotyczącymi miejsca powiązana jest również dodawana automatycznie pogoda,
urządzenie z jakiego wpis zostaje dodany,
liczba wpisów jakie zostały już dodane danego dnia, ale również tych dodanych tego samego dnia w poprzednich latach,
dziennik do którego wpis zostaje dodany,
tagi,
gwiazdka (możemy oznaczyć nasz wpis jako ulubiony),
ID wpisu (dzięki któremu możliwe jest zidentyfikowanie go na przykład w systemach do automatyzacji),
i inne powiązane dane (np. aktywność, liczba kroków, muzyka).
Każdy wpis może zostać wyeksportowany albo usunięty.
Gdy w końcu zaczniemy pisać, dostajemy całą gamę możliwości dotyczących formatowania tekstu – na szczęście, tak samo jak parametry samego wpisu, również i te „udogodnienia” są w miarę ukryte, więc nie przeszkadzają zbytnio w procesie tworzenia. Możemy używać boldowań, kursywy, wypunktowań, cytatów, wcięć, różnej wielkości nagłówków – wszystko co tylko będzie nam potrzebne. Każdy wpis może być również wyposażony w zdjęcia.
Sporo jak na aplikację do prostego prowadzenia dziennika, prawda? Może przyprawić o zawrót głowy? Aplikacja jest jednak zrobiona na tyle fajnie, że możemy bez problemu przede wszystkim pisać, nie zwracając uwagi na wszystkie pozostałe opcje.
Day One ma bardzo rozbudowany system powiadomień i przypomnień. Aplikacja, co chyba jest dość oczywiste, może nam przypominać o dodaniu nowego wpisu. Możemy ustawić, aby o wybranej porze dnia przypominała nam o dodanych tego samego dnia ale w poprzednich latach wpisach. Obydwa opisane powiadomienia mogą pojawiać się o ustalonej porze dnia (rano, południe, popołudnie), albo losowo wybranej godzinie. Kolejny moduł powiadomień dotyczy odwiedzonych miejsc. Day One może przypomnieć nam o dodaniu nowego wpisu za każdym razem gdy opuścimy dane miejsce – tak, aby można było od razu je opisać w dzienniku. Możemy również ustawić, aby powiadomienie wyskoczyło po odwiedzeniu 3 lub 5 miejsc albo o konkretnej godzinie informując nas jednoczenie ile miejsc danego dnia odwiedziliśmy. Możemy również tworzyć nowe powiadomienia z własną treścią, o ustalonym czasie, dotyczącą wybranego dziennika, z wybranym tagiem i szablonem.
Prowadzę w Day One kilka dzienników, jeden z nich nazwałem „Społecznościowy” i nigdy nie uzupełniała go ręcznie. Jest on uzupełniany przez aplikację zewnętrzną – choć powinienem właściwie powiedzieć: usługę zewnętrzną. Day One integruje się bowiem z IFTTT (If This Than Than – usługa do automatyzacji), dzięki czemu możliwe jest dodawania do niej całkowicie automatycznych wpisów. Moje przykłady wykorzystania IFTTT: – Każdy mój tweet wpada jako nowy wpis do Day One. Bardzo fajną funkcją jest pobieranie tagów jakimi oznaczony jest tweet i dodawania ich jako tagów do wpisu w Day One. – Również każdy polubiono przeze mnie tweet zostanie zapisany w dzienniku. – Tak jak w przypadku Twittera, tak i każdy mój wpis na profilu prywatnym na Facebooku wpada automatycznie do Day One jako nowy wpis – Gdy dodaję artykuł do mojej listy czytania w Instapaper, informacja o tym (tytuł, link, data) wpada jako nowy wpis do dziennika „Społecznościowy” – Codziennie pod koniec dnia, gdy mój zegarek FitBit zsynchronizuje się z iPhonem, podsumowanie aktywności zostanie przesłane jako nowy wpis do Day One. Mam więc całe archiwum danych takich jak liczba wykonanych kroków, zdobytych pięter, spalonych kalorii, osiągniętych wysokości, pokonanych odległości, minuty spoczynku czy małej i wysokiej aktywności. – Za każdym razem, gdy dodam wagę do mojego iPhona, wpis z nią wpada również do Day One – Również moje tygodniowe podsumowanie snu umieszczane jest automatycznie jako nowy wpis Dzięki takiej liście, mój dziennik „Społecznościowy” powstaje w sposób całkowicie zautomatyzowany. Nic w nim nie zmieniam, nie kasuję, nie dodaję ręcznie – robię tylko jego przeglądy aby dane które wpadły przeanalizować i wyciągnąć odpowiednie wnioski.
Powtórzę to, co napisałem na początku: Day One to prawdziwy kombajn do prowadzenia dziennika. Taki ogrom funkcji w żaden sposób nie przeszkodził twórcom w zaprojektowaniu dość skromnego interfejsu. Aplikacja jest nieskomplikowana, a wszystkie dodatkowe funkcje są w sprytny sposób ukryte, aby zbytnio nie przeszkadzały w tym, do czego aplikacja powinna służyć w pierwszej kolejności – czyli do pisaniu.
[Tweet „Day One to prawdziwy kombajn do prowadzenia dziennika.”]
Mój opis Day One dotyczy wersji dostępnej na iPhonie, jednak aplikację znajdziemy również na smartfony z Androidem. Występują pomiędzy nimi bardzo drobne różnice w wyglądzie i działaniu – wynikające ze specyfiki samych systemów operacyjnych i działania smartfonów.
Podstawowa wersja Day One jest bezpłatna i polecam z niej na początku skorzystać. Gdy jednak nasze „dziennikarstwo” nabierze rozpędu, warto zastanowić się nad wykupieniem opcji Premium, która znacząco rozszerza możliwości aplikacji. Pobierz Day One:
A Ty prowadzisz dziennik? Być może w klasycznej, papierowej formie? Podziel się swoimi doświadczeniami w tym temacie w komentarzu – może dzięki temu i ja usprawnię moje prowadzenie dziennika.
Interesuje Cię temat prowadzenia dziennika, aplikacji takich jak Day One i moich rozwiązań w zakresie automatyzacji? Daj znać, czy chcesz czytać więcej takich wpisów 🙂
Druga kategoria antystresowych rozwiązań to zestaw aplikacji, które pomagają w skupieniu się podczas pracy (i nie tylko). Zanim jednak przejdę do samych rozwiązań, opowiem Ci krótko o różnych etapach / rodzajach mojej pracy – dzięki temu lepiej zrozumiesz kryteria doboru:
1. Tworzenie / pisanie.
Dotyczy na przykład procesu powstawania tekstu który czytasz. Pisanie tekstów to rzecz, której nadal się uczę i jest to dla mnie ciągle jedno z tych trudnych zadań (choć daje ogromną satysfakcję). Wymaga sporego skupienia oraz maksymalnej koncentracji. Przynosi ogromną frajdę, ale wymaga wysiłku – więc i specjalnych warunków.
2. Projektowanie.
Dotyczy stron www albo stron czasopism. To moje codzienne zajęcie i główna praca. Zadania z tej grupy przychodzą mi dość łatwo i sprawiają ogromną przyjemność. Zajęcie to wymaga warunków sprzyjających kreatywności – ale takich, które nie będą mnie nie zbytnio rozpraszać.
3. Realizacja.
To cały zestaw codziennych, mniejszych i większych zadań, które ciężko zaliczyć do grupy „twórczych” ale z pewnością zaliczam do „koniecznych”. Każdą zaprojektowaną stronę www trzeba wykonać, wymyśloną stronę czasopisma – złożyć, skończyć i sprawdzić, a napisany tekst – opracować. Wiele z tych zadań jest dość monotonnych, często nudnych – i wymagają one otoczenia które w pewien sposób pomoże mi przez nie przejść.
4. Organizacja.
To cały szereg zadań administracyjnych związanych z utrzymaniem porządku, pilnowaniem planu dnia, planowaniem tygodnia, czy całego roku.
Jaki to ma związek z głównym tematem tego wpisu i dlaczego właściwie opowiadam Ci o mojej pracy? Już wyjaśniam.
Zaryzykuję stwierdzenie, że większość osób podczas pracy słucha muzyki. Dla jednych są to serwisy streamingowe, dla innych radio czy mp3. Mało kto zastanawia się, jak to czego słucha, wpływa na wykonywaną pracę, poziom skupienia i stresu. Postanowiłem to przeanalizować i do odpowiednich zadań, dobrać odpowiednie dźwięki. Wybrałem cztery aplikacje i każdej z nich używam do innej grupy zadań. Analiza moich codziennych obowiązków, skategoryzowanie ich i dobranie odpowiednich pomocników w postaci aplikacji o których za chwilę przeczytasz, pozwoliło mi na łatwiejsze poradzenie sobie z zadaniami jakie mam do wykonania każdego dnia. To z kolei miało ogromny wpływ na zmniejszenie poziomu stresu przy ich wykonywaniu. Gdy piszę teksty używam zupełnie innych narzędzi, niż gdy przygotowuję czasopismo do wysłania do druku. Pierwsze zadanie wymaga maksymalnego skupienia, drugie – mniej twórcze, choć bardzo ważne w mojej pracy zadanie, jest czynnością często dość monotonną i potrzebuję przy nim innego rodzaju pomocnika, aby pozostać skupionym.
Czas przejść do samych aplikacji.
Brain.fm – tworzenie / pisanie
Na pierwszym miejscu muszę opisać aplikację Brain.fm. Jest ona dla mnie wielkim odkryciem 2017 roku i niesamowitym pomocnikiem przy trudnych i wymagających wyjątkowego skupienia pracach. Najogólniej rzecz biorąc, Brain.fm ma za zadnie stymulować pracę naszego mózgu za pomocą odpowiednich dźwięków (zastanawiałeś się skąd nazwa?).
Brain.fm ma 5 trybów pracy:
Focus – skupienie
Meditate – medytacja
Sleep – spanie
Nap – drzemka
Relax – relaks
I każdy z nich zawiera inny rodzaj dźwięków, ubranych w różne sesje, które mają za zadanie ułatwić nam wykonywanie danego zajęcia. Ja wykorzystuję tylko pierwszy dostępnych trybów – Focus, i muszę przyznać, że efekty jego działania przeszły moje najśmielsze oczekiwania.
Każda sesja trybu Focus składa się z 2-godzinnej porcji dźwięków stymulujących. I to właściwie tyle, co chcę napisać o Brain.fm. Jeżeli aplikacja (i sposób jej działania) Cię zaciekawi, możesz zerknąć na na jej stronę: http://www.brain.fm – gdzie znajdziesz porady dotyczące doboru odpowiednich słuchawek, przygotowania otoczenia i innych wskazówek.
Brain.fm w wersji bezpłatnej pozwala na 5 sesji i streaming dźwięków (bez pobierania na urządzenie), co czasem powoduje problemy z odtwarzaniem. Warto jednak wypróbować i przekonać się, czy tego rodzaju rozwiązania pomagają Ci w wykonywaniu Twojej pracy. Dostępny dla: iPnone’a oraz Androida.
Noizio – projektowanie
Kolejna aplikacja służy do generowania tak zwanych dźwięków tła i jest moim kompanem przy projektowaniu, gdzie również potrzebuję skupienia, ale zupełnie innego, niż przy pisaniu. Projektowaniem zajmuję się na co dzień od wielu lat i zadanie to przychodzi mi z ogromnie większą łatwością niż pisanie. Nie potrzebuję więc do tego narzędzia, takiego jak Brain.fm, które to wyzwala we mnie maksymalny poziom koncentracji – co na dłuższą metę może być bardzo męczące dla mózgu. Dlatego przy projektowaniu używam Noizio.
Noizio jest małą aplikacją, która generuje różne dźwięki otoczenia – do wyboru mamy kombinację dźwięków z pośród:
october rain (wrześniowy deszcz)
coffee house (kawiarnia)
thunderstorm (burza z piorunami)
campfire (ognisko)
winter wind (zimowy wiatr)
sea waves (fale morskie)
river stream (strumień rzeki)
summer night (letnia noc)
sunny day (słoneczny dzień)
deep space (głęboka przestrzeń)
sailing yacht (żeglujący jacht)
inside train (jadący pociąg)
on the farm (na farmie)
wind chimes (dzwonki na wietrze)
blue whales (wieloryby)
oraz dźwięki dodatkowe, płatne – każdy w cenie 4,99 zł. Wśród nich są takie perełki jak odgłos starej maszyny do pisania, odgłosy placu zabaw dla dzieci, ulicy, mruczenia kota, odgłosów bicia serca czy duchów (??!!). Niektóre z nich są baaardzo ciekawe. Dźwięki dodatkowe możemy sprawdzić przed zakupem – polecam więc zajrzeć do tej sekcji w aplikacji 🙂
Tryby możemy ze sobą łączyć, tworząc czasem dość ciekawe połączenia, np. odgłosy farmy i deszcz, albo słonecznego dnia i żeglującego jachtu. Pamiętaj jednak, że niektóre połączenia mogą wywoływać lekki niepokój – na przykład ognisko i burza z piorunami. Mój ulubiony zestaw do pracy twórczej to odgłosy pociągu, padającego deszczu i burzy. To połączenie działa na mnie najlepiej i najczęściej je wybieram.
Bardzo istotny jest fakt, że możemy dostosować głośność poszczególnych dźwięków, przyciszając na przykład odgłosy farmy a zwiększając jednocześnie dźwięk padającego deszczu. Wybrane połączenia możemy zapisać w aplikacji, nadając im swoje nazwy, co ułatwia w późniejszym czasie powrót do sprawdzonych już raz połączeń. Aplikacja ma też funkcję odliczania czasu, dzięki czemu możemy ustawić czas emisji dźwięków.
Noizio jest aplikacją bezpłatną dostępną dla iPhone’a.
Jeżeli używasz telefonu z Androidem, polecam bardzo podobną, jednak już płatną aplikację, Noisli – dostępna na obydwie platformy.
Apple Music – realizacja
Usług streamingowych jest sporo. Apple ma swoją, Google, Amazon, mamy też Spotify, Tidal. Testowałem większość z nich i mój wybór padł właśnie na Apple Music. Z Tidala korzystałem przez wiele miesięcy (z racji promocji w Play – Tidal bezpłatnie przez rok), jednak nigdy nie udało mi się polubić jego interfejsu. Tidal nie podrzucał mi też sam nowych utworów, dzięki którym mógłbym powiększać swoją bibliotekę. Korzystałem również ze Spotify – zaróno w wersji bezpłatnej, jak i Premium. I, pomimo porządnych algorytmów dzięki którym trafiałem na coraz to nowsze piosenki, nie polubiłem się z samą aplikacją. Byłem za to bardzo zadowolony z Google Play Music, szczególnie gdy przez jakiś czas używałem smartfona z Androidem, choć i na iPhonie aplikacja od Google działa bardzo dobrze. Dobór nowej muzyki przez algorytmy Google również był bardzo trafiony w moim przypadku. Właściwie przez prawie cały czas korzystania z usługi Google Play Music, miałem ustawioną jedną playlistę, która non stop sama uzupełniała się o nowe, podobne utwory. To rozwiązanie sprawdzało się dość dobrze. Moje używanie aplikacji sprowadzało się głównie do czterech czynności: odtwarzaj, zatrzymaj, następna i poprzednia. I chyba głównie o to chodzi? Jedyny minus polegał na tym, że takie używanie Google Play Music sprawiał, że nie miałem motywacji do budowania swojej biblioteki utworów. Polegałem na listach od Google. Nie do końca pasowało to do mojego świata (który każdego dnia staram się uporządkować coraz bardziej).
Postanowiłem więc wypróbować Apple Music. Szybko okazało się, że nie ma ona tak rozbudowanych algorytmów polecających nowe utwory (jak Spotify), nie ma tak dynamicznie zmieniających się playlist (jak Google Music Play), nie mogę używać jej bezpłatnie (tak jak Tidala) ale i tak sprawiła, że zostałem z nią na stałe kasując (dosłownie) konkurencję.
Apple wie jak osiągać wysoki poziom zadowolenia swoich klientów. I to pomimo faktu, że sprzęty czy aplikacje z od znaku jabłka, nie są wypakowane po brzegi nowościami i najbardziej zaawansowanymi funkcjami. Apple po prostu robi skuteczne rzeczy – takie, które działają. I tak też jest w przypadku Apple Music. Ciężko jest mi wymienić bezsprzeczne zalety Apple Music w stosunku do konkurencji, ale nie myślałem też ani razu o powrocie. I mojej opinii nie zepsuł nawet fakt, że w pewnym momencie Apple zaczęło podsuwać mi do słuchania niemieckie piosenki (których niestety całkowicie nie trawię) i przez wiele tygodni nie mogłem pozbyć się ich z rekomendacji (każdą z nich zaznaczając jako „nie lubię”).
Usługa szybko i bardzo płynnie wpisała się w mój cotygodniowy workflow. Przyzwyczaiłem się, że we wtorek Apple zaproponuje mi mix z moich ulubionych utworów, w piątek podsunie playlistę z nowymi utworami a na niedzielę przygotuje Chill Mix, czyli składankę utworów na odprężenie po całym tygodniu. Taki pakiet pozwala mi stale rozszerzać moją bibliotekę i być bardzo zadowolonym użytkownikiem aplikacji oraz całej usługi.
Jeżeli tak jak ja używasz iPhone’a, z pewnością docenisz też poziom integracji Apple Music z systemem iOS czy z asystentem głosowym od Aplle – Siri.
Na koniec jeszcze jedna, warta uwagi pozycja, która towarzyszami mi przy wszystkich pracach organizacyjnych – jak planowanie dnia, czy podsumowania tygodnia albo roku. Coffitivity, bo o niej mowa, to mała i zabawna aplikacja, która oferuje tylko jedną funkcjonalność: generuje „dźwięki kawiarni”. Dostajemy do dyspozycji 3 tryby: Morning Murmur, Lunchtime Lounge i University Undertones. Bardzo ciekawy jest fakt, że tryby te tak mocno różnią się od siebie.
Aplikacja pozwala na połączenie z wybranymi usługami muzycznymi. Możemy wybrać muzykę jako nasz główny dźwięk pozwalając aby odgłosy kawiarni szumiały w tle, lub odwrotnie – przyciszyć muzykę kosztem dźwięków rozmów. To wszystko. Warto wypróbować Coffitivity – sprawdza się zadziwiająco dobrze. Aplikacja jest bezpłatna i możesz ją pobrać na iPhone’a, smrtphona z Androidem. Na stronie https://coffitivity.com/premium dostępna jest również wersja Premium (9$ / rok), dzięki której mamy do dyspozycji dodatkowe dźwięki. Ja nie zdecydowałem się na dodatkowy zakup, ale jeżeli miałeś możliwość sprawdzenia wersji Premium, koniecznie napisz mi w komentarzach swoje wrażenia 🙂
I to wszystko na dziś. Cztery aplikacje, które każdego dnia pomagają mi radzić sobie z zadaniami w pracy. Jestem ciekawy czy i Ty dzielisz swoją pracę na podobne etapy? Napisz mi o tym w komentarzu! Używasz podobnych narzędzi co ja? Czy zupełnie innych? Może wiesz jak jeszcze mogę usprawnić moją pracę? Czekam na Twój komentarz 🙂
Nie jest to pierwszy raz, gdy biorę się za temat medytacji – pisałem kiedyś o prostej technikę liczenia oddechów, która tak dobrze sprawdza się na początku drogi do spokoju umysłu. Medytacja długo była ona dla mnie jedynie egzotycznym słowem i serią dziwnych ćwiczeń. Dzisiaj – jest główną częścią mojej porannej rutyny i pełni niezwykle ważną rolę w moim życiu.
App Store i Google Play Store oferują kilka świetnych aplikacji, które w łatwy sposób pomogą Ci w rozpoczęciu przygody z medytacją. Jeżeli ich nie znasz – usiądź wygodnie i pozwól się zabrać w podróż przez kilka przeze mnie wybranych. Nic nie tracisz a możesz zyskać wiele – prawdziwy spokój ducha i zrozumienie samego siebie 🙂
Oak
Znasz to uczucie, gdy widzisz coś pierwszy raz i od razu wiesz, że to jest właśnie „to”? Ze mną tak było, gdy pierwszy raz zobaczyłem mój zielony kubek do kawy, iPada, aplikację Things – przepiękny sposób do zarządzania zadaniami oraz Oak – aplikację, która pomogła mi rozpocząć prawdziwą przygodę z medytacją.
Oak to dąb. I tym właśnie jest aplikacja – rosnącym dębem. Przy pierwszym uruchomieniu, na ekranie zobaczysz malutką roślinkę, która z upływem czasu (i zwiększającą się liczbą sesji) będzie rosła, aby stać się pięknym, dorosłym drzewem. Rosnący dąb jest tutaj symbol spokoju.
Aplikacja jest przemyślana i pięknie wykonana oraz, co nie zawsze idzie w parze z wyglądem, prosta i intuicyjna w obsłudze. Mój bezcenny pomocnik, który sprawia, że poranki stały się prawdziwą przyjemnością.
Z dodatkowych atutów, warto wymienić integrację z Apple Health, proste ćwiczenia oddechowe oraz ciekawą serię materiałów audio i wideo, które pomogą w pogłębianiu wiedzy na temat medytacji.
Oak jest bezpłatną aplikacją, jednak dostępną tylko na iPhonie. Możesz ją pobrać w tym miejscu.
Zdaję sobie sprawę, że Oak nie jest dla każdego. Specyficzny design oraz dostępność jest tylko na iPhone’ie sprawi, że nie każdy jej użyje. Dlatego pokażę Ci również dwie inne, bardzo popularne aplikacje – Calm i Headspace. Obydwie są równie dobrymi przewodnikami na ścieżce do medytacji.
Calm
Popularna aplikacja, która, jak nazwa wskazuje, ma wprowadzić spokój w Twoim życiu. Duża baza ćwiczeń i dźwięków relaksacyjnych przydaje się nie tylko przy medytacji. Jak większość aplikacji tego typu – wymaga znajomości języka angielskiego, jednak nawet gdy masz z nim problemy, już sam spokojny głos przewodniczki pomaga w pozbyciu się stresu i opanowaniu nagromadzonych nerwów. Wspaniała baza dźwięków powoduje, że relaks przychodzi z wielką łatwością.
Jeżeli masz telefon z Androidem, a Calm nie przypadł Ci do gustu ze względu na wygląd, koniecznie wypróbuj Headspace. Aplikacja ma zupełnie inny, bardziej zadaniowy interfejs.
O ile Calm czasem wydaje się być dość prostą i prymitywną aplikacją, o tyle Headspace jest jej przeciwieństwem i czasem sprawia wrażenie przeładowanej. Ogromna baza sesji i lekcji sprawia, że aplikacja może towarzyszyć Ci przez cały dzień podczas różnych aktywności. Znajdziesz w niej również zestawy sesji dla dzieci – pomagające zasnąć, czy podczas porannej pobudki. Duża baza lekcji w postaci przyjemnych dla oka animacji, pomoże Ci poszerzyć horyzonty i uczyć się nowych rzeczy.
Headspace, podobnie jak Calm, oferuje bezpłatny dostęp do części funkcji, którą można rozszerzyć wybierając opcję premium.
Na dzisiaj to tyle w temacie aplikacji pomagających w medytacji. A może znasz inną ciekawą aplikację, która powinna znaleźć się w powyższym spisie? Jeżeli tak, koniecznie napisz mi o tym w komentarzu do tego wpisu.
Martyna Wojciechowska powiedziała kiedyś, że marzenia nie spełniają się ot tak. Że są wyczekane. Nie oznacza to jednak, że mamy siedzieć i czekać aż same się spełnią – przeciwnie.
Każdy z nas je ma. Nie każdy jednak potrafi spełniać. Swoje lub czyjeś. Wiara w nie to dar a ich spełnianie – umiejętność. Marzenia. Jeżeli zaliczasz się do osób, które je mają, ale nie wiedzą co zrobić, aby stały się rzeczywistością, dobrze trafiłeś. Opowiem Ci jak zrealizować swoje marzenie w pięciu prostych krokach. Bierzmy się do roboty!
1. Zapisz to…
Pierwszym krokiem jest zamiana marzenia w cel – zrobisz to w prosty sposób, przez jego zapisanie. Może być na kartce, w pamiętniku lub kalendarzu. Pomoże Ci to sprecyzować dokładnie czym właściwie jest Twoje pragnienie. Nie ważne, czy dotyczy sfery zawodowej czy prywatnej, nie liczy się, czy marzysz o poprawie swojej kondycji fizycznej, czy zakupie drogiego gadżetu – jeżeli Twoje marzenie ma się zamienić w cel, musisz je zapisać.
O. I tyle. Teraz zamiast marzenia masz cel do którego dążysz. Lecimy do drugiego kroku.
2. Wyobraź sobie…
…jak by to było, gdyby Twoje marzenie udało się zrealizować. Zwizualizuj je. Wciągnij nosem powietrze i poczuj zapach tapicerki wymarzonego Ferrari. Zamknij oczy i delektuj się ciepłem bijącym z kominka wyśnionego domu. Poczuj dumę, która wypełnia Twoje ciało, gdy przebiegasz linię mety maratonu, Twoi najbliżsi ze łzami w oczach biją brawo i rzucają Ci się na szyję gdy ledwo możesz ustać na nogach. Oczami wyobraźni zobacz jak zmieni się Twoje życie. Stwórz w głowie obraz siebie który już osiągnął wymarzony cel. Pomyśl o wszystkich drobiazgach jakie będą Ci towarzyszyć. Dzięki temu, Twoje marzenie, Twój cel, stanie się jeszcze bardziej realny. Pozwól podświadomości cieszyć się zosiągniętego sukcesu.
[Tweet „Stwórz w głowie obraz osoby która już osiągnęła cel. I bądź tą osobą.”]
3. Uwierz…
Wierzysz w to co wierzysz? Wierzysz, że jesteś w stanie zrealizować swoje sny? Ten krok jest decydujący. Musisz uwierzyć w siebie, w swoje siły i w swój cel. Jeżeli Ty będziesz pewny sukcesu, to nie ma siły, która może Cię powstrzymać. Jeżeli jednak nie uwierzysz – przegrasz, a Twój cel na zawsze pozostanie tylko zapisanym na kartce niespełnionym życzeniem.
Powiedz wiec do siebie: “Dam radę, dam!”. Powiedz to kilka razy. Mów tak każdego ranka po przebudzeniu i każdego wieczora przed zaśnięciem. Zapisz to zdanie 100 razy w zeszycie. Albo i 200 razy. Utrwal w sobie ta myśl. Niech wiara w siebie i własne siły towarzyszy Ci odmierza w każdej minucie życia.
Uwierz, że możesz spełnić swoje marzenie. To właśnie Twoja wiara spowoduje, że tak się stanie.
4. Poczuj to…
Kiedy dojdziesz do tego kroku, możesz być z siebie dumny. Jesteś bardzo blisko. Poczuj sukces który jest na wyciągnięcie ręki. Zobacz, droga do ZREALIZOWANIA Twojego marzenia jest bardzo wyraźna a Ty już na niej stoisz. Z każdym krokiem jesteś bliżej. Każda sekunda przybliża Cię do tego co nieuniknione – do osiągnięcia celu. Możesz się śmiać i powtarzać, że to nie ma sensu, przecież nic się jeszcze nie zdarzyło, nic się nie zmieniło – ale to nie prawda. Zmieniłeś się Ty i w Twojej głowie marzenie jest już zrealizowane. Tylko w przyszłości. Jedyną niewiadomą jest czas. Pozwól działać prawu przyciągania. Możesz to poczuć, możesz już pawie dotknąć…
5. Właściwe pytania…
Skoro Twoje marzenie stało się już celem i wiesz już, że uda Ci się je zrealizować, musisz odkryć resztę drogi – aby nie zabłądzić.
Ostatni krok to zadawanie odpowiednich pytań i udzielanie na nie odpowiedzi.Musisz zaplanować realizacje swojego marzenia. Wyznaczyć datę i zastanowić się, dlaczego do tej pory nie udało Ci się go zrealizować. Dlaczego Twoje marzenie tak długo było tylko marzeniem? Co Cię powstrzymywało? Co zrobisz inaczej aby tym razem osiągnąć cel?
Bądź szczery. Pomyśl, co Cię do tej pory blokowało. Strach? Brak wiary we własne siły? Poświęć trochę czasu na rozmowę z samym sobą i zaplanuj dalszą drogę do celu. Znajdź swoje słabości i je pokonaj. Przygotuj się na ciężką pracę i świętowanie zwycięstwa.
Jakie jest więc Twoje marzenie? Pierwszym krokiem do jego spełnienia jest zapisanie go. Tu i teraz – w komentarzu do tego wpisu. Zamień swoje marzenie w cel i pomóż sobie w jego realizacji. Powodzenia!
Już trzeci rok z rzędu udostępniam Kalendarz Celu – mój prosty sposób na samokontrolę i codzienne przypomnienia w utrwalaniu nawyków i walce z nałogami. Edycję na cały 2018 rok możesz pobrać bezpłatnie na specjalnej stronie Kalendarza (Kalendarz był dostępny do końca lutego 2018 roku! Jeżeli chcesz załapać się na kolejną edycję – zostań 🐦 Wróbelkiem.
Fajne Życie to idea. Idea, nad którą muszę ciężko pracować każdego dnia. Polega na wolności, zdrowiu i niezależności. Wolności od nałogów, zdrowych nawykach w żywieniu, codziennym ruchu, niezależności finansowej. Bez drobnych pomocników byłoby to bardzo trudne. Jednym z takich pomocników jest mój Kalendarz Celu. Idea jego działania jest prosta: na każdy nałóg z którym walczę, lub nawyk, który próbuję wykształcić, drukuje sobie jeden egzemplarz Kalendarza. Opisuję go odpowiednią nazwą, na przykład: „szklanka wody z samego rana” i wieszam w takim miejscu, aby przypomniał mi o spełnieniu mojego postanowienia. Może to być lodówka, szuflada do której zaglądam każdego ranka gdy przygotowuję się do pracy czy lustro w łazience. Jeżeli Kalendarz ma pomoc w ograniczeniu słodyczy, naturalnym miejscem do jego powieszenia jest szafka w której je trzymasz (ekhm.. trzymałeś). Wydrukowane karty możesz tez włożyć do swojego kalendarza papierowego. Każdego dnia, karta z danym postanowieniem przypomina mi o tym, że zawarłem z samym sobą układ i na koniec miesiąca będę musiał rozliczyć się z jego realizacji. Za każdym razem gdy spełnię swój cel, oznaczam ten dzień w Kalendarzu. Na koniec miesiąca widzę jak mi poszło. W przypadku słabych rezultatów, mogę próbować zmieniać swoje działanie tak, aby kolejny miesiąc był lepszy.
Kalendarz Celu pomógł mi gdy w porannym bieganiu, wieczornym pisaniu dziennika czy popołudniowym rozciąganiu się. Z Kalendarzem łatwiej było mi rzucić palenie i nauczyć się rano wstawać. To proste narzędzie mocno działa na psychikę. Wspierało mnie w prosty sposób – pokazywało ile już udało mi się osiągnąć i nie pozwalało tego zmarnować. Chciałbym aby mój Kalendarz pomógł i Tobie. W realizowaniu Twoich celów.
Kalendarz Celu możesz pobrać w 3 rozmiarach: dużej kartki A3, którą wydrukujesz i powiesisz na przykład na ścianie. Mniejsza wersja – A4, nadaje się na biurko czy lodówkę. Najmniejszy format – A5, sprawdzi się, gdy chcesz mieć Kalendarz zawsze przy sobie, na przykład w książce – aby zaznaczać „zaczytane” dni. Życzę Ci powodzenia w realizacji Twoich celów i mam nadzieje, że Kalendarz Ci w tym pomoże.
Być może zechcesz podzielić się ze mną tym, do czego może Ci się przydać Kalendarz? Nad czym pracujesz w swoim życiu? Właśnie po to uruchomiłem komentarze na mojej stronie – abyśmy mogli rozmawiać 🙂
Uwaga: Kalendarz Celu był dostępny do końca lutego 2018 roku! Jeżeli chcesz załapać się na kolejną edycję – zapraszam do zostania 🐦 Wróbelkiem.
Używasz w swojej pracy lub w domu list zadań? Elektronicznej? Papierowej? Być może GTD? Lub innego systemu opartego o listy? Jeżeli nie, w takim razie powinieneś/powinnaś spróbować. Rozpisanie dużego projektu na drobne zadania i wykonywanie ich jeden po drugim znacznie ułatwia załatwienie dużych spraw. Jeżeli dobrze się zastanowisz, zobaczysz na jak wielu płaszczyznach można używać list i jak dużo korzyści z tego wynika. Gdy idziesz na zakupy z listą, nie tylko nie zapomnisz kupić tego po co wybierasz się do sklepu, ale nie kupisz również niczego, co nie jest Ci potrzebne (zakładam, że bezwzględnie trzymasz się swojej listy). Gdy chcesz ugotować nową zupę albo upiec ciasto, zerkniesz do przepisu i najpierw zgromadzisz wszystkie składniki wypisane na jednej liście a potem będzie je dodawać do siebie, mieszać i przyrządzać według drugiej. Gdy szykujesz się na wakacje i pakujesz ubrania na kilka dni, tworzysz (na papierze albo w swojej głowie, choć polecam ten pierwszy sposób) listę rzeczy do zabrania, dzięki której nie będziesz chodzić w jednych spodniach całe lato. Korzystanie z różnego rodzaju list znacznie usprawnia życie w bardzo wielu sytuacjach. Ich używania powinniśmy się uczyć już jako dzieci. A jeżeli jesteś rodzicem, to właśnie na Twoich barkach spoczywa obowiązek nauczenia Twojego dziecka korzystania z listy. Kiedyś Ci za to podziękuje.
Chciałbym Ci dzisiaj przedstawić fajny i prosty sposób na świadome wykorzystanie przez Twoje dziecko listy zadań. Pomoże to również rozwiązać jeszcze jeden odwieczny problem każdego rodzica – bałaganu w pokoju dziecka. Dla wytrwałych czytelników przygotowałem na sam koniec specjalną niespodziankę, która z pewnością przyda się w każdym domu.
Porządek w pokoju moich córek od zawsze stanowił problem który ciężko było rozwiązać. Na różne sposoby próbowałem zachęcić, głównie Alicję – moją starszą córkę, do posprzątania w pokoju, a następnie do utrzymania tego porządku. Bezskutecznie. Okazuje się, że przychodzi taki moment, gdy bałagan staje się dla dziecka problemem, z którym nie wie jak sobie poradzić i od czego w ogóle zacząć. Pomyśl o tym, gdy kolejny raz powtórzysz: idź posprzątać w pokoju. Oczywiście zawsze mogłem sam posprzątać wszystkie zabawki – moje córki z radością przyjęły by takie rozwiązanie. Do czego to jednak prowadzi na dłuższą metę? Bałagan szybko wróci do pokoju a dziecko nadal nie wie jak się z nim uporać.
Zamiast omijać problem, zacząłem więc szukać rozwiązania. I nie chodzi mi tutaj o sam bałagan w pokoju Ali, ale problem niemocy na którą napotyka. Chciałem pomóc jej na tyle, aby potrafiła sama przeanalizować problem i poszukać rozwiązania. Moje dzieciaki wiele razy będą napotykać na różne przeszkody, które z pozoru będą je przerastały. Od kogo nauczą się je pokonywać? To właśnie jest moje zadanie jako rodzica. Postanowiłem wykorzystać do tego celu narzędzie jakim sam posługuję się na co dzień i które pomaga mi w realizacji nawet najbardziej skomplikowanych projektów – listę zadań.
Przygotowania
Cel jest prosty: pokazać Twojemu dziecku, że potrafi i jest w stanie samo posprzątać w pokoju.
Warto uczyć dobrym przykładem. Przygotuj więc dla siebie zadanie podobne do tego które ma wykonać Twoje dziecko. Postaraj się, aby wybrać taką czynność, którą możesz wykonać w podobnym czasie co sprzątanie pokoju. Ważne też jest aby Twoje zajęcie miało początek i zakończenie. Dzięki temu po skończonej pracy razem będzie mogli razem cieszyć się z jej efektów. Możesz dla siebie zaplanować przygotowanie obiadu, sprzątanie w szafie lub upieczenie ciasta, którym później będziecie mogli się razem delektować w posprzątanym pokoju. Chcesz zamienić sprzątanie w projekt – więc przygotowując dla siebie podobne zajęcie, dasz dziecku przykład i będziesz mógł/mogła swoim zachowaniem i działaniem podsuwać różne drobne wskazówki przy sprzątaniu.
Omówcie plan działania
Przyszedł czas na rozpisanie planu działania. Przygotujcie czystą kartkę – papier może być trochę lepszy niż taki zwykły na którym na co dzień rysuje Twoje dziecko. Niech wie, że mamy do czynienia z czymś dużym i ważnym – robimy plan! Ta lekcja może stać się bardzo cennym doświadczeniem dla Twojego dziecka – pokażesz mu jak ma radzić sobie z problemem które je przerasta. Nie pomijaj więc żadnego z elementów przygotowań.
Istotne są rekwizyty. To właśnie one tworzą całą otoczkę i sprawiają, że magia naszego rozwiązania działa. Sama kartka to mało, potrzebny też będzie clipboard (lub jakieś inne podłoże) i długopis. Nie dziecięca kredka czy flamaster, ma być długopis, poważne narzędzie do pisania w poważnej sprawie. Clipboard, taki z opcją do postawienia i powieszenia sprawi, że elementy naszego planu nie zniszczą się i nie rozlecą po całym pokoju.
Spisanie grup
Kolejny krok to analiza bałaganu. Siadamy z dzieckiem przy biurku i rozglądając się po pokoju spisujemy grupy porozrzucanych przedmiotów. W naszym przypadku na liście znalazły się:
– ubrania – klocki lego – klocki kolorowe – papiery – kredki, flamastry – łóżko – klocki do pociągów – lalki Barbie – misie – książki – inne zabawki
Pozwól dziecku samemu wybrać nazwy – dla Ciebie „klocki Lego”, „klocki kolorowe” i „klocki do pociągów” mogą być jednym i tym samym, ale Twoje dziecko może widzieć 3 różne grupy zabawek. Nawet jeżeli na podłodze leżą pluszowe pieski, ale Twoje dziecko chce nazwać je „misie”, to nie poprawiaj tego. To jego bałagan, jego zabawki i jego lista. Ty tylko podpowiadasz. Przypilnuj tylko dwóch rzeczy:
1. grupy nie mogą być za duże. Podpowiadaj dziecku aby wybierało jak najmniejsze grupy zabawek, by łatwiej zakończyć każdy z punktów. 2. na końcu zbierzcie wszystkie pozostałe drobiazgi w punkt „inne” albo „pozostałe”, żeby nie okazało się, że lista Twojego dziecka ma 30 punktów a te na samym dole to „dwie gumki do ścierania”, „jedna temperówki”, „cztery zabawki z zabawki z Kinder Niespodzianek” itd.
Zamiana listy zabawek w listę działań
Czas zamienić grupy bałaganu w listę zadań. Pokaż dziecku że to ważny krok – grupy nabałagnionych zabawek zamienią się w listę zadań, powstanie poukładany plan sprzątania pokoju. W tym celu przed każdym punktem z naszej kartki dostawiamy pusty prostokąt, czyli okienko w którym będzie można odznaczyć zakończony etap sprzątania. Tak przygotowaną listę wstawiamy do clipboarda i wieszamy na ścianie (w zasięgu ręki dziecka) albo kładziemy na biurku.
Ustalamy zasady
Kolejny krok to ustalenie zasad sprzątania. Postaw się tutaj w roli nauczyciela który tłumaczy jak powinien wyglądać ten etap, ale bierz również pod uwagę to co mówi Twoje dziecko. Opowiedz, że w ten sposób pracują dorośli i dzięki takim rozwiązaniem lepiej radzą sobie z dużymi projektami (możesz użyć słowa projekt – ale nie zapomnij wytłumaczyć dziecku co to oznacza) – jakim w tym wypadku jest sprzątanie.
Organizuj przerwy
Potraktuj sprzątanie jak grę – nie używaj jednak tego słowa, niech wymyślony plan będzie czymś więcej. Zaproponuj przerwy – na przykład co 3 albo 4 punkty, dzięki temu lista podzieli się na jeszcze krótsze etapy co znacząco ułatwi realizację planu. Ustalcie wspólnie co ile punktów będzie przerwa i co będziecie podczas niej robić. Możesz przygotować Wasze ulubione ciastka – po jednym na każdą przerwę. Fajnym pomysłem może też być włączenie ulubionej piosenki i wspólne tańco-wygłupy. Dzięki temu przerwa będzie trwała określony czas, będzie miała początek i koniec i nie będzie przeciągania o „kolejną minutę”.
Wymyśl nagrodę
Dzieci kochają nagrody, a my – rodzice – powinniśmy nagradzać nasze dzieci za dobrze wykonane czynności. I w tym przypadku wymyśl jakąś nagrodę którą dziecko otrzyma po wykonaniu całego zadania (posprzątania pokoju). Na początku (na etapie tworzenia listy) dziecku wystarczy samo podekscytowanie faktem, że robicie coś ważnego jednak po drugiej przerwie może przydać się dodatkowa motywacja w postaci super-nagrody na koniec. Może to być wspólne wyjście na rolki, sanki czy rower a może być to również ulubiona bajka w TV. Myślę, że dobrze znasz swoje dziecko i wiesz co sprawi mu radość.
Bądź konsekwentny
Pamiętaj że dziecko to tylko dziecko i w pewnym momencie może znudzić mu się „zabawa” w sprzątanie. Z każdą kolejną przerwą może być trudniej powrócić do pracy i w pewnym momencie szala może przechylić się na niewłaściwą stronę. Trudno będzie wtedy przekonać do dalszego sprzątania – nawet jeżeli zostały już tylko dwa punkty z listy. Ostatnia przerwa będzie najtrudniejsza. Nie zapomnij więc chwalić za wykonane punkty, podkreślaj samodzielność i zaangażowanie. Pokaż że koniec listy jest już bliski. Gdy jednak zorientujesz się, że nic już nie pomaga, możesz zaproponować abyście razem dokończycie sprzątanie trzymając się przygotowanej listy. Traktuj to jednak jako ostateczność i zaznacz, że skoro Ty pomagasz w zadaniu Twojego dziecka, to Twoje dziecko chyba powinno pomóc Ci potem w dokończeniu Twojego zadania.
Na koniec
Gdy wszystkie pozycje na liście zadań zostaną odznaczone a w pokoju zrobi się czysto i ładnie, usiądźcie wspólnie przy stole i podsumujcie dotychczasowe działania. Zapytaj czy spisanie listy zadań okazało się pomocne. Wytłumacz, że bałagan w pokoju to nie jedyny problem przy rozwiązaniu którego pomocna może być lista zadań. Pokaż inne przykłady jej wykorzystania. Może warto spróbować zrobić listę zadań na sprzątanie szafy? Albo na codzienne, poranne czynności, w której znajdą się pozycje takie jak: „sprzątanie łóżka”, „mycie twarzy”, czy „wypicie szklanki wody”? Być może przy pomocy listy zadań uda Ci się osiągnąć coś, co do tej pory ciężko Ci było wyegzekwować? Jeżeli Twoje dziecko ma jakieś pozaszkolne czy pozaprzedszkolne zajęcia dodatkowe, to warto pomyśleć o wprowadzeniu listy do pakowania się na nie. Moja córka dwa razy w tygodniu ma naukę tańca – i trochę pakowania przed każdymi zajęciami, musimy spakować strój, wodę, buciki, dzienniczek… Z pewnością lista zadań w tym przypadku się sprawdzi. Tego typu działania mogą okazać się bardzo ważne dla Twojego dziecka. Pokazujesz przecież jak radzić sobie ze skomplikowanymi i złożonymi problemami. Postaraj się więc, aby z cierpliwością i spokojem, próbować przekazać dziecku jak najwięcej dobrych rad przy okazji nauki sposobu z listą zadań.
Powyżej podrzucam kilka zdjęć z moich ćwiczeń z Alą – na szczęście udanych 🙂 Mimo wszystko, może się okazać, że mój sposób nie sprawdzi się w Twoim przypadku. Bardzo ważne jest Twoje podejście. Pamiętaj o dwóch sprawach:
1. Nic na siłę
Jeżeli się nie udaje – to nie. Nie naciskaj aby Twoje dziecko wykonywało zadania z przygotowanej listy jeżeli tego bardzo nie chce. Możesz zachęcać, ale nie zmuszaj. Nie chcesz przecież, aby Twoja pociecha zraziła się zarówno do rozwiązywania dużych problemów w ten sposób, jak i do samego sprzątania.
2. Bądź przykładem
Prawda jest taka, że sposób z listą zadań jest bardzo uniwersalny i może powinien na stałe zagościć w Twoim domu? Listy ułatwiają życie. Z listą idziesz na zakupy, jedziesz z nią na wakacje, możesz z nią sprzątać, pracować, pisać rysować… Niech Twoje dziecko widzi, że na co dzień z nich korzystasz i że ułatwiają one wykonanie skomplikowanych projektów. Możesz pokazać jak można wykorzystywać listę zadań w szkole, lub zasugerować jej wprowadzenie w przedszkolnej grupie.
Temat wykorzystania list przez dzieci jest być tak samo długi jak w przypadku używania ich przez dorosłych. W wielu przypadkach lista może okazać się wspaniałym rozwiązaniem trudnych problemów. Może podpowiesz kolejne sposoby na wykorzystanie listy zadań przez dzieci? Być może rozwiązały one u Ciebie inny ciekawy problem? Mam nadzieję, że podzielisz się kolejnymi sposobami w komentarzach pod tym wpisem.
Niespodzianka
Pomyślałem sobie, że skoro udało Ci się dotrzeć tak daleko, to należy Ci się nagroda 🙂 Być może trochę ułatwi Ci ona wprowadzenie listy zadań w Twoim domu. Przygotowałem specjalnie dla Ciebie szablony list zadań do wydrukowania i włożenia w clipboard albo do przyczepienia na lodówce obok Kalendarza Celu 2017 (nie wiesz jeszcze czym jest Kalendarz Celu? Zatem koniecznie zapisz się do mojego newslettera i nie przegap kolejnej edycji bezpłatnego Kalendarza Celu!). Szablony możesz pobrać całkowicie bezpłatnie klikając przycisk pod wpisem. Mam nadzieję, że będą przydatne. Czekam na Twój komentarz i miłego sprzątania! 🙂
moja starsza córka, gdy była malutka, często gubiła różne dziwne rzeczy w swoim pokoju. od zabawek po spinki, gumki do włosów i opaski. przychodziła wtedy do mnie i mówiła:
tata, mam kłopot. zgubiłam tą czerwoną lalkę z długą suknią. no wiesz, którą. ale nic nie szkodzi, prawda? pomożesz mi ją znaleźć?
komu z nas nie zdarzyło się zapomnieć, gdzie leży portfel, słuchawki, ładowarka, torebka czy klucze do samochodu. non stop czegoś szukamy. w szkole można to było zwalić na psa, który podobno zjadał prace domowe. ale jak wytłumaczyć policjantowi, że pies zjadł prawo jazdy?
razem ze szkołą skończył się czas beztroskiego zapominania. za ubytki w pamięci coraz częściej płacimy – czasem pieniędzmi, a czasem po prostu nerwami.
pół biedy, jeśli możemy iść do sklepu i odkupić lalkę dziecka. gorzej, gdy szukamy unikalnej książki z biblioteki, karty pamięci ze zdjęciami z wakacji albo obrączki, którą mieliśmy „tylko na chwilę” zdjąć. wtedy zaczyna się panika. a w panice trudno cokolwiek znaleźć.
przygotowałem więc – najpierw dla moich córek, a potem też dla siebie – mały plan działania. działa nie tylko przy szukaniu lalek, ale też wtedy, gdy gubimy spokój, cierpliwość albo sens.
1. wdech. wydech.
uwierz mi, w wielu przypadkach wszystko kończy się już tutaj. wystarczy się zatrzymać, wziąć kilka spokojnych oddechów i… nagle przypominasz sobie, gdzie to leży. spokój naprawdę pomaga znaleźć więcej niż nerwy.
2. oczyść głowę
jeśli to nie działa – spróbuj się wyciszyć. zwolnij. usiądź na chwilę w ciszy. niech myśli przestaną się ścigać. pisałem już o prostym sposobie na wyciszenie – wróć do niego. cel jest prosty: zapomnij o wszystkim, nawet o zgubie. zobacz siebie z dystansu, razem z twoimi wadami, nieuwagą, roztargnieniem. czasem trzeba zaakceptować chaos, żeby w nim coś odnaleźć.
3. przemyśl jeszcze raz
czy masz pewność, że to w ogóle twoje? to brzmi śmiesznie, ale dzieci często szukają zabawek, które wcale nie są ich. może po prostu widziały je u kogoś. w dorosłym świecie bywa podobnie – szukamy rzeczy, które wydaje nam się, że zgubiliśmy, a tak naprawdę nigdy ich nie mieliśmy. warto się upewnić.
4. pożyczone?
czasem odpowiedź jest banalna: pożyczyłeś. albo komuś, albo sam od kogoś. moja córka uwielbia wymieniać się zabawkami i zawsze zapomina, komu co oddała. może ty też coś oddałeś – i zapomniałeś?
5. gdzie powinno być?
teraz dopiero zaczynamy faktyczne poszukiwania. zacznij od miejsca, gdzie ta rzecz powinna się znajdować. może półka nad łóżkiem, może stolik, może szuflada, tylko nie ta, co trzeba. czasem coś po prostu wpadło za szafkę. poszukaj tam, gdzie „na pewno już sprawdzałeś”. bo właśnie tam najczęściej to leży.
6. gdzie nie powinno być?
moja córka co rano szuka kapci. zazwyczaj są pod łóżkiem, ale czasem – w łazience. warto prześledzić drogę, jaką zguba mogła pokonać. jeśli nie ma jej w miejscu docelowym, pewnie utknęła po drodze. tak jak te kapcie, które czasem nie docierają wieczorem z łazienki pod łóżko.
7. porwanie!
nie, nie chodzi o kradzież. chodzi o przypadek. czasem ktoś po prostu zabiera coś twojego, nie wiedząc, że będziesz tego potem szukać. w moim domu to klasyka: jedna córka bawi się zabawkami drugiej. albo porządki mojej żony – które potrafią skutecznie „uporządkować” też moje rzeczy.
te siedem punktów najczęściej wystarcza. czasem znajduję lalkę jednej córki, czasem przytulankę tej drugiej, a czasem portfel za szafką. nieraz rachunek za prąd w kolorowankach, a tablet – w szufladzie ze skarpetkami (nie pytajcie).
ale są też rzeczy, które gubią się na dobre. i może tak ma być. może nie wszystko trzeba odnajdywać.
bo czasem, gdy coś zgubisz – znajdujesz coś ważniejszego: cierpliwość, dystans, uśmiech. a to już się raczej nie gubi.
Bycie marzycielem wcale nie oznacza ciągłego chodzenia z głową w chmurach. Bycie marzycielem oznacza mieć marzenia! I sktuecznie je realizować. Oznacza poszukiwania celu życia i poczucia spełnienia w tych poszukiwaniach. Częto jednak nie widzimy sensu takiego wysiłku. Nie wierzymy, że może nam się udać, że możemy marzyć. Nie chcemy zaczynać, aby przypadkiem nie przegrać.
Realizacja własnych marzeń to nie taka trudna rzecz. Musisz jedynie spojrzeć na świat z założeniem, że nie ma rzeczy niemożliwych. A gdy już uznasz, że wielkie marzenia są na wyciągnięcie ręki, dlaczego po nie nie sięgnąć?
Warto myśleć o rzeczach wielkich i warto wyznaczać sobie nowe cele. Jeżeli brakuje Ci powodów, dla których powinieneś ruszyć w pogoń za swoimi marzeniami, mam dla Ciebie ich 7:
1. Odkryjesz swoje powołanie
Zastanawiasz się czasami, co tak właściwie robisz na tym świecie? Do czego zostałeś powołany? Czy miejsce w którym mieszkasz jest Tobie pisane? Czy zajęcie które wykonujesz jest tym, co powinieneś robić do końca swojego życia? A może wyjechałeś za granicę w poszukiwaniu swojego szczęścia i nie wiesz czy to był dobry wybór? Być może nie wiesz jeszcze jakie jest Twoje prawdziwe powołanie, być może czujesz że jeszcze nie znalazłeś tego, co na Ciebie czeka. Jedyne co musisz zrobić, to zacząć działać. Zacząć realizować swoje cele, marzenia. Tylko w ten sposób znajdziesz odpowiedzi na wszystkie pytania.
2. Otworzysz się na nowe możliwości
Gdy marzysz o wielkich rzeczach, otwierasz przed sobą wiele drzwi. Realizując swoje marzenia nastawiasz swoje myślenie na inne tory. Stajesz się bardziej twórczy i kreatywny. Dzieje się tak, ponieważ wielkie cele przesuwają granice Twojego umysłu i wprowadzają świeże spojrzenie pozbawione barier.
Każda kolejna chwila, w której przybliżysz się do realizacji swoich marzeń sprawi, że Twoje życie stopniowo będzie wypełniało się podnieceniem.
3. Ponieważ masz wybór
Być może Twoje marzenia są ogromne i trudne do zrealizowania, ale czy to oznacza, że nie warto próbować? Nawet, jeżeli masz ogromną szansę na porażkę, nawet gdy przeraża Cię fakt, że może Ci się nie udać – zawsze pozostaje Ci wybór którego musisz dokonać. Nie musisz być jak wiele osób, ktore rezygnują. Możesz wybrać pogoń za swoimi marzeniami, bo zawsze istnieje też szansa, że osiągniesz upragniony cel.
4. Spełnisz marzenia
Twoje cele wcale nie muszą na zawsze pozostać w strefie marzeń. Jeżeli czegoś bardzo chcesz, wierzysz i robisz wszystko, aby to osiągnąć, Twoje szanse rosną! Czy bierzesz pod uwagę ewentualność, że gdy spróbujesz powalczyć o swoje marzenia, na prawdę może Ci się to udać? Twoja wiara w powodzenia skutecznie przybliży Cię do osiągnięcia celu.
5. Aby nadać życiu sens
Pogoń za marzeniami sprawi, że Twoje życie nabierze głębszego sensu. Nie samo marzenie, ale czas w którym dążysz do jego realizacji. Możesz każdego dnia wstawać rano, biegać do pracy, po pracy na szybkie zakupy, potem do łóżka na krótki sen i rano od nowa… i to właśnie marzenia mogą sprawić, że cała ta bieganina będzie miała jakikolwiek głębszy sens. Inaczej co Ci pozostaje?
6. Osiągniesz więcej
Gdy marzysz o wielkich rzeczach, osiągniesz wielkie rzeczy. To proste równanie. Być może dotrzesz do połowy założonej drogi, być może Twój pierwotny cel okaże się tylko jednym z małych kroczków do czegoś jeszcze większego. Może się również zdarzyć, że Twój cel będzie się wielokrotnie zmieniał. Nie o to chodzi, to nie jest nawjażniejsze. Ważne jest, abyś wiedział, że próbując zrealizować swoje marzenia osiągniesz więcej, niż wtedy gdy nie podejmiesz takiej próby. Stojąc w miejscu nic nie osiągniesz.
[Tweet „Miej odwagę, aby iść za swoim sercem i intuicją. #FajneZycie”]
7. Zrobisz coś dla świata
Jak wyglądałby nasz świat, gdyby nie wielkie marzenia zwykłych ludzi? Jak mógłbym pisać ten wpis w nocy, gdyby Thomas Adison nie wynalazł żarówki? Czy zacząłbym prowadzenie bloga, gdyby przede mną leżała kartka papieru zamiast komputera? Czy wogóle umiałbym pisać, gdyby Cai Lun nie wynalazł papieru? Twoje marzenia potrzebne są światu, nie tylko Tobie.
Uwierz, że potrafisz
Nie poddawaj się więc w realizacji swojch marzeń. Pamiętaj, że najtrudniej jest ruszyć z miejsca, potem już samo idzie! Dla mnie jednym z celów i marzeń było prowadzenie tego bloga. I co? Prowadzę go. Nie było to takie trudne. A jakie jest Twoje marzenie? Możesz podzielić się nim ze mną w komentarzu.
Jeżeli regularnie uprawiasz sport, to wiesz że pewnych etapów określonego planu nie da się przyspieszyć, przeskoczyć czy ominąć. Próby oszukiwania czasu i swojego organizmu często kończą się przykrą kontuzją. Niezwykle istotne jest, aby przygodę ze spotrem dokłądnie zaplanować. Początkującym biegaczom zaleca się stopniowe przyzwyczajanie organizmu do tego typu wysiłku poprzez regularne, długie spacery. Przywyknąć muszą przecież nie tylko nasze mięśnie, stawy czy kości, ale i umysł. Odpowiedzialny sportowiec wie, że odpowiedni plan to podstawa dobrego treningu. Planowanie dotyczy oczywiście każdego jednego biegu czy ćwiczenia, które masz zamiar wykonać. Jeżeli podczas biegania wyznaczasz sobie małe cele, na przykład określony dystans do przebiegnięcia, wiesz że od samego początku musisz planować całą trasę i nie możesz zacząć od zbyt mocnego startu. Do sukcesu dochodzi się małymi kroczkami. Jeżeli wyznaczysz sobie drobny cel, na przykład określony dystans do przebiegnięcia, nie zniechęcisz się zbyt szybko i nie zaczniesz od zbyt mocnego startu. Sił musi wystarczyć do samego końca. Wiesz również że przed biegiem potrzebujesz rozgrzewki – bez niej możesz nie ukończyć biegu. Wszystko to składa się na plan – w tym przypadku treningowy. A każdy jego punkt jest na wagę złota.
Sport jest idealnym przykładem tego jak ważne jest planowanie i co może się stać gdy spróbujesz pominąć etap przygotowań. Z łatwością wyobrazisz sobie, jakie mogą być konsekwencje przeskoczenia jednego czy dwóch punktów wyznaczonego planu. Droga na skróty może okazać się drogą do urazu, a w konsekwencji porażki. Jeżeli chcesz schudnąć, nie zrobisz tego w tydzień. Zaczynasz od przygotowania diety rozłożonej na długie tygodnie, a czasem i miesiące. Doskonale wiesz, że musisz konsekwentnie trzymać się wyznaczonego planu aby dieta przyniosła efekty. Każdego dnia musisz walczyć z samym sobą aby zrealizować kolejną część Twojego planu. Możesz próbować oszukiwać – są przecież różne fat burnery, suplementy… Przez pewien czas mogą dawać Ci złudne poczucie, że szybciej chudniesz czy mniej się męczysz. Jaką masz jednak pewność, że substancje czynne które mają w swoim składzie, nie zniszczą Twojego zdrowia?
Przykładów mógłbym podać wiele ale myślę, że wiesz co chcę Ci przekazać. Droga do sukcesu to maraton a nie sprint. Musisz więc biec spokojnie i rozłożyć siły na całą trasę. Pośpiech często sprawia, że nadajesz zbyt wysokie tempo i przychodzi moment gdy brakuje sił – wtedy rezygnujesz.
Najważniejsze, abyś na samym początku przyjął realny do wykonania plan i trzymał się go, nie próbując spieszyć się i oszukiwać. Jedynie taka droga doprowadzi Cię do upragnionego celu.
Zdarza Ci się oszukiwać samego siebie? Nie musisz odpowiadać, ja i tak znam odpowiedź. To ludzka rzecz i nawet najlepszym z nas zdarzają się chwile słabości. Ważne jest, aby umieć dostrzec własne błędy i potrafić z nimi walczyć. Nikt z nas nie idzie wyznaczoną do celu drogą bez zbaczania z kursu. Bo i nikt z nas nie jest idealny. Gdy zdasz sobie z tego sprawę – znajdziesz drogę powrotu na właściwą ścieżkę. Powodzenia w szczerej rozmowie z samym sobą!
Dzieci w szkole dzielą się na dwie grupy: takie, które ładnie piszą i… te drugie. Ja niestety należałem do grupy gorszej – bazgrałem jak kura pazurem – tak mówili nauczyciele i oczywiście mieli rację. Moje zeszyty wyglądały tragicznie, pamiętam to dobrze. Czasem ciężko było mi odczytać własne notatki. Jak się pewnie domyślasz, pisanie nie należało więc do moich ulubionych zajęć. Pamiętam, że w późniejszych klasach, gdy tylko mogłem, rezygnowałem całkowicie z prowadzenia zeszytu. Moje trudne do odczytania zapiski i tak nie były zbyt wielką pomocą w nauce. Problemów miałem przez to co nie miara.
Gdy kilka lat po skończeniu „podstawówki” porządkowałem zalegające na strychu domu moich rodziców rzeczy, trafiłem na karton z czasów szkoły. Miło było przypomnieć sobie stare czasy, choć widok kilku pomazanych zeszytów, nie napawał zbyt wielką dumą. Przeglądając je dokładniej, zauważyłem jednak pewną regułę. Każdy z moich zeszytów miał starannie zapisane pierwsze kilka stron, a dopiero od pewnego momentu zaczynała się totalna tragedia. Część „ładną” kończyło zawsze jakieś jedno błędne, przekreślone słowo. Nie było to jednak zwykłe skreślenie, ale cała masa różnego rodzaju zamazań, które czasem prowadziły nawet do dziurki po drugiej stronie kartki – zupełnie jakbym chciał się wyżyć na popełnionym błędzie za to, że zniszczył mi zeszyt w którym starałem się do tej pory ładnie pisać… Dalej widocznie nie widziałem już sensu ładnego pisania i w zeszycie panowała wyłącznie wolna amerykanka.
Wynika więc z tego, że potrafiłem przyłożyć się do starannego pisania, a problem leżał zupełnie gdzie indziej. Pisałem ładnie, do pierwszego błędu. Uznałem widocznie, już jako mały chłopak, że jeden mały błąd przekreśla wszystko i nie warto się dalej starać. Nie wiem skąd takie myślenie u dziecka – presja nauczycieli? Chęć zaspokojenia oczekiwań rodziców? Wpływ otoczenia? Innych dzieci ze szkoły? Nie mam pojęcia… Ale efekt był taki, że po skończeniu szkoły nie tylko nie miałem ani jednego ładnego zeszytu, przydatnych notatek, ale również nie wykształciłem w sobie nawyku starannego pisania. Tak działa tez cały system oceniania w szkole, jedna zła ocena może mieć negatywny wpływ na cały semestr. Jedynka z kartkówki często bywa ogromnym przeżyciem dla dziecka.
Dzisiaj widzę wady systemu i błędy jakie przez niego popełniłem – a właściwie szkody jakie powoduje. Presja otoczenia wykształciła we mnie potrzebę bycia zawsze doskonałym. Nie przyzwalała na błędy – a to prowadziło do moich porażek.
Wspominam problem z zeszytami i nauką pisania, ale wiem że sprawa jest o wiele głębsza i dotyczy nie jednego, konkretnego problemu, ale całej filozofii życia jakie od małego wpaja nam otocznie. Prawda jest taka, że to właśnie dzięki błędom uczymy się czegoś nowego i w żadnym wypadku nie powinny one powodować, że czujemy się źle i odpuszczamy. Moment w którym zrozumiałem jak wiele szkody może wyrządzić destrukcyjne pragnienie bycia doskonałym był dla mnie niezwykle ważny i przełomowy.
Przez wiele lat nie potrafiłem wstawać wcześnie rano. Od zawsze należałem do grupy ludzi, którzy nastawiają kilkanaście budzików a i tak nie potrafią się (d)obudzić. Całkiem niedawno postanowiłem to zmienić, zdecydowałem się zostać super-wczesnym ptaszkiem. Było to dla mnie spore wyzwanie. Liczyłem się jednak z tym, że będą lepsze ale i gorsze dni. Wiedziałem, że raz obudzę się o 5, 6 czy 7 a innym razem zaśpię aż do 9. Od samego początku byłem gotowy na drobne niepowodzenia.
Dzięki takiemu nastawieniu, pomimo małych potknięć, łatwo było mi powrócić do nawyku który starałem się wykształcić. Było to bardzo istotne założenie, które wielokrotnie dodawało mi sił – a wiele razy mogłem zrezygnować, uznać że nie uda mi się wykształcić rannego wstawania. Podobnie było, gdy postanowiłem rzucić palenie, zmienić dietę czy zacząć biegać. Jak myślisz, ile razy nie udało mi się wyjść na poranne bieganie? Ile razy nie dałem rady zrealizować swojego tygodniowego planu treningowego? Ba, ile razy nie udało mi się przebiec założonej odległości (choć trasy mam i tak dla mega-początkujących – bardzo krótkie). Pierwsze dni biegania były bardzo fajne, każdego dnia poprawiałem swój czas i zwiększałem dystans, pomagały emocje. Przyszedł jednak moment, w którym czas nie był lepszy niż poprzedniego a zmęczenie przychodziło coraz wcześniej… Czy miałem wtedy zrezygnować?
Każdemu zdarza się zaspać, rozchorować lub zwyczajnie mieć słabszy dzień. Nie istotne, czy chodzi o pracę, hobby czy obowiązki domowe. Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy idealni. I nie musimy być. A to właśnie chęć bycia zawsze i we wszystkim doskonałym sprawia, że nie udaje nam się wytrwać w naszych postanowieniach. Przechodzimy na dietę, męczymy się wiele dni a rezygnujemy po zjedzeniu kawałka tortu urodzinowego. Chęć bycia doskonałym jest często tak silna, że gdy tylko nie spełnimy w 100% naszych wymagań wobec siebie, poddajemy się i odpuszczamy.
Nie powinno tak być. Droga do fajnego życia, to droga do zrozumienia siebie, swoich ograniczeń i słabości oraz pogodzenia się z nimi.
Jeżeli przygotujesz się psychicznie na drobne niepowodzenia, łatwiej będzie Ci poradzić sobie z nimi i szybko powrócić na właściwą drogę. A jak wyglądają Twoje przemyślenia na temat popełnianych przez Ciebie błędów? Zgadzasz się ze mną w kwestii presji otoczenia i wpływu jaki na nas wywiera? A może pamiętasz swoją pierwszą jedynkę w szkole i stres z tym związany? Zapraszam do dyskusji.
Cześć! Od czego tu dzisiaj zacząć? Tyle się dzieje… Jeżeli czytaliście wcześniejszy wpis, to wiecie już, że tytuł mojego bloga nie jest przypadkowy – inspiracją była potrzeba i chęć zmian w życiu. Wiele udało mi się już zrobić, ale wiem, że to dopiero początek drogi. A jest ona trudna i z przeszkodami – i jedną z nich są wymówki. To one najczęściej sprawiają, że nie udaje nam się wytrwać w postanowieniu.
Od zawsze pragnąłem, aby sport był istotną częścią mojego życia. Z zazdrością oglądałem maratończyków, piłkarzy na boisku czy nawet zwykłych ludzi biegających w parku. I wcale nie chodziło o poprawę kondycji fizycznej czy kwestie zdrowotne – wiedziałem, że sport to przede wszystkim wielka frajda. Jeżeli dodać do tego wizję, że każdego dnia można przebiec o kilka metrów więcej, przepłynąć kolejny basen, czy wykonać jeszcze jedną pompkę – historia robi się wspaniała. Każdego dnia jesteś w stanie pokonać samego siebie i stać się realnie lepszym. Żadne inne zajęcie nie daje tak szybkich i pozytywnych efektów.
Tak na prawdę już kilka razy zaczynałem swoje przygody ze sportem, jednak za każdym razem kończyły się one podobnie szybko. Działo się tak przez brak odpowiedniego planu – wkraczały wymówki i wszystko się sypało. Lenistwo zwyciężało! Żaden system motywacyjny nie pomagał, popełniałem ciągle te same błędy. Wiedziałem, że muszę zmienić podejście i przeanalizować wszystkie problemy i wymówki, jakie mogę napotkać i jakie jest w stanie wykreować mój umysł. Tak, bo to właśnie umysł jest największą przeszkodą w zmianie naszych przyzwyczajeń.
Zacząłem więc od wprowadzenia codziennych ćwiczeń – początkowo porannych, a później zamieniłem je na wieczorne. Zmiana ta podyktowana była właśnie próbą uniknięcia jednej z wymówek, ale o tym później. Ustaliłem więc dokładny plan działania i, co ważniejsze, wypisałem sobie wszystkie możliwe wymówki. Dzisiaj właśnie o nich chciałbym Wam opowiedzieć.
Zanim przejdę jednak do mojej listy, chciałbym abyście zwrócili uwagę na jedną istotną rzecz. Wszystkie punkty, które opisuję dotyczą mojego cyklu ćwiczeń i biegania, ale spokojnie można w większości przypiąć je do dowolnego, innego postanowienia. Podobne “problemy” pojawiały się, gdy rzucałem palenie papierosów, zmieniałem dietę na zdrową, czy uczyłem się rano wstawać. Większość z opisanych wymówek pojawia się w naszej głowie przekonwertowana i przystosowana do danej sytuacji.
Zacznijmy więc!
1. Te ćwiczenia mi nie pasują
Gdy planowałem jak będą wyglądały moje ćwiczenia, zacząłem od wybrania odpowiedniego zestawu. Skupiłem się na popularnym, 7-minutowym planie. Nie chciałem na początku poświęcać na ćwiczenia zbyt dużo czasu, wiedziałem, że czas mogę później wydłużać a zbyt długi i wyczerpujący zestaw początkowy, szybko zniechęci mnie albo spowoduje uraz. Już pierwszego dnia okazało się, że nawet ten zestaw dla początkujących, jest dla mnie dość trudny do zrealizowania i nie udało mi się w 100% wykonać wszystkich ćwiczeń w założonym czasie 7 minut. Przez moją głowę przeszła myśl, że chyba na początek będę musiał odłożyć mój plan i poszukać innego, jeszcze łatwiejszego zestawu. Takiego, który będę mógł w całości wykonać. Byłoby to oczywiście błędem i pierwszym krokiem do rezygnacji z ćwiczeń w ogóle.
Skupianie się na poszukiwaniu idealnego zestawu ćwiczeń to częsta wymówka, która sprawia że szybko się poddajemy. Jeden będzie za trudny, inny zbyt łatwy, kolejny zabierze nam za dużo czasu itd. Testuj różne zestawy ćwiczeń i dobieraj je tak, aby nie były dla Ciebie zbyt ciężkie do wykonania, ale nie pozwól, aby wybór zestawu stał się ważniejszy niż same ćwiczenia! Pamiętaj, że nie chodzi o to, aby wykonać dany zestaw ćwiczeń w 100%, tylko o sam fakt, że ćwiczysz. Jeżeli z zaplanowanego 7-minutowego zestawu, dasz radę tylko pierwsze 4 minuty, to wcale nie jesteś do tylu o 3 minuty, tylko do przodu o 4! Może następnego dnia uda Ci się poprawić wynik, może potrzebujesz na to więcej czasu – nie przejmuj się. Przypomnij sobie o co w tym wszystkim chodzi, przecież z nikim się nie ścigasz. Wybierz zestaw i pozostań z nim przez jakiś czas.
2. Nie mam (dzisiaj) czasu, mój kalendarz jest pełny
Na początku przygody ze sportem, ciężko jest wpleść go na stałe w nasz kalendarz. Często okazuje, że mamy zaplanowane różne inne zajęcia a nasze ćwiczenia łatwiej przecież przesunąć w czasie czy odłożyć na kilka dni.
Jeżeli jednak nie potraktujesz ćwiczeń jak stałego elementu każdego dnia i całego swojego życia, nigdy nie znajdziesz na nie czasu. Zarezerwuj sobie odpowiedni czas w kalendarzu i to najlepiej na miesiąc do przodu, dzięki temu planując pozostałe zajęcia będziesz pamiętać o zaplanowanych ćwiczeniach. Nie pozwól, aby tak banalna wymówka sprawiała, że zrezygnujesz ze sportu i swojego zdrowia. Traktuj czas ćwiczeń jak coś najważniejszego każdego dnia i od ich planowania zaczynaj ustawiać kalendarz na każdy kolejny dzień.
3. Dzisiaj wagaruję.
W szkole wagary kojarzyły nam się z czymś fajnym (a może tylko mnie?) :). Plusem szkolnych wagarów było jednak to, że nauczycielka, wraz z rodzicami, pilnowali aby były to jednorazowe wybryki. W przypadku naszych codziennych nawyków, rzadko jest ktoś, kto może nas przypilnować. Często jednorazowe wagary od naszych postanowień, to początek drogi do całkowitej rezygnacji z przyzwyczajenia – również z ćwiczeń. Z drugiej jednak strony, naiwne jest myślenie: “od dzisiaj ćwiczę każdego dnia, bez wyjątku” – ponieważ każdemu przytrafiają się sytuacje, które mogą skutecznie uniemożliwić nam ćwiczenia danego dnia. Może to być na przykład wesele – nasze, czy takie, na które jesteśmy zaproszeni jako gość, lub całodniowa podróż wakacyjna. Równie dobrze może to być uraz czy zwykłe przemęczenie. Proponuję więc, abyście wyznaczyli sobie swoje zasady i regulamin codziennych ćwiczeń. Punktem pierwszym może być na przykład to, że ćwiczenia będziesz wykonywać minimum 5 dni w tygodniu. Kolejnym, że ewentualne przerwy nie będą trwały dłużej niż jeden dzień. Warto też przygotować sobie plan ćwiczeń, tak, aby uwzględnić w nim zarówno zwykłe, jak i te mniej wyczerpujące ćwiczenia, potrzebne na okres regeneracji organizmu.
Jeżeli już przytrafią Ci się wagary od ćwiczeń, zadbaj o to, aby był to jednorazowy wybryk. Koniecznie przemyśl powody dla których przytrafiła Ci się ta „wpadka” – musisz zrobić jak najwięcej aby jej nie powtórzyć. Z jednej strony nie musisz się obawiać, bo przecież cały czas działasz według ustalonego planu, który zakłada, że musisz ćwiczyć minimalnie 5 dni w tygodniu, jednak nie bagatelizuj tej przerwy – pamiętaj, że za każdym razem, gdy zrezygnujesz z wykonywania swoich zaplanowanych ćwiczeń, szansa na to, że następnego dnia do nich nie powrócisz rośnie! To najlepsza droga do porzucenia wypracowanego już zwyczaju.
4. Buty, ubrania, siłownia, aplikacje do ćwiczeń – to wszystko tyle kosztuje…
Nie zapominaj, że Twoje codzienne ćwiczenia to nie buty, ubrania czy inne dodatki – to nie pokaz mody. Najważniejszy w sporcie jest sport. A do jego uprawiania potrzebujesz przede wszystkim chęci. Wszystko inne jest jedynie uzupełnieniem. Nie musisz mieć najlepszych butów do biegania czy ćwiczeń – możesz kupić zwykłe buty albo używać tych, które już posiadasz. Z czasem może uda Ci się skompletować lepszy sprzęt. Może zafundujesz sobie karnet na siłownie, lepszą torbę na ubrania, czy wspaniałe buty, ale nie pozwól aby wszystko to stało się ważniejsze od samego sportu.
5. Czy naprawdę muszę ćwiczyć codziennie…
Nic nie musisz! Sport ma być dla Ciebie przyjemnością a nie obowiązkiem (a najlepiej przyjemnym obowiązkiem). Najlepsze efekty przyniosą jednak codzienne ćwiczenia, a i łatwiej zmobilizować się wiedząc, że każdy dzień rozpoczyna się lub kończy ćwiczeniami. Możesz jednak, a nawet powinieneś/powinnaś, uwzględnić w swoim tygodniowym planie ćwiczeń, dni, w których dajesz sobie większy wycisk oraz te z mniej wyczerpującymi ćwiczeniami, przeznaczone na okres regeneracji Twojego organizmu po mocniejszej dawce ćwiczeń.
6. Już tydzień ćwiczę a efektów brak
Pozytywne efekty ćwiczeń zauważysz dość szybko, jednak nie zniechęcaj się, gdy nie pojawią się od razu – daj sobie trochę czasu. Jeżeli myślisz, że już po pierwszym dniu odczujesz wzrost formy i lepsze samopoczucie, to możesz się przeliczyć. Wszystko wymaga czasu – ale za wytrwałość i regularność z pewnością spotka Cię nagroda.
7. Chyba wolę spędzać ten czas z rodziną lub przyjaciółmi, i tak nie poświęcam im wystarczająco dużo czasu
To rozsądny powód, jednak dlaczego nie wciągniesz swojej rodziny i przyjaciół do wspólnych, codziennych ćwiczeń? Z drugiej strony, ćwiczenia to zaledwie kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt minut dziennie – nie znajdziesz nawet tak małego kawałka czasu? Pamiętaj też, że wysiłek związany z ćwiczeniami poprawia Twoje samopoczucie, formę fizyczną i zdrowie – Twoja rodzina i przyjaciele z pewnością to docenią.
8. Nie dzisiaj – to był ciężki dzień
Jeżeli masz ciężki dzień, tym bardziej nie możesz rezygnować z codziennych ćwiczeń! Podczas wysiłku, związanego z uprawianiem sportu, wydzielają się w naszym mózgu endorfiny a im dłużej trwa wysiłek, tym więcej się ich pojawia. Efektem wydzielania endorfin jest poprawa naszego nastroju. Pozwoli Ci to odreagować ciężki dzień i pozbyć się negatywnych emocji z nim związanych. Tak więc im cięższy dzień, tym więcej ćwiczeń! 🙂
9. Nikt nie docenia tego co robię
Ćwiczysz dla siebie czy dla kogoś? Jeżeli wybierasz odpowiedź numer dwa, to Twoja motywacja jest radzi słaba i ciężko Ci będzie wytrwać w postanowieniu. Nie oczekuj więc pochwał, wsparcia i motywacji ze strony najbliższych – ponieważ, gdy skończą się pochwały a osoby z Twojego otoczenia będą miały ważniejsze sprawy niż Twoje zajęcia, to okaże się, że i Twój zapał zmniejszył się razem z ich zainteresowaniem. Ćwicz dla siebie, lepszego zdrowia i samopoczucia – to jedyna droga do sukcesu.
10. Zaczynam! …od jutra
Możesz tak sobie powtarzać każdego dnia i nigdy nie zacząć ćwiczyć. Jeżeli chcesz zacząć zmieniać swoje życie i jedną z tych zmian mają być codziennie ćwiczenia czy bieganie, nie czekaj na właściwy moment, zacznij już teraz! Możesz zacząć od kilku przysiadów czy pompek, krótkiego biegu, a następnie usiąść do przygotowania solidnego planu Twoich ćwiczeń na kolejne dni. Nie odkładaj rzeczy na później i przestań czekać. Żyjesz tu i teraz i nie znajdziesz lepszego momentu na zmiany w swoim życiu, niż dokładnie ta chwila. Zacznij od ćwiczeń, a zobaczysz jak pozytywne efekty będzie to miało na Twoje inne decyzje w życiu.
11. Nie mam motywacji aby (dzisiaj) ćwiczyć
Jeżeli brakuje Ci motywacji do tego, aby każdego kolejnego dnia kontynuować już zaczęty, codzienny cykl, polecam zastosowanie pewnej metody motywacyjnej. Po każdym zakończonym cyklu ćwiczeń zapisuj co czujesz – postaraj się opisać wszystkie swoje odczucia. Zapisz też wiadomość dla siebie na następny dzień, np. „Nie rezygnuj, te ćwiczenia Ci pomagają!”. Pamiętaj aby zrobić to zaraz po skończonych ćwiczeniach, gdy w Twojej głowie płynie jeszcze morze endorfin. A następnego dnia, przed kolejnymi ćwiczeniami, przeczytaj notatkę z dnia poprzedniego – dzięki temu przypomnisz sobie po co ćwiczysz i ile pozytywnej energii Ci to daje. Notatki i emocje związane z ćwiczeniami możesz też zbierać w formie pamiętnika i wracać do niego w chwilach słabości. O pozytywnych aspektach prowadzania pamiętnika dowiesz się więcej tutaj.
12. Jestem za stary(a), za gruby(a) albo zbyt chory(a) na ćwiczenia
Serio? Przecież ćwiczenia właśnie mają to wszystko zmienić! Możesz mi wierzyć – tydzień porannego biegania i wieczornych ćwiczeń potrafi przynieść lepsze efekty, niż dwutygodniowy pobyt w spa. Potrafi odmłodzić, wyleczyć z choroby, odchudzić a w największym stopniu odbudować pewność siebie! Jeżeli nie wierzysz – spróbuj, nic nie tracisz. Przekonaj się na własnej skórze jak bardzo może zmienić się Twoje życie zaledwie w dwa, trzy tygodnie. A następnie koniecznie mi o tym napisz!
13. W domu nie mam miejsca, na siłownie za daleko a na dworzu zobaczą mnie sąsiedzi
To kolejne mnożenie śmiesznych problemów, choć musze przyznać, że miewałem i takie. W moim planie założyłem sobie, że bieganie i ćwiczenia wykonuję rano, gdy wszyscy u mnie w domu śpią. Problem polegał jednak na tym, że włączenie muzyki, podpowiedzi głosowych do ćwiczeń i samo wykonywanie ćwiczeń, sprawiały sporo hałasu. Mogłem wszystkich obudzić. Wyjazd na siłownie o 5 nad ranem raczej tez nie wchodził w grę. Okazało się jednak, że wystarczy lekko zmodyfikować założenia i kolejny powód do wymówki znika. Rano – bieganie, a ćwiczenia – wieczorem, gdy wszyscy powoli szykują się do snu, ale jeszcze nie zasnęli. W ten sposób nikogo nie obudzę. Innym rozwiązaniem oczywiście są poranne ćwiczenia na dworzu – i nie przejmowanie się innymi ludźmi – tak również zdarza mi ćwiczyć.
14. Przecież nie będę ćwiczył czy biegał w deszczu
A dlaczego nie? Moja żona lubi powtarzać: nie ma złej pogody na spacer, jest tylko nieodpowiednie ubranie. To bardzo mądra myśl, która dotyczy w identycznym stopniu ćwiczeń, biegania i wielu innych spraw. Wystarczy odpowiednie ubranie i ani deszcz, ani śnieg nie będą już żadną przeszkodą.
15. Ajjj… zakwasy… mięśnie bolą…
Nie ważne, czy dopiero zaczynasz ćwiczyć, czy ćwiczysz już pół roku, zakwasy i bóle mięśni to coś, co już zawsze będzie Ci towarzyszyć. Nie musisz jednak się martwić i rezygnować przez to z dalszych ćwiczeń czy biegania. Zakwasy oznaczają tylko i wyłącznie, że zaczynasz odczuwać efekty swojego wysiłku. Chcę wytłumaczyć Ci to najprościej jak się da: zakwasy to takie mikrouszkodzenia mięśni – stąd odczuwanie bólu. Ale dzięki tym małym uszkodzeniom, mięśnie regenerują się i to o wiele mocniejsze niż wcześniej. To właśnie w te dni, gdy odczuwasz w swoich mięśniach efekty dotychczasowych ćwiczeń, Twoje mięśnie się powiększają. Nie jest to jednak powód aby całkowicie rezygnować z ćwiczeń. Zamiast tego zaplanuj sobie na te dni, bardzo lekkie zajęcia rozciągające. Dzięki temu będziesz dalej realizować swój codzienny plan ćwiczeń pracując dalej nad utrwaleniem przyzwyczajenia i nie nabawisz się urazu.
Uff.. to 15 najczęstszych wymówek, jakie pojawiały się, i czasem dalej pojawiają, w mojej głowie gdy mam iść pobiegać albo wystartować z pierwszym, wieczornym ćwiczeniem. Dużo ich 🙂 Przestudiuj je wszystkie bardzo uważnie i weź pod uwagę, gdy będziesz tworzyć swój własny plan ćwiczeń. Mam nadzieję, że moje podpowiedzi jak sobie z nimi poradzić, pomogą Ci zwyciężyć z własnymi słabościami i leniwym umysłem. Łatwo nie będzie, ale uwierz mi, że i tak warto 🙂
Dzisiejszy wpis będzie trochę bardziej osobisty niż wcześniejsze. Wielu blogerów zaczyna od takiego właśnie wpisu – ja mogę jednak opublikować go dopiero dzisiaj. Chciałbym Wam trochę opowiedzieć, jak ja zmieniłem i zmieniam swoje życie. Taki mam przecież cel – zmieniać i przekazywać Wam moje doświadczenia oraz rady z tym związane. A w ostatnim czasie zmian u mnie sporo.
po pierwsze i najważniejsze
…po wielu latach, rzuciłem palenie papierosów! I muszę przyznać, że wspaniale się z tym czuję. Gdy zacząłem pisać bloga, wiedziałem już, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Wiedziałem, że musi nadejść, aby wszystkie inne zmiany w moim życiu miały sens. I stało się. Przygotowywałem się do tego od dawna. Dzisiaj już wiem, że odniosłem sukces i jestem z siebie dumny! Jeżeli problem palenia papierosów dotyczy również Ciebie, mam nadzieję, że ucieszy Cię fakt, iż za pośrednictwem tego bloga postaram się pokazać Ci, jak wyglądał mój plan pozbywania się nałogu, od czego zaczynałem, kiedy podjąłem decyzję że to właśnie dzisiaj jest ten dzień i jak sobie radziłem przez pierwszy tydzień, miesiąc i później. Dzisiaj wiem, że do takich decyzji i kroków nie można podchodzić bez odpowiedniego planu i przygotowania. Wiele razy próbowałem rzucić palenie, zawsze bezskutecznie. Przeciwnie – za każdym razem gdy rzucałem (i wracałem), tak bardzo tym się denerwowałem, że zaczynałem palić jeszcze więcej. To było straszne. Odpowiedni plan pozwolił mi jednak całkowicie uwolnić się od mojego problemu. Wierzę, że każdy może zrobić podobnie.
po drugie: poranne wstawanie
Nauczyłem się wcześnie wstawać. I pisząc wcześnie, mam na myśli godzinę 4 nad ranem. Być może wyda Ci się to szalone, ale dla mnie system wstawania o tej właśnie godzinie jest idealny. A muszę przyznać, że jestem (byłem?) przysłowiowym “śpiochem” i podjęcie takiej decyzji nie było dla mnie łatwe. Bywały dni, że budziki w sypialni dzwoniły u mnie po 20 razy a ja nie potrafiłem wstać. Gdy bywałem sam w domu, bałem się że nie uda mi się rano wstać na umówione wcześniej, poranne spotkanie. Nastawiałem budziki w kilku urządzeniach, w telefonie, tablecie, telewizorze… gdzie tylko się dało. A i tak zdarzało mi się budzić kilka godzin za późno. Ale skończyłem z tym! Teraz budzę się (co najważniejsze: wyspany!) zaraz po pierwszym budziku – i więcej nie muszę ich nastawiać. I każdego ranka mam dzięki termu czas na zaplanowanie mojego dnia, przegląd wiadomości, poranną kawę, stworzenie wszystkim pysznego śniadania, poranne zakupy i przygotowanie się do pracy – zanim wstaną pozostali domownicy. Dzięki temu wszystko jest łatwiejsze. Jak udało mi się to wszystko osiągnąć i w jaki sposób możesz i Ty się tego nauczyć? O tym również dowiesz się, jeżeli zostaniesz ze mną.
po trzecie: sport
Jeszcze niedawno sport oglądałem głównie w telewizji. Na szczęście udało mi się całkowicie zamienić oglądanie telewizji na uprawianie sportu. Mam tutaj na myśli codzienne ćwiczenia a od czasu do czasu pływanie, bieganie, rower i inne okazjonalne aktywności. Sport to wspaniała sprawa i żałuję, że zaprzyjaźniliśmy się dopiero niedawno. Widzę jednak efekty pracy nad moją kondycją a w połączeniu z pozostałymi zmianami – ogólną poprawę jakości mojego życia. Co zrobić, aby i w Twoim życiu pojawił się sport? Małymi kroczkami dojdziemy do tego!
po czwarte: praca
Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu bylem etatowym pracownikiem agencji reklamowej. To było zupełnie inne życie. Codzienna pogoń za pociągami, autobusami, zadaniami, spotkaniami… Późny powrót do domu i spać. Tylko po to, aby następnego dnia zrobić dokładnie to samo. I pomimo faktu, że moja praca była dość ciekawa, dawała mi sporo satysfakcji i pozwalała tworzyć fajne rzeczy, to nie byłem tam szczęśliwy. Małymi kroczkami przygotowywałem się do przejścia “na swoje”. Najtrudniejsze było podjęcie ostatecznej decyzji – ale zaryzykowałem i podjąłem ją. Przestałem każdego dnia jeździć do biura, zacząłem pracować sam dla siebie. Dzięki temu, że jestem dobry w tym co robię (a przynajmniej mam taką nadzieję! 🙂 ), szybko znalazłem kilku klientów i jakoś poszło. Czy żałuję? Nie zawsze jest kolorowo, ale na pewno nie mogę powiedzieć, że żałuję. Wiem jak trudna jest to droga, ale wiem również, że potrafi przynieść sporo satysfakcji. Wiele się dzięki niej nauczyłem. Wiem też, że dla większości osób droga, którą wybrałem nie jest dobra i nigdy nie będę Cię przekonywał do rezygnacji z pracy. Chciałbym Ci za to pokazać, że Twoja praca może być wspaniała! Musisz tylko znaleźć sposób, aby ją przeorganizować i pokochać. I nie ważne, czy jesteś redaktorem w portalu internetowym, księgową, kierowcą czy mamą na etacie w domu. Jeszcze nie raz będę Ci o tym wszystkim opowiadał 🙂
piąte: odżywianie
Czasami myślę, że właśnie zmiana odżywiania jest najtrudniejsza ze wszystkich. Udało mi się zrezygnować z palenia papierosów, z pracy na etacie, z lenistwa przed telewizorem, ale chyba ze zmianą tego co jem było najtrudniej :). Kiedyś bardzo lubiłem pracować w kawiarni, w centrum handlowym, w restauracji. Wiązało się to oczywiście z “ciągłą” kawą, różnymi dziwnymi posiłkami o nieregularnych porach… W drodze do domu pojawiały się fast-foody i inne okazjonalne przekąski. A nawet zakupy do domu nie zawsze były dobre i zdrowe – bardzo często pojawiały się w nich produkty ekspresowe, do przygotowania na szybko. Masakra. Jestem sobie bardzo wdzięczny, że udało mi się przejść przez zmianę odżywiania. Teraz bardzo dużo czasu spędzam w kuchni – a pracy wcale nie mam mniej, niż kiedyś. Kocham gotować i dziwie się sobie, że kiedyś nie potrafiłem znaleźć na to czasu. Zostań ze mną na blogu, a pokażę Ci, jak i Ty możesz pokochać swoją kuchnię, przygotowywanie posiłków i zdrowe jedzenie.
droga…
Te pięć punktów to nie wszystko, co zmieniłem w ciągu ostatniego roku w moim życiu, ale na tych właśnie się koncentrowałem. Postawiłem przed sobą pewne cele i udało mi się je osiągnąć.Małymi kroczkami i zgodnie z przygotowanym wcześniej planem – bez tego żadna ze zmian nie miałaby prawa się udać. Oczywiście możesz próbować powiedzieć sobie: od jutra wstaję o 6 rano. Albo: rzucam palenie. I co dalej? To tylko słowa. Tak samo jest z noworocznymi postanowieniami, zazwyczaj przy ich wyznaczaniu kierujemy się emocjami i nie udaje nam się ich dotrzymać. Bez odpowiedniego przygotowania szanse na osiągnięcie sukcesu są małe. Początkowy zapał mija i wtedy nie wiemy co dalej robić, jak sobie poradzić z pierwszymi problemami związanymi ze zmianami, nie potrafimy odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A dodatkowo musisz pamiętać, że wokół Ciebie jest Twoja rodzina i przyjaciele, którzy również muszą zaakceptować Twoją zmianę. W swoich planach musisz brać ich pod uwagę – dzięki temu też, pomogą Ci oni w trudnych chwilach przemian.
Pierwszym krokiem dla Ciebie niech będzie wypowiedzenie zdania: “Chcę coś zmienić w moim życiu!”. To jest właśnie najważniejsze. Jeżeli pozostaniesz ze mną na blogu, postaram się pomóc Ci w przejściu przez Twoją wymarzoną zmianę i postaram się przekonać Cię do innych. Podpowiem co robić, gdy pojawiają się wątpliwości i trudniejsze chwile. Gdy jesteśmy na skraju zrezygnowania. Gdy nasz zmiana wydaje się być bezsensowna.
Kolejną radą będzie: zacznij prowadzić pamiętnik. Pomimo wsparcia rodziny i bliskich, w naszych przemianach bardzo często czujemy się samotni. Prowadzenie pamiętnika bardzo ułatwia. Muszę Ci powiedzieć, że nie wiem, czy dałbym radę rzucić palenie papierosów, gdybym nie prowadził pamiętnika. W chwilach słabości zawsze mogłem do niego zajrzeć i przeczytać rady jakie sam sobie wcześniej zostawiłem. Mogłem przeczytać swoje notatki o tym dlaczego i dla kogo chciałem pozbyć się nałogu. Mogłem również porozmawiać sam ze sobą. Dzięki temu przetrwałem trudne chwile.
Jeżeli jeszcze tego nie zrobiłeś/zrobiłaś, zapisz się na mój newsletter. Dzięki temu pozostaniemy w kontakcie i będę mógł na bierząco informować Cię o nowych rzeczach na moim blogu, jak również przesyłać informacje dodatkowe, które nie zawsze się tutaj pojawiają. Pozdrawiam Cię bardzo gorąco i do następnego razu!
Sztuka prowadzenia rozmowy to prawdziwy atut i warto się jej uczyć, choć droga do tego może okazać się trudna i czasochłonna. Chciałbym dzisiaj zwrócić Twoją uwagę na kilka często popełnianych błędów podczas prowadzenia rozmowy. Jeżeli spróbujesz ich unikać, z pewnością staniesz się ciekawszym rozmówcą dla innych.
Nie słuchasz
Wydaje Ci się, że rozmowa polega tylko i wyłącznie na mówieniu? Błąd. Najważniejszą kwestią jest słuchanie rozmówcy. Większość osób nigdy nie słucha. Zamiast czekać z niecierpliwością na swoją kolej w rozmowie, posłuchaj, co Twój rozmówca ma do powiedzenia. Nikt nie będzie chciał z Tobą rozmawiać, jeżeli będzie czuł, że nie słuchasz tego co sam ma do powiedzenia.
Zadajesz za dużo pytań
Zadawanie pytań (i uważne słuchanie odpowiedzi) to dobry kierunek w każdej rozmowie. Nie pozwól jednak, aby rozmowa stała się przesłuchaniem a Twój rozmówca odniósł wrażenie, że nie jesteś w stanie wnieść niczego cennego do rozmowy. Nawet, gdy Twoja rozmowa jest wywiadem, pomiędzy zadawanymi pytaniami staraj się wyrażać opinie lub przytaczać sytuacje ze swojego życia i doświadczenia. Dzięki temu Twój rozmówca z przyjemnością powróci do Ciebie w kolejnej rozmowie.
Źle przekazujesz
Pamiętaj, że najważniejszą rzeczą w każdej rozmowie jest nie to co powiesz, ale jak to powiesz. Praca nad sposobem podania informacji, które chcesz przekazać, może mieć istotny wpływ na Twoje relacje z ludźmi. Spróbuj:
zwolnić tempo. Gdy temat o którym opowiadamy jest dla nas ekscytujący, często zapominamy się i zaczynamy mówić coraz szybciej. Spróbuj jednak pohamować się i nieco zwolnić. Dzięki temu Twojemu rozmówcy będzie łatwiej zrozumieć nie tylko to co mówisz, ale również to, co chcesz mu przekazać.
mówić głośno. Nie bój się mówić tak głośno, a by wszyscy Twoi rozmówcy usłyszeli co chcesz powiedzieć.
mówić wyraźniej. Rozmowa z osobą, która mówi niewyraźnie, potrafi znudzić i zmęczyć. Zadbaj o to, aby Twój rozmówca z przyjemnością słuchał nie tylko tego co masz do powiedzenia, ale również tego jak to mówisz.
włączyć emocje. Nikt nie lubi długich, pozbawionych emocji monologów. Pozwól, aby w Twoim głosie dało się wyczuć emocje i podekscytowanie danym tematem. Pokaż, że omawiany temat nie jest Ci obojętny – dzięki temu staniesz się atrakcyjniejszym rozmówcą.
robić przerwy. Zwalnianie i wstawianie krótkich przerw pomiędzy myślami lub zdaniami pozwoli Ci na zbudowanie lekkiego napięcia i zwiększenia zainteresowania Twojego odbiorcy. Ludzie zaczną uważniej słuchać tego co mówisz.
popracować nad językiem swojego ciała. Przekazuje on nie tylko określone komunikaty, ale również potrafi wywołać określone emocje u odbiorcy. Gesty mogą przeczyć słowom i wpływać na opinię o Tobie.
Przerywasz
Zdarza Ci się czasem komuś przerwać wypowiedź? Wchodzić w słowo, nie mogąc wytrzymać z oczekiwaniem na swoją kolei? Następnym razem, postaraj się powstrzymać. Każda osoba powinna mieć możliwość wypowiedzenia się w rozmowie a przerywanie wypowiedzi rozmówcy, świadczy tylko o naszym braku kontroli nad sobą.
Jesteś nudny
Podczas rozmowy należy być również dobrym obserwatorem. Gdy zauważymy, że stajemy się nudni dla naszego otoczenia, warto szybko porzucić aktualny temat i spróbować zacząć nowy. Przed samą rozmową, możesz przygotować sobie w głowie jeden lub dwa tematy awaryjne, które uruchomisz, gdy Twój rozmówca zacznie okazywać znudzenie.
Musisz mieć zawsze rację
Nie każda rozmowa to dyskusja i nie zawsze musisz mieć w niej rację. Często bywa tak, że rozmawiamy, aby podtrzymać dobry nastrój – na przykład podczas rodzinnego obiadu, i upieranie się przy swoim zdaniu nie jest wtedy najważniejsze. Jak myślisz, czy Twoi rozmówcy będą zadowoleni, jeżeli będziesz dążyć do wygranej w każdej rozmowie? Bardzo często ważniejsza od tego kto ma rację, jest sama wymiana zdań i poglądów na dany temat.
Nie wnosisz nic nowego
Otwórz się i powiedz co myślisz, podziel się swoimi uczuciami. Jeżeli ktoś opowiada o swoich doświadczeniach, nie bój się również podzielić z tą osobą swoimi. Postaraj się dać od siebie coś więcej, niż tylko krótkie, beznamiętne odpowiedzi na pytania. Jeżeli ktoś inwestuje swój czas i energię w rozmowę z Tobą, oczekuje tego samego od Ciebie. Nie pozwól, aby rozmowa stała w miejscu. Czasem możesz czuć, że nie masz nic do powiedzenia na dany temat – mimo tego, spróbuj się jeszcze bardziej zaangażować.
Zaczynasz dziwne tematy
Gdy poznajesz nowych ludzi, jesteś na przyjęciu, weselu czy pogrzebie, czasem lepiej unikać pewnych tematów. Rozmowy o Twoich problemach zdrowotnych, nieudanych związkach czy relacjach, złośliwym szefie albo kiepskiej pracy nie zawsze przyniosą Ci coś dobrego. Staraj się unikać tematów, które wysysają pozytywną energię z rozmów. Często lepiej zachować też dla siebie i swoich najbliższych rozmowy na temat religii lub polityki.
W 2013 roku, Instytut Gallupa przeprowadził badania, które pokazały, że aż 70% osób nie lubi swojej pracy. Liczba ta jest przerażająca – przecież w pracy spędzamy ogromną część naszego życia a zadowolenie z niej wpływa nie tylko na naszą efektywność, ale również nastrój, zdrowie oraz jakość życia. Jeżeli należysz do tej grupy, chciałbym pokazać Ci kilka sposobów na to, jak możesz to zmienić i polubić swoją prace.
Zmień podejście
Każda praca ma jakieś zalety – pytanie tylko, czy potrafisz je zauważyć i czerpać z nich satysfakcję? Aby polubić swoją pracę, musisz przede wszystkim odkryć jej wszystkie zalety. Nie pozwól, aby niedogodności związane z tym co robisz, przesłaniały Ci jej pozytywne aspekty. Spisz na kartce wszystkie plusy związane z Twoją pracą.Przeanalizuj każdy z nich i ustaw w kolejności od takiego, który daje Ci najwięcej siły. Taką listę miej zawsze przy sobie i czytaj codziennie rano przed rozpoczęciem pracy. Takie przygotowanie nastawi Cię pozytywnie i pozwoli przejść w dobrym humorze przez kolejny dzień.
Znajdź swój cel
Nikt z nas nie pracuje z nudów, każdy ma jakiś cel – dla jednych to zbieranie pieniędzy na podróż dookoła świata, dla innych zapewnienie swojej rodzinie lepszego jutra. Nie ważne, czy Twój cel jest wzniosły, przyziemny, mały czy duży – najważniejsze, aby był Twój. Być może praca pozwala Ci realizować hobby, leczyć chore dziecko, czy spłacać kredyt na wymarzone mieszkanie. Każdy pracuje z innego powodu a historii jest tyle, ile opowiadających. Pamiętaj o swoim celu i z satysfakcją spoglądaj na każdy zakończony dzień pracy – jesteś o jeden dzień bliżej do jego osiągnięcia.
Rozwijaj się
Nic tak nie frustruje, jak stanie w miejscu. Dlatego też zrób co tylko możesz, aby Twoja praca dawała Ci nie tylko pieniądze, ale również nowe umiejętności. Podejmuj się nowych wyzwań, staraj się rozwijać i każdego dnia uczyć czegoś nowego. To nie takie trudne jak myślisz a efekty mogą Cię pozytywnie zaskoczyć – być może zmianę Twojego podejścia i wzrost zaangażowania, docenisz nie tylko Ty sam, ale i Twój szef.
Poszukaj problemu i rozwiąż go
Zastanawiasz się czasami, dlaczego właściwie nie lubisz swojej pracy? Być może masz za dużo, albo za mało, obowiązków? Problemem są osoby z którymi pracujesz, czy miejsce? A może nie potrafisz dopasować się do ludzi z którymi spotykasz się w pracy? Zadaj sobie te pytania i poszukaj odpowiedzi. Uświadomienie sobie gdzie leży problem to pierwszy krok do jego rozwiązania.
Komunikuj się
Jeżeli masz problem ze swoim szefem albo współpracownikami – porozmawiaj z nimi. Spróbuj rozwiązać problem, może krótka rozmowa i wyjaśnienie, pozwolą Ci na nowo cieszyć się wykonywanym zajęciem. Skrywanie emocji i potrzeb nigdy nie pozwoli Ci osiągnąć pełni satysfakcji ze swojej pracy. Pamiętaj, że problemy, szczególnie te personalne, się same nie rozwiązują – za to potrafią się kumulować i rosnąć. Być może rozmowa sprawi, że lepiej będzie się pracowało zarówno Tobie, jak i osobom z którymi pracujesz.
Zadbaj o swoje miejsce pracy
Drobiazgi mają znaczenie, i to większe, niż Ci się wydaje. Niewygodne krzesło, kiwający się stolik, czy źle ustawione biurka w pokoju – takie rzeczy potrafią skutecznie zniechęcić do pracy. Rozejrzyj się dookoła i zobacz, co możesz poprawić i zmienić. Może się okazać, że jeden mały drobiazg zmieni ponure biuro w całkiem przyjemne miejsce. W proces zmian możesz zaangażować zarówno współpracowników, jak i Twojego szefa. Wspólnie możecie zaplanować przemeblowanie albo sprzątanie. Pomocne mogą też okazać się osobiste drobiazgi – zdjęcie ukochanej osoby na biurku czy ulubiony kubek do kawy. Jeżeli sprawisz, że Twoje miejsce pracy będzie Ci się kojarzyło pozytywnie, z pewnością z większą ochotą przyjdzie Ci spędzanie w nim każdego kolejnego dnia.
Prowadź pamiętnik
Nie bez powodu ten punkt przewija się przez większość moich wpisów. Pamiętnik to jedna z najlepszych metod porządkowania siebie, uświadamiania sobie i rozwiązywania problemów. Pozwala na przełamanie schematu codziennego myślenia i analizę myśli. Polecam Ci przeczytanie mojego wcześniejszego wpisu na ten temat (o tutaj).
Uważasz że moją listę porad można uzupełnić o dodatkowe wskazówki? Co sądzisz o tych, które opisałem? Myślisz, że są w stanie pomóc Ci na nowo polubić Twoją pracę? Zachęcam Cię do rozmowyw komentarzach poniżej i życzę Ci powodzenia w zmienianiu Twojego życia – przecież praca jest jego bardzo istotną częścią!
W styczniu 2011 roku, na świecie pojawiła się moja pierwsza córka – Alicja. Pamiętam jak dziś wielogodzinne oczekiwanie w szpitalu, stres, nerwy i zmęczenie jakie towarzyszyły temu wydarzeniu (oczywiście nieporównywalnie mniejsze do zmęczenia i wysiłku mojej kochanej żony z tamtych dni!). Opowiadam Wam o tym, ponieważ w pewnym momencie, w szpitalu zaczepiła mnie pielęgniarka i powiedziała: „Czy przyszły tatuś zaopatrzył się w kawę – albo lepiej – w coca colę? Spędzicie tu dużo czasu ale łóżko mamy tylko dla żony więc bez zasłabnięcia proszę :)”. W tamtej chwili nie przywiązałem do jej słów zbyt wielkiej wagi, jednak po dłuższym czasie zacząłem się zastanawiać. Kawa – ok, rozumiem, ale cola? Dlaczego właśnie ona. Zacząłem więc szukać… okazało się, że kawa i cola mają ze sobą bardzo wiele wspólnego, choć mocno różnią się składem i sposobem w jaki na nas oddziaływują.
Skład
Kawa to napój sporządzany z palonych ziaren rośliny zwanej kawowcem – to właściwie wszystko co istotne ze składu kawy. Natomiast do głównych składników coli, należą liście koki i owoce koli (zastanawialiście się skąd nazwa jednej z największych firm na świecie? 🙂 ). Cola zawiera dodatkowo różne mieszanki cukrów oraz ekstraktów otrzymywanych z pomarańczy, wanilii i cytryny – nie jest tak naturalna jak kawa i jej skład jest wynikiem sprytnie opracowanej receptury. Co ciekawe, kiedyś, w skład coca coli wchodziła również kokaina, i na każdą szklankę przypadało 9 mg tego narkotyku. Dopiero po 1903 roku zaczęto stosować liście koki pozbawione kokainy. Obydwa napoje zawierają oczywiście kofeinę, która znajduje się w nich za sprawa roślin z których powstają – i to głównie kofeina sprawia, że obydwa napoje mają podobne działanie na nasz organizm.
Kofeina
Jak sam widzisz, zarówno kawa, jak i cola są totalnie inne jeżeli weźmiemy pod uwagę skład, choć łączy je jedna, silnie uzależniająca (choć w mniejszym stopniu niż na przykład nikotyna) substancja – kofeina – dlatego też gdy już zaczniemy raz na jakiś czas pić kawę, z czasem nie wyobrażamy sobie poranka bez niej. W jednej filiżance kawy parzonej, czyli w ok 200 ml, znajduje się od 80 do 130 mg kofeiny. Jej poziom zależy od rodzaju kawy, ale również od długości parzenia. W przypadku coli stężenie kofeiny jest sporo mniejsze – dlatego też możemy jednorazowo spożyć jej większą ilość. W 350 g tego napoju, znajduje się ok. 35 mg kofeiny. Nie odczuwamy więc tak silnego uzależnienia od kofeiny w coli, co w kawie (co nie znaczy, że cola nie uzależnia!). Jako ciekawostkę mogę Wam podać, że herbata również zawiera kofeinę i w 200-gramowej filiżance może znajdować się jej od 30 do nawet 150 mg. Zalecana maksymalna, dzienna dawka kofeiny, wynosi 350 mg – nie powinniśmy jej przekraczać. Łatwo więc możesz policzyć jakie ilości którego napoju możesz spożyć, aby zalecany poziom kofeiny w Twoim ogranizmie nie został przekroczony.
Pomimo uzależniających właściwości kofeiny na nasz organizm, ma ona również wiele pozytywnych działań a jej przyjmowanie w odpowiedniej ilości pozwala nam zmniejszyć ryzyko wystąpienia różnych chorób, np. choroby Parkinsona, czy cukrzycy typu 2. Kofeina jest jednak bardzo niebezpieczna dla kobiet w ciąży i jej przyjmowanie drastycznie zwiększa ryzyko poronienia.
Musisz również wiedzieć, że przyjęcie kofeiny w zbyt dużej ilości, może doprowadzić nawet do śmierci – 10 g (10000 mg) dawka kofeiny w ciągu jednej doby jest dawką śmiertelną dla człowieka.
Kofeina ma więc swoje niezaprzeczalne plusy, chroni nas przed wieloma chorobami, działa pobudzająco, ale również uzależnia nasz organizm a jej zbyt duża dawka może być dla nas bardzo niebezpieczna.
Kalorie
Czy wiesz, że kawa sama w sobie jest praktycznie bezkaloryczna? Oczywiście mam na myśli kawę bez dodatków w postaci cukru, bitej śmietany czy czekolady – po takich wstawkach, kawa może stać się prawdziwą bombą kaloryczną, dokładnie taką samą jaką od początku jest cola. Dodając do kawy jedną łyżeczkę cukru, sprawiamy, że staje się ona nośnikiem około 20 kcal a dolanie pełnotłustego mleka sprawia, że ilość kalorii może wzrosnąć nawet do 60 kcal. Jeszcze „lepsze” jest stosowanie zagęszczonego mleka, które może podnieść poziom przekazywanych kalorii nawet do 200. Najbardziej kaloryczne są napoje kawowe z proszku, typu 2w1 lub 3w1 – ich kaloryczność może przekraczać nawet 400 kcal.
To teraz cola – puszka w której jest sprzedawana, ma zazwyczaj 330 ml, prawda? Taka ilość napoju to ok, 140 kcal. Łatwo policzyć, że 1 litr coli to ponad 400 kalorii. A skoro jesteśmy przy kaloriach, warto dokładniej przyjrzeć się zawartości cukru w coli.
Cukier
Cola zawiera w prawdzie mniejszą ilość kofeiny niż kawa, ale ma w sobie ogromną ilość cukru – w jednej szklance napoju znajduje się ilość odpowiadająca dziesięciu łyżeczkom. Do tego cukier wchłania się znacznie szybciej niż kofeina i zaczyna na nas działać już po kilku minutach od spożycia. O negatywnym wpływie cukru na nasz sen można by napisać książkę tak samo długą, jak o wpływie kofeiny. Podwyższony poziom cukru w naszej krwi zaburza metabolizm i nadmiernie obciąża organy, które biorą udział w regulacji hormonalnej. W niektórych krajach, cukier wpisany jest na drugim miejscu w księgach najbardziej niebezpiecznych do spożywania substancji, zaraz za narkotykami – nie bez powodu nazywany jest on cichym zabójcą. Warto również zwrócić uwagę, że cukier jest również substancją uzależniającą.
Wpływ na nasz sen
Zarówno kawę, jak i colę, pijemy ze względu na walory smakowe, jak i z uwagi na działanie pobudzające. Często nie zastanawiamy się jednak, czy o danej porze dnia powinniśmy (i czy możemy) jeszcze wypić trochę naszego ulubionego napoju – i jaki wpływ będzie to miało na nasz sen. Zawarta w napojach kofeina działa na nasz centralny system nerwowy: stymuluje mózg, poprawia koncentrację i zdolności intelektualne – jednak nadużywanie jej w ciągu dnia może prowadzić do nerwowości, zaniepokojenia, agresji i bezsenności. Kofeina zaczyna działać na nasz organizm po około 20-30 minutach od przyjęcia a jej działanie utrzymuje się przez około 3-4 godziny. Jeżeli masz więc w zwyczaju picie kawy przed samym pójściem spaćto wiedz, że możesz mieć problemy z zaśnięciem, a jeżeli Ci się to uda zanim kofeina zacznie działać, to jakość Twojego snu znacznie się obniży – następny dzień nie będzie już tak produktywny jak mógłby być.
W jednym z odcinków podcastu „Cortex”, w którym CGP Grey i Myke Hurley opowiadają o produktywności i dobrym wykorzystaniu czasu, Grey opowiadał o swoim sposobie na drzemkę w ciągu dnia. Otóż, gdy w ciągu jego dnia zaistnieje potrzeba „ucięcia” sobie krótkiej drzemki, przed samym zaśnięciem, wypija on kawę (albo łyka tabletkę z kofeiną). Po 20 minutach, kofeina zaczyna działać i wtedy łatwiej z takiej drzemki się wybudzić a już po przebudzeniu, szybciej można powrócić do wykonywanych wcześniej zajęć bez efektu rozespania. Ja tej metody nie próbowałem – jest to jednak sprytne wykorzystanie faktu, że kofeina działa na nasz organizm dopiero po jakimś czasie od spożycia.
Wpływ na nasze zęby
Tak się składa, że obydwa napoje, które dzisiaj opisuję, mają dość niekorzystny wpływ na nasze zęby. Kawa jest na szczęście trochę łagodniejsza – jej negatywne działanie sprowadza się głównie do przebarwień i osadu na zębach. Cola natomiast wypłukuje wapń z naszych zębów – i chyba domyślasz się, z czym się to może wiązać. Badania profesora Mohameda Baddiouny z Temple University Shcool of Dentistry w Filadelfii, wykazały, że spożywanie coli dla naszych zębów na równie wyniszczające działanie, co metaamfetamina. Co ciekawe, nie tylko cukier w niej zawarty ma tak zły wpływ na nasze zęby – zęby niszczy w ogromnym stopniu kwaśny odczyn napoju.
Inne działania
O kawie i coli można by pisać i pisać… ja staram się jednak skupiać na ciekawszych aspektach ich spożywania. Kolejną taką ciekawostką jest fakt, że spożywanie coli ma wpływ na ilość plemników w spermie – a co za tym idzie, za płodność u mężczyzn. Oczywiście wpływ negatywy.
Duńskie badania, przeprowadzone pod przewodnictwem Profesora Tina Kold Jensena z uniwersyteckiego Wydziału Wzrostu i Reprodukcji Rigshospitalet w Kopenhadze, pokazały, że regularnie picie coli może zmniejszyć liczebność plemników w spermie i to nawet o 30%. W przypadku kawy nie zanotowano na szczęście takich wyników – nie jest to więc wpływ kofeiny, a innych składników coli.
Chciałbym Wam zwrócić uwagę na jeszcze jedną, ostatnią rzecz – picie kawy i coli w nadmiarze, wypłukuje z naszego organizmu magnez – o tym wiele osób wie. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, jak ważny dla naszego organizmu jest magnez. Bierze on udział w syntezie DNA, magazynuje związki, które są nam potrzebne do życia, hamuje też uwalnianie adrenaliny, noradrenaliny – ma więc działanie uspokajające. Pełni też istotną rolę w zapobieganiu depresjom a przy jego niedoborze pojawiają się również kłopoty z pamięcią. Niedobór magnezu może być przyczyną niedokrwienia naszego serca i zaburzenia jego rytmu. Brzmi to strasznie, ale pamiętaj, że niedobór magnezu może wywołać nadmierne spożywanie kawy czy coli. Picie kawy albo coli w rozsądnych dawkach nie powinno spowodować problemów z magnezem.
Jak sam widzisz, spożywanie zarówno coli jak i kawy, może przynieść szereg niepożądanych efektów. Jednak znacznie gorszy wpływ na nasz organizm ma zdecydowanie cola i pomimo faktu, że jest ona w stanie (ze względu na kofeinę i wysoką zawartość cukru) momentalnie postawić nas na nogi, to zdecydowanie odradzam takie działania – mogą się one później odbić na naszym zdrowiu. Polecam Ci też zastanowić się, gdy podasz colę swojemu dziecku…
Wracając do mojej historii z początku wpisu, będę chyba musiał poszukać pielęgniarki ze szpitala, która poradziła mi zaopatrzenie się colę i przestrzec ją, aby nie udzielała tak wątpliwie cennych rad 🙂
Jeżeli wiesz o innych negatywnych skutkach picia kawy albo coli – opisz je w komentarzach do wpisu. Dzięki temu dowiem się o nich ja, jak i inni czytelnicy. A jeżeli wpis był dla Ciebie ciekawy, udostępnij go dalej aby więcej osób mogło z niego skorzystać 🙂
Cześc, co u Was słychać? W ostatnich dniach pisałem mniej niż zwykle – ale miałem ważny powód. Postanowiłem zrobić małą analizę mojej dotychczasowej pracy tutaj i doszedłem do wniosku, że muszę poprawić swój plan. Zawróciłem, przeanalizowałem dokładnie wszystko jeszcze raz i zaplanowałem, opracowując długą listę tematów, wraz z datami publikacji. Dzięki temu każdy kolejny wpis będzie korespondował z wcześniejszymi i następnymi a wszystko złoży się w jedną, spójną całość. W najbliższym czasie rozpiszę na blogu listę tematów nad którymi pracuję. 🙂 Wracam jednak do tematu, którym chciałbym zająć się dzisiaj.
Kocham rano wstać, nie cierpię jednak samego wstawania… – to zdanie zawsze jako pierwsze przychodzi mi do głowy gdy otwieram rano oczy. Należę niestety do tej grupy ludzi, którym ciężko poderwać się z łóżka po sygnale budzika. Podejrzewam, że wiele z Was ma podobne problemy. Chciałbym więc opowiedzieć Wam o moich 8 sposobach na wczesne wstawanie – jestem pewny, że moje wskazówki pomogą Ci również rozpoczynać dzień wcześnie rano.
1. Planuj dzień wcześniej
Jeżeli do tej pory poranne wstawanie było dla Ciebie drogą przez mękę, to musisz uświadomić sobie, że robisz coś nie tak, a następnie musisz chcieć to zmienić. Nie mam jednak dla Ciebie prostej metody na szybką i bezbolesną przemianę. Jeżeli chcesz nauczyć się rano wstawać, pracować nad sobą musisz cały czas – a przygotowania do poranka zacząć już dzień wcześniej. O sposobach na przygotowanie się do snu przeczytasz w moim wcześniejszym wpisie tutaj.
2. Miej ważny powód
Zdecydowanie łatwiej jest rano wstać, gdy Twój umysł wie, że musisz z samego rana zrobić coś ważnego. Zauważ, że w sytuacjach wyjątkowych, np. w przypadku wyjazdów pociągiem albo podróży samolotem (na wakacje albo spotkanie czy konferencję), zazwyczaj udaje Ci się zmobilizować i podnieść z łóżka już po pierwszym sygnale budzika. Postaraj się więc powtórzyć taką sytuację każdego innego dnia. Spraw, aby każdy poranek był dla Ciebie niezwykle ważny.Drogą do tego jest dokładne planowanie porannych zadań tak, aby najważniejsze do wykonania sprawy przypadły na pierwsze godziny Twojego dnia. Najlepiej, aby czynności te były dla Ciebie przyjemne a sama myśl o nich wywoływała podekscytowanie – zdecydowanie łatwiej podnieść się z łóżka, gdy wiesz, że czeka Cię bardzo ważne, ale zarazem przyjemne dla Ciebie zadanie. Prostym sposobem na plan na rano jest wieczorne uzupełnianie pamiętnika albo dziennika, w którym zapiszesz zadania jakie chcesz wykonać rano.
3. Skracaj sen mądrze
Czy potrafisz określić ile godzin snu potrzebuje Twoje ciało aby funkcjonować prawidłowo? Powiedzmy, że chcesz wstać o 5 rano a Twój organizm przyzwyczajony jest do 8 godzin snu. Wynik jest prosty, musisz położyć się spać najpóźniej o godzinie 21. Jeżeli chcesz, możesz przyzwyczaić swoje ciało do krótszego wypoczynku, jednak nie próbuj robić tego drastycznie. Jeżeli postanowisz sobie, że od dzisiaj śpisz o 2 godziny krócej niż dotychczas, Twój organizm przez długi czas będzie sygnalizował Ci, że potrzebuje więcej snu, zanim się przyzwyczai a Twoja prouktywność momentalnie się zmniejszy – szczególnie w godzinach wieczornych. Spowoduje to, że trudniej będzie Ci odpowiednio przygotować się do kolejnej nocy. Zmęczenie jest bardzo częstym powodem, dla ktorych rezygnujemy z naszych wieczornych rytułałów. Zamiast tego, skracaj swój czas spania o 10-15 minut każdej nocy, aż dojdziesz do zaplanowanego czasu. Twój proces skracania snu wydłuży się o kilka dni, ale w zamian nie odczujesz znacznej różnicy w formie.
4. Budzik postaw z daleka od łóżka
Jeżeli Twój budzik leży lub stoi koło poduszki – wyłączysz go zaraz po przebudzeniu i powrócisz do spania. Postaw budzik po drugiej stronie swojej sypialni, dzięki temu gdy zadzwoni, wstaniesz z łóżka aby go wyłączyć. Najlepiej jeżeli znajdziesz dla niego trudno dostępne miejsce, aby próby wyłączenia zajęły jak najwięcej czasu. Dzięki temu nie dosyć, że zaliczysz poranną wycieczkę, to zmusi Cię to również do dłuższego ruchu i zaangażowania Twojego mózgu do aktywności a Twoje szanse na nie powrócenie do łóżka wzraznął. Możesz również ustawić sobie przeszkodę na drodze do budzika w postaci na przykład krzesła.
5. Ustaw tylko jeden alarm
Budzik co 15 minut ustawiony na na okres około 2-3 godzin – kiedyś tak właśnie wyglądały moje poranki. Myślałem, że dzięki temu mam ustawone takie wyjście awaryjne. Niestety utrwalałem tylko w sobie nawyk wyłączania każdego kolejnego budzika i powrotu do łóżka. Moja zaspana głowa doskonale wiedziała, że mogę jeszcze na 15 minut wrócić do łóżka i przeciągnąć sen. Niestety sytuacja powtarzała się zazwyczaj kilka rany każdego poranka. Udało mi się pozbyć tego problemu dzięki rezygnacji z systemu wielu alarmów co polecam i Tobie.
6. Po przebudzeniu usiądź na łóżku
Ta zasada całkowicie odmieniła moje moje poranki. Jeżeli zaraz po przebudzeniu usiądziesz na łóżku lub jego krawędzi i nie pozwolisz sobie na powrót do pozycji leżącej, Twój organizm będzie wiedział, że zaczynasz dzień i stopniowo będzie się rozbudzał.
7. Zadbaj o światło o poranku
Zadbaj o to, aby w pokoju rano było jak najwięcej światła. Niech Twój organizm wie, że zaczyna się dzień – światło zahamuje wydzielanie się melatoniny, która odpowiedzialna jest w Twoim organizmie za sen.
8. Nie poddawaj się!
Pamiętaj, że proces przyzwyczajania swojego organizmu do porannego wstawania nie jes prosty i szybki. Zanim Twoje głowa przestawi się na jeden alarm (zamiast 10), może minąć kilka nocy i poranków. Nie możesz się jednak poddawać. Codzienne wczesne wstawanie jest możliwe!
Jeżeli masz inne sposoby na poranne wstawawanie, z przyjemnością się o tym dowiem – podziel się nimi w komentarzach do wpisu. Jeżeli uważasz, że wpis ten jest ciekawy i pomocny, możesz udostępnić go swoim znajomym. Może i oni będą mogli odmienić swoje życie 🙂
Medytacja jest bardzo starą i niezwykłą sztuką oczyszczania umysłu i uzyskiwania wglądu we własne wnętrze. Dzięki niej, możemy otworzyć nasz umysł i zmienić sposób postrzegania świata. Krótkie ćwiczenia medytacyjne są bardzo dobrym rozpoczęciem każdego dnia, jak również idealnym sposobem na szybkie pozbycie się stresów i wyciszenie. Chciałbym Ci dzisiaj pokazać prostą i bardzo krótką metodę medytacji, którą możesz wykonywać zarówno w domu, jak i w pracy, podczas przerwy – jest nią liczenie oddechów.
Zacznijmy od rzeczy najważniejszej, czyli od pozycji do medytacji. Usiądź na krześle, w wyprostowanej, ale nie napiętej pozycji. To bardzo ważne, aby Twoja pozycja była stabilna, ale i swobodna. Nie wkładaj w nią zbyt dużego wysiłku, ale postaraj się jednocześnie, aby Twoje ciało nie było też zbyt zapadnięte. Jeżeli Ci się uda, nie opieraj się o oparcie krzesła – pamiętając jednocześnie o wyprostowaniu. W przypadku, gdy pozycja bez oparcia jest dla Ciebie zbyt trudna, skorzystaj z oparcia krzesła, ale się przysuń jak najbliżej do niego swoje pośladki, dzięki temu nie będziesz się garbić. W takiej pozycji możesz już przystąpić do rozpoczęcia medytacji.
Zamknij oczy i pozostań chwilę w takiej pozycji, pozwoli Ci to przyzwyczaić się do niej i wyciszyć umysł po poprzednich czynnościach. Gdy uznasz, że jesteś już wystarczająco rozluźniony/a, zacznij wsłuchiwać się w swój oddech. Nie staraj się go kontrolować, jedynie słuchaj. Gdy wyczujesz wystarczające oswojenie z jego rytmem, zacznij liczyć oddechy, wykonując coraz bardziej świadome wdechy i wydechy. Pamiętaj, aby zliczać momenty wydechu a nie wdechu – pozwoli Ci to na pełniejszy relaks. Odliczając oddechy, licz aż dojdziesz do 10 a następnie zaczynaj od nowa. Nie chodzi bowiem o ich pełne zliczenie, ale o samo liczenie. Wychodzenie poza dziesiątkę, niepotrzebnie by Cię rozpraszało i powodowało dodatkowe zajęcie umysłu, a przecież nie o to chodzi. Jeżeli w trakcie liczenia do 10, zgubisz się, nie myśl o zapomnianej i następnej liczbie tylko zacznij od nowa. Nie przestawaj też skupiać się na kontroli samego procesu oddychania.
Cały proces medytacji powinien trwać od 5 do 30 minut. Po jego zakończeniu pozostań jeszcze przez chwilę w pozycji medytacyjnej i delektuj się oczyszczonym umysłem.
Każdy dzień to dla nas wszystkich ciężka praca. Nie ważne, czy jesteś mamą i na co dzień starasz się jak najlepiej wychowywać swoje dzieci (moja żona najlepiej wie jak ciężkie to zadanie), czy wstajesz rano i pędzisz autobusem do pracy przy kasie w Biedronce, czy pracujesz jako prezes ogromnego przedsiębiorstwa na najwyższym piętrze warszawskiego biurowca. Różnica polega tylko na problemach z jakimi trzeba się każdego dnia zmierzyć.
Łączy nas za to jedno – każdego ranka wstajemy i przez cały dzień musimy być uśmiechnięci i weseli – dla siebie, naszych dzieci, współpracowników czy klientów, aby wszyscy na około wiedzieli, że wszystko u nas w porządku. To nie lada trudne zadanie. Jak sprawić aby mu podołać?
Oto moja szczęśliwa 7-ka, która daje mi zastrzyk pozytywnej energii w każdy poranek. Możesz śmiało wypróbować ją na sobie. Zobaczysz, że uda Ci się nie tylko przejść przez dzień z dobrym nastrojem i pozytywnym nastawieniem, ale również uśmiechnąć się nie tylko do innych, ale również do siebie.
1. Zacznij dzień z pozytywnymi myślami.
Poniedziałek. Budzik. Drzemka. Budzik. Jęk. Drzemka. 25 minut. Poderwanie się z łóżka i kilka niecenzuralnych słów po drodze (w biegu) do łazienki. Brzmi znajomo? Być może w każdy weekend starasz się jak najlepiej przygotować do poniedziałku, aby móc rano wstać i wiedzieć, że nie musisz się spieszyć. Być może cały poprzedni wieczór planowałeś/aś swoją poniedziałkową pobudkę. I… nie udało się.
Przebacz sobie. Nie jesteś ideałem – czasem może Ci się zdarzyć poranna, poniedziałkowa wpadka i zdecydowanie możesz ją sobie wybaczyć. Prawdopodobnie nikt nie umrze z powodu Twojego spóźnienia. Następnego dnia postarasz się bardziej. Nie naprawisz już faktu, że masz dzisiaj mniej czasu na załatwienie codziennych spraw. Możesz jednak sprawić, aby ten dzień był udany i pozytywny. Usiądź spokojnie na krześle, pomyśl o czymś miłym i pozytywnym. Znajdź kilka minut aby przypomnieć sobie jaki masz cel w życiu. Nie pozwól, aby poranny incydent przekreślił Twój dobry humor na resztę dnia.
2. Traktuj siebie tak, jak chcesz, aby traktowali Cię inni.
Zdarza Ci się potraktować kogoś niesprawiedliwie? Nakrzyczeć na bliską osobę bez wyraźnego powodu? Bezsensownie wyładować złość na kimś totalnie niewinnym? Obwiniać kogoś za błędy których nie popełnił albo za rzeczy na które nie miał wpływu? Zastanawiasz się czasem nad powodami tych złych emocji?
Pomyśl też, ile razy to na Tobie skupiły się negatywne emocje innych i jak bardzo było Ci z tym źle.
Zastanów się nad jeszcze jedną sprawą. Ile razy zdarzyło Ci się potraktować w ten właśnie sposób siebie samego/samą?
Nikt z nas nie lubi być niesprawiedliwie ocenionym i upokorzonym. Nie lubimy jak ktoś na nas krzyczy, dlatego często krzyczymy sami na siebie, w myślach, w środku. Zazwyczaj to nie pomaga, wtedy krzyczymy również na innych. Poziom negatywnych emocji, które na siebie zrzucamy jest często tak wysoki, że wystarcza go dla nas samych i wszystkich na około. Traktując siebie w niewłaściwy sposób, przekazujesz innym negatywną energię i sprawiasz, że i oni będą Cię źle traktować. Istnieje proste rozwiązanie tego zawiłego problemu: traktuj siebie tak, jak chcesz, aby traktowali Cię inni. Bądź miły/a dla siebie, a inni również będą traktować Cię w ten sposób. Pamiętaj, że jesteś chodzący przykładem tego jak chcesz aby Cię traktować.
3. Wyrażaj podziw.
Jeżeli ktoś jest dla nas niemiły, często mamy ochotę wykrzyczeć tej osobie prosto w twarz co o niej w danej chwili myślimy i gdzie może sobie wsadzić swoją złość. Zamiast oceniać siebie negatywnie za takie myślenie, postaraj się wyciągnąć z tego jakąś naukę na przyszłość. Spróbuj odwrócić sytuację: za każdym razem, gdy ktoś zrobi dla Ciebie coś miłego, pozytywnego i nieoczekiwanie fajnego – powiedz mu o tym. Tak niewiele potrzeba aby wyrazić dla kogoś podziw, powiedzieć, że jest niesamowity i pozwolić aby ten czyn odwrócił się w Twoją stronę i podziałał pozytywnie na Ciebie.
4. Bądź wdzięczny/a.
Weź na chwilę kartkę papieru. Pomyśl o czymś, za co jesteś szczerze wdzięczny/a w życiu. O czymś dla Ciebie najcenniejszym na świecie. Zacznij rozkoszować się tą myślą, rozwiń ją tak daleko jak tylko potrafisz.
Teraz spróbuj pomyśleć o czymś złym, negatywnym, przykrym. Nie możesz. I to jest całkiem normalne. To zupełnie jakbyś chciał/a mrugać nie zamykając oczu. Nie uda Ci się. Uczucie wywołane przez pierwszą myśl było tak silne, że pozwoliło Ci zagłuszyć inne, negatywne emocje.
Jeżeli nauczysz się być wdzięcznym za wszystko co Cię otacza, nauczysz się również nie zwracać uwagi na wszystko co złe i trudne wokół Ciebie.
Za co możesz być wdzięczny/a? Na przykład za to, że masz niezwykłą i wspaniałą okazję żyć na tym pięknym świecie. Powodów do wdzięczności jest mnóstwo – musisz tylko zacząć je dostrzegać. Wszystko to, za co możesz być wdzięczny polecam Ci wpisywać na koniec dnia w swoim prywatnym pamiętniku.
5. Obudź w sobie wewnętrzne dziecko.
Wystarczy, że pomyślisz o placu zabaw w który z pewnością byś zamienił/a swoje biuro mając 5 lat. Pomyśl o pytaniach jakie nie wstydziłeś/aś się zadawać mając 7 lat. Pomyśl o życiu tak, jak myślałeś/aś o nim w wieku 9 lat – świat był wtedy dokładnie taki sam jak teraz, ale o ile prostszy się wydawał. Życie nie jest aż tak poważne, jak większość z nas – dorosłych, je traktuje. Spójrz na świat oczami siebie z okresu dzieciństwa a wszystko stanie się dziecinnie proste.
6. Tańcz.
Albo śpiewaj. Albo biegaj w deszczu. Pokonaj bariery swojej własnej przyzwoitości i wyjdź ze strefy komfortu. Zrób dla siebie coś totalnie nieoczekiwanego i zobacz jak pozwala Ci to wznieść się ponad wszystko co jeszcze przed chwilą wydawało się niemożliwe i nierealne. Poczuj się wyzwolony/a.
7. Przyjmij swój dar!
A jest nim teraźniejszość i obecna chwila. Każda, którą przeżywamy. To jedyny prawdziwy dar jaki otrzymaliśmy od losu.
Liczy się to, co jest tu i teraz. Wczoraj już minęło a jutro nie nadejdzie nigdy. Tylko będąc szczęśliwym każdego dnia sprawiamy, że stajemy się godni tego daru. Szczęście nie jest rzeczą ulotną, ale odzwierciedleniem Twoich obecnych myśli. Nie masz powodów aby być smutnym/ą – jesteś zdolną, wartościową i niesamowitą osobą. Każdego dnia pokonujesz kolejne przeszkody życia i będziesz je pokonywać dalej – pytanie tylko czy z uśmiechem na twarzy. Spraw, aby i ten dzień się liczył!
Cenię prywatność użytkowników
Używam plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie.
Kliknięcie przycisku „Akceptuj wszystkie" oznacza zgodę na wykorzystywanie przeze mnie plików cookie.
Dostosuj preferencje dotyczące zgody
Niezbędny
Zawsze aktywne
Niezbędne pliki cookie mają kluczowe znaczenie dla podstawowych funkcji witryny i witryna nie będzie działać w zamierzony sposób bez nich. Te pliki cookie nie przechowują żadnych danych umożliwiających identyfikację osoby.
Funkcjonalny
Funkcjonalne pliki cookie pomagają wykonywać pewne funkcje, takie jak udostępnianie zawartości witryny na platformach mediów społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcje stron trzecich.
Analityka
Analityczne pliki cookie służą do zrozumienia, w jaki sposób użytkownicy wchodzą w interakcję z witryną. Te pliki cookie pomagają dostarczać informacje o metrykach liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.
Wydajność
Wydajnościowe pliki cookie służą do zrozumienia i analizy kluczowych wskaźników wydajności witryny, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia użytkownika dla odwiedzających.
Reklama
Reklamowe pliki cookie służą do dostarczania odwiedzającym odpowiednich reklam i kampanii marketingowych. Te pliki cookie śledzą odwiedzających w witrynach i zbierają informacje w celu dostarczania spersonalizowanych reklam.