dziwny to dzień. nie mam samochodu, nie mam ogrzewania w domu, nie mam możliwości zapisywania się na zajęcia na siłowni, z resztą nie miałem też dzisiaj możliwości dotarcia na siłownię. nie mam też jakoś złego humoru z powodu tych braków, ale mam jednak nadzieję, że jutro odzyskam część z tych rzeczy.
muszę zapamiętać, aby nie próbować rozmawiać z osobami, które nie chcą słuchać – bo myślą, że już wszystko wiedzą. i muszę też pamiętać, aby sam się taką osobą nie stać.
śniło mi się dzisiaj, że wcale nie rzuciłem palenia, paliłem papierosy i nie miałem ochotę tego rzucić. wręcz LUBIŁEM TO! co za koszmar. czułem to już śpiąc i śniąc.
nadal mam opory przed swobodnym publikowaniem i dodawaniem niektórych moich myśli do systemu fajne życie. zastanawiam się, czy wynika to faktu, że standardowo wpisy są publiczne, czy dlatego, że nie ufam temu, co zrobiłem w ramach systemu fajne życie. założenie systemu jest bardzo spoko, ale wciąż mam jakieś wątpliwości, coś mnie powstrzymuje.
od kiedy mam dużego ipada, właściwie przestałem wyciągać z plecaka macbooka, gdy jestem poza domem. #ipad to rewelacyjne urządzenie – niepotrzebnie tak długo się wahałem z jego zakupem 🙂 mogę na nim robić praktycznie wszystko, poza banerami dla @wellness magazine, czasopismami medycznymi i raportami dla @Iab te rzeczy mógłbym na ipadzie ogarnąć, tylko nie przesiadłem się jeszcze z indesign na affinity publisher.
zrobiłem dzisiaj moje własne mleko owsiane, z płatków owsianych. no i jest bardzo spoko. wygląda na to, że się przesiadam 🙂 i mogę eksperymentować ze składem by zmieniać to i owo. wystarczyło zacząć 🙂
fajnie jest obserwować minę, zdziwienie, zaskoczenie i niedowierzanie kogoś, kto nie widział mnie od 3 lat. tak sporo się pozmieniało 🙂
trzeci dzień nowego podejścia do jedzenia. i drugi dzień z rzędu zaczyna mi brakować energii wieczorem, przed ostatnimi zajęciami. wczoraj szybko sobie z tym poradziłem (dzięki stefan!), miałem odpowiedni zapas jedzeniowy. dzisiaj to banan i orzechy z rodzynkami mają postawić mnie na nogi – zaraz się przekonam, czy to się uda. zostało półtorej godziny zajęć, modern jazz. nie dość, że mam je przetrwać, to mam być w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej – inaczej zajęcia nie mają sensu.
chemia w jedzeniu
trafiłem na materiał, który dobrze pasuje do mojej drogi i do tego, co próbuję zmieniać w moim życiu. zwykła rozmowa i zwykłe zakupy, a jednak pełne treści, które warto mieć pod ręką – bo przypominają o prostych rzeczach, które decydują o tym, co naprawdę jemy. materiał obowiązkowy do obejrzenia.
bywa tak, że człowiek wpada w wir codzienności i nie zauważa, jak wiele jego wyborów jedzeniowych to tylko wygoda w ładnym opakowaniu. podczas rozmowy pawła albrechta z jakubem mauriczem zobaczyłem dokładnie to – zwyczajne produkty z półek, te najbardziej codzienne, które niby niczym nie różnią się od siebie, a jednak kryją w sobie mechanizmy, przez które tak często karmimy się w zły sposób. szybciej, taniej, łatwiej. a potem to „szybciej, taniej, łatwiej” zamienia się w otyłość, choroby, depresję i cichy smutek codzienności.
nie była to dla mnie sensacja, raczej kolejny krok w uczeniu się właściwego żywienia. od dawna wiem, że marketing ma swoje sztuczki, ale tu dostałem gotowe przykłady, które jeszcze mocniej otwierają oczy. jogurty „fit”, które na froncie obiecują zdrowie, a z tyłu mają syropy, słodziki i aromaty. płatki śniadaniowe, które w nazwie podkreślają pełne ziarno, a po przeliczeniu okazują się zwykłym deserem. batoniki białkowe, które poza proteiną wpychają w nas błonnik z tuby i sztuczne słodziki. sosy, które w jednej łyżce mają sól na pół dnia. wędliny, które na etykiecie są „bez konserwantów”, a w składzie lądują ekstrakty roślinne będące naturalnym źródłem tych samych związków, od których niby chcemy uciec.
to właśnie te przykłady przypominają mi, że chemia w jedzeniu to nie tylko dodatki „dla smaku”. to mechanizm uzależniający. smaki napompowane do granic, tak intensywne, że naturalne jabłko czy zwykła marchew wydają się blade. to jest walka, którą prowadzę – powolne odzwyczajanie się od nałogu, który uderza codziennie, kilka razy dziennie, a jego ofiarą jest niemal każdy.
moje kubki smakowe zaczynają się zmieniać. coraz częściej czuję, że naturalne jedzenie smakuje lepiej. ale droga jest trudna, bo wciąż kuszą mnie te produkty, które obiecują „fit”, „bez cukru”, „light”. prawda jest jednak taka, że jedzenie pełne chemii to nałóg – i to jeden z najgorszych. bo nie potrzebujesz specjalnej okazji, żeby po nie sięgnąć. ono stoi na półce w każdym sklepie i udaje normalność.
film potwierdził tylko, że jestem na dobrej drodze. nie działam impulsywnie – moje czyszczenie kuchni od dawna jest zaplanowane. to część większej układanki: lepszego żywienia, walki z niewłaściwymi nawykami i uczenia się na nowo smaku.
jedzenie nie jest tylko paliwem. jest też kulturą, schematem, przyzwyczajeniem, które łatwo może stać się więzieniem. a ja nie chcę być więźniem chemii i wygody. chcę budować coś odwrotnego – życie oparte na prostych wyborach, na jedzeniu, które nie jest napompowane, a mimo to daje siłę.
i właśnie dlatego ten materiał ląduje u mnie w kategorii „skarby”. bo jest jednocześnie przypomnieniem i ściągą: patrz na skład, nie na front opakowania. porównuj wartości w przeliczeniu na 100 g, nie na „porcję”. uważaj na słodziki, na oleje utwardzane, na marketingowe obietnice. wybieraj produkty z krótkim, zrozumiałym składem. bo to, co wydaje się oczywiste, w praktyce okazuje się codzienną pułapką.
jakie to dziwne, że każdy mój krok w tył, każda wpadka, potknięcie, daje mi nowego i jeszcze większego powera do tego, by iść do przodu, by wprowadzać zmiany, by coś poprawić, usprawnić albo i zmienić totalnie. to tak, jakby te wpadki były mi niezbędne do rozwoju. co więc się stanie, gdy wyeliminuję wszelkie potknięcia…? zatrzymam się w tym rozwoju i nie będę szedł już do przodu? to dopiero paradoks, ideał prowadzi do porażki?
wracam sobie właśnie z tańca, z lekcji tańca. i mam sporo przemyśleń na ten temat. po pierwsze, taniec to jest chyba najtrudniejsza rzecz w życiu, za jaką się wziąłem i której próbuję się nauczyć. druga jest taka, że daje mi to przeogromną satysfakcję, takie spełnienie. to jest coś, co odnalazłem dopiero po 40 latach życia. z jednej strony smutne, że tak późno, a z drugiej – cieszę się, że teraz, a nie jeszcze później. mogło być też tak, że nigdy bym tego nie spróbował. więc trochę smutno, że tak późno, ale jednocześnie cieszę się, że mam to teraz.
i teraz zaczynają się trudne rzeczy, bo strasznie denerwuje mnie powolny postęp. postęp jest, widzę go. robię bardzo dużo, żeby poprawić wiele rzeczy związanych z nauką tańca, żeby poprawić moje ciało w ogóle, żeby zmienić to, co przez 40 lat zaniedbałem. próbuję naprawić, próbuję zmienić nawyki. i to jest trudne, bo idzie powoli. muszę akceptować te małe kroczki, każdego dnia spędzam kilka godzin na siłowni i sali tanecznej.
próbuję, ale denerwuje mnie, że to tak wolno. chciałbym już być pięć poziomów wyżej, żeby wszystko było gładkie i płynne. ale wiem, że muszę być cierpliwy, robić swoje, uczyć się, cieszyć się tym i tyle. w tej chwili, gdy jestem po zajęciach, czuję emocje, może nie nerwy, ale takie nabuzowanie, które jutro zniknie. jutro będzie mniej tej frustracji i niecierpliwości.
wrócę z powrotem na zajęcia, wrócę na salę i będę robił swoje. buduję swoją salę, kończę ją, żeby móc lepiej się przygotowywać do zajęć i powtarzać w domu. może pójdę w inną stronę, której jeszcze nie chcę teraz określać, ale wiem, że ona gdzieś tam jest. dobrze, że sięgam po mikrofon właśnie w takich chwilach – po trudniejszych zajęciach, gdy wiem, że nie jestem z siebie do końca zadowolony. dzisiejsze były właśnie takie: ćwiczenia i choreografia, które wymagają wielu prób, nauki i porażek. to frustrujące, że nie idzie tak, jak bym chciał.
zastanawiam się, czy już powiedziałem na głos, po co to nagrywam. czy tylko uspokajam emocje. może nawet nie muszę tego wszystkiego nazywać. może wystarczy być świadomym emocji i pozwolić im opaść. główny cel tego nagrania jest taki, żeby uspokoić emocje, wrócić do domu, spędzić spokojny wieczór i przygotować się do snu. i nie popełnić błędów przy kolacji.
i chyba tyle. myślę, że tą kilkuminutową rozmową udało mi się to osiągnąć.