Wchodzę na halę. Jestem sam, jakże by inaczej, kto inny o tej porze ma czas na takie rzeczy. Kto inny wie, jak bardzo to pomaga? Czuję ten specyficzny zapach sali, taki… hangarowy, może garażowy. Chyba ciężko nazywać to miejsce salą, bardziej przypomina magazyn, ze starymi, poobdzieranymi bandami dookoła, powycieraną podłogą w prowizorycznej przebieralni, z rozpadającymi się drzwiami wejściowymi, brudnymi siedzeniami w kilku kątach. Dla mnie jednak to świątynia, miejsce medytacji, mój świat.
Siadam na czerwonej kanapie, zdejmuję pełne emocji skarpetki, zakładam drugie, białe, podciągam je najwyżej, jak tylko się da – mają być napięte, sprawić, że i ja zacznę się zbierać. Spodenki, koszulka – wszystko zmieniam. Zakładam mój strój, pelerynę, za chwilę przemienię się z Klarka Kenta w Supermana, nie mogę więc zostać w codziennym stroju. Biorę plecak, odpinam od niego #rolki – mój Batmobile. Zakładam jedną rolkę. Sznurówki napinam tak mocno, że przez chwilę drętwieje mi noga. Jeszcze nie, na początku musi być trochę luźniej, nie jestem jeszcze gotowy – poprawiam więc wiązanie. Zakładam drugą. Jestem gotowy.
Wchodzę na #parkiet. Tak, w tym momencie, podłoga tego dziwnego magazynu, staje się moim parkietem. Pod kółkami idealnie gładka tafla parkietu – zero piasku, zero nierówności, nic, co mogłoby wyrwać mnie z rytmu. To moje terytorium.
Zakładam słuchawki, puszczam muzykę i zaczynam krążyć. Pierwsze metry zawsze są nerwowe — jakby całe #ciało jeszcze trzymało w sobie to, co przywiozłem ze świata na zewnątrz. Napinam się. Ale po kilku okrążeniach pojawia się ten moment: barki lekko opadają, oddech wraca do normalnego rytmu, a w głowie robi się ciszej. Zaczyna się, czuję to, wszelkie napięcia zaczynają znikać, uwalniam się…
Wtedy w moim życiu działo się dużo.
Zbyt dużo. Układałem je na nowo. Szukałem. Były momenty, gdy traciłem kontrolę. #Ciało to wiedziało – i reagowało napięciem, nerwowością, dziwnym drżeniem wewnątrz. Czułem je, czułem to #napięcie. Nie umiałem jeszcze wtedy znaleźć spokoju w ciszy, bo cisza tylko wzmacniała ten niepokój. To był czas poszukiwań.
Uciekałem w #ruch, ale jeszcze taki niepoukładany, nieświadomy. Na rolkach, z muzyką w uszach, mogłem odzyskać kawałek siebie. Mogłem poczuć, że to ja nadaję #kierunek, że znów jestem panem sytuacji.
To był czas, kiedy zaczynałem rozumieć, że #spokój przychodzi do mnie przez ciało. Ale nie przez bezruch – przez #ruch, który rozładowuje #napięcie. Przez #napięcie, które paradoksalnie prowadzi do rozluźnienia. Do spokoju. Do ciszy. To wtedy nauczyłem się, że nie każdy #spokój jest miękki i cichy. Czasem jest on szybki, głośny i mocno spocony.
Dziś mam więcej takich miejsc, w których mogę go odnaleźć.
Jednym z nich jest na przykład #las – choć prawdę mówiąc, to spokój tylko z nazwy. Zapach drzew, ścieżki wijące się w półcieniu, dźwięk własnych kroków… to wszystko jest jak kołdra rzucona na niewygodę. Miłe, potrzebne, jednak mnie nie oczyszcza. Prawdziwe #oczyszczenie przychodzi gdzie indziej.
Na sali tanecznej, kiedy #muzyka wypełnia każdy centymetr przestrzeni, a moje #ciało zaczyna odpowiadać na jej puls. Kiedy #ruch przestaje być wykonywaniem kroków, a staje się podążaniem za dźwiękiem. To jest stan, do którego długo dochodziłem. Kiedyś widziałem w ćwiczeniach #wysiłek, dzisiaj czuję w nich ulgę.
To jest dziwny paradoks: największy #spokój przynosi mi największe #napięcie. Nie da się go osiągnąć w półśrodkach. Potrzebuję dać z siebie wszystko, poczuć każdy mięsień, pozwolić, żeby rytm prowadził moje #ciało. Tak jak na rolkach, tak teraz w tańcu – #muzyka jest tym, co mnie niesie. Bez niej #ruch jest tylko ruchem. Z nią staje się językiem, którym mogę rozmawiać z samym sobą.
Najczęściej jestem wtedy sam. Nie dlatego, że nie lubię ludzi – jest wręcz odwrotnie – ale dlatego, że obecność innych zmienia moją rolę. Z kimś obok automatycznie wchodzę w tryb czuwania, odpowiedzialności, reagowania. A #spokój wymaga odwrotności. Wymaga, żebym nie musiał myśleć o nikim i o niczym poza tym, co właśnie dzieje się tu i teraz.
Kiedy to się udaje, wchodzę w coś, do czego najbardziej pasuje określenie „#flow”. #Ruch staje się oczywisty. #Myśli przestają się spieszyć. To jest trochę jak #medytacja. Trochę bardzo. Tylko że w biegu, w obrotach, w skokach. Moment, w którym odzyskuję kontrolę nad sobą — a z nią wraca spokój. On mnie wręcz otula i wnika głęboko we mnie.
Kiedyś, myślałem, że #spokój to brak bodźców. Dziś wiem, że to nie jest właściwe dla mnie podejście. #Spokój to nie siedzenie w ciszy ani odcięcie się od wszystkiego. Nie w moim przypadku. Nie dzisiaj. #Spokój to moment, kiedy #ciało i myśl idą w tym samym kierunku, bez tarcia i bez walki. Kiedy #muzyka, #ruch i ja stajemy się jednym układem, który działa bez wysiłku. A kiedy to się dzieje, wszystko inne może poczekać.
Rolki były moim pierwszym językiem ruchu, instrukcją. Tam nauczyłem się, że #spokój rodzi się z napięcia. I że #muzyka może stać się przewodnikiem. To była prosta droga do tańca – choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Dwa i pół roku temu podjąłem mega ważną decyzję. To właśnie wtedy zdecydowałem się pójść na pierwsze zajęcia z tańca współczesnego. Wymagało to ode mnie ogromnej odwagi, ale ta jedna decyzja całkowicie odmieniła moje życie. Dziś #taniec, #ruch, #muzyka – są podstawą każdego mojego dnia. To mój fundament. Nigdy nie czułem tak wielkiego spokoju.