Tag: dailyprompt

poniedziałek, 06.10.2025

What is your favorite hobby or pastime?

dobijałem do czterdziestki, gdy zdecydowałem się na pierwszą w życiu lekcję tańca. była to lekcja modern jazzu – mega ciężki wybór na początek drogi. rzuciłem się na bardzo głęboką wodę. jej, ile tam było emocji, nerwów, stresu… nie było łatwo. nadal nie jest, choć od tamtego czasu minęły już prawie trzy lata. od tej pierwszej lekcji zrobiłem ogromne postępy. zacząłem prawdziwie cieszyć się tańcem, każdą choreografią, pojedynczymi ćwiczeniami. po pierwszym roku nauki postanowiłem zmontować sobie krótki filmik z tego, jak mi idzie. patrząc na niego dziś, wiem, że jestem o wiele dalej. ale właśnie dlatego lubię do niego wracać – przypomina mi, od czego się to wszystko zaczęło.

opublikowałem całkiem spory kawałek mojego prywatnego dziennika z początków drogi do tańca:

Koniec

wtorek, 12.08.2025

Wchodzę na halę. Jestem sam, jakże by inaczej, kto inny o tej porze ma czas na takie rzeczy. Kto inny wie, jak bardzo to pomaga? Czuję ten specyficzny zapach sali, taki… hangarowy, może garażowy. Chyba ciężko nazywać to miejsce salą, bardziej przypomina magazyn, ze starymi, poobdzieranymi bandami dookoła, powycieraną podłogą w prowizorycznej przebieralni, z rozpadającymi się drzwiami wejściowymi, brudnymi siedzeniami w kilku kątach. Dla mnie jednak to świątynia, miejsce medytacji, mój świat.

Siadam na czerwonej kanapie, zdejmuję pełne emocji skarpetki, zakładam drugie, białe, podciągam je najwyżej, jak tylko się da – mają być napięte, sprawić, że i ja zacznę się zbierać. Spodenki, koszulka – wszystko zmieniam. Zakładam mój strój, pelerynę, za chwilę przemienię się z Klarka Kenta w Supermana, nie mogę więc zostać w codziennym stroju. Biorę plecak, odpinam od niego – mój Batmobile. Zakładam jedną rolkę. Sznurówki napinam tak mocno, że przez chwilę drętwieje mi noga. Jeszcze nie, na początku musi być trochę luźniej, nie jestem jeszcze gotowy – poprawiam więc wiązanie. Zakładam drugą. Jestem gotowy.

Wchodzę na . Tak, w tym momencie, podłoga tego dziwnego magazynu, staje się moim parkietem. Pod kółkami idealnie gładka tafla parkietu – zero piasku, zero nierówności, nic, co mogłoby wyrwać mnie z rytmu. To moje terytorium.

Zakładam słuchawki, puszczam muzykę i zaczynam krążyć. Pierwsze metry zawsze są nerwowe — jakby całe #ciało jeszcze trzymało w sobie to, co przywiozłem ze świata na zewnątrz. Napinam się. Ale po kilku okrążeniach pojawia się ten moment: barki lekko opadają, oddech wraca do normalnego rytmu, a w głowie robi się ciszej. Zaczyna się, czuję to, wszelkie napięcia zaczynają znikać, uwalniam się…

Wtedy w moim życiu działo się dużo.
Zbyt dużo. Układałem je na nowo. Szukałem. Były momenty, gdy traciłem kontrolę. #Ciało to wiedziało – i reagowało napięciem, nerwowością, dziwnym drżeniem wewnątrz. Czułem je, czułem to #napięcie. Nie umiałem jeszcze wtedy znaleźć spokoju w ciszy, bo cisza tylko wzmacniała ten niepokój. To był czas poszukiwań.
Uciekałem w , ale jeszcze taki niepoukładany, nieświadomy. Na rolkach, z muzyką w uszach, mogłem odzyskać kawałek siebie. Mogłem poczuć, że to ja nadaję , że znów jestem panem sytuacji.

To był czas, kiedy zaczynałem rozumieć, że #spokój przychodzi do mnie przez ciało. Ale nie przez bezruch – przez , który rozładowuje #napięcie. Przez #napięcie, które paradoksalnie prowadzi do rozluźnienia. Do spokoju. Do ciszy. To wtedy nauczyłem się, że nie każdy #spokój jest miękki i cichy. Czasem jest on szybki, głośny i mocno spocony.

Dziś mam więcej takich miejsc, w których mogę go odnaleźć.
Jednym z nich jest na przykład – choć prawdę mówiąc, to spokój tylko z nazwy. Zapach drzew, ścieżki wijące się w półcieniu, dźwięk własnych kroków… to wszystko jest jak kołdra rzucona na niewygodę. Miłe, potrzebne, jednak mnie nie oczyszcza. Prawdziwe przychodzi gdzie indziej.

Na sali tanecznej, kiedy wypełnia każdy centymetr przestrzeni, a moje #ciało zaczyna odpowiadać na jej puls. Kiedy przestaje być wykonywaniem kroków, a staje się podążaniem za dźwiękiem. To jest stan, do którego długo dochodziłem. Kiedyś widziałem w ćwiczeniach #wysiłek, dzisiaj czuję w nich ulgę.

To jest dziwny paradoks: największy #spokój przynosi mi największe #napięcie. Nie da się go osiągnąć w półśrodkach. Potrzebuję dać z siebie wszystko, poczuć każdy mięsień, pozwolić, żeby rytm prowadził moje #ciało. Tak jak na rolkach, tak teraz w tańcu – jest tym, co mnie niesie. Bez niej jest tylko ruchem. Z nią staje się językiem, którym mogę rozmawiać z samym sobą.

Najczęściej jestem wtedy sam. Nie dlatego, że nie lubię ludzi – jest wręcz odwrotnie – ale dlatego, że obecność innych zmienia moją rolę. Z kimś obok automatycznie wchodzę w tryb czuwania, odpowiedzialności, reagowania. A #spokój wymaga odwrotności. Wymaga, żebym nie musiał myśleć o nikim i o niczym poza tym, co właśnie dzieje się tu i teraz.

Kiedy to się udaje, wchodzę w coś, do czego najbardziej pasuje określenie „#flow”. staje się oczywisty. #Myśli przestają się spieszyć. To jest trochę jak . Trochę bardzo. Tylko że w biegu, w obrotach, w skokach. Moment, w którym odzyskuję kontrolę nad sobą — a z nią wraca spokój. On mnie wręcz otula i wnika głęboko we mnie.

Kiedyś, myślałem, że #spokój to brak bodźców. Dziś wiem, że to nie jest właściwe dla mnie podejście. #Spokój to nie siedzenie w ciszy ani odcięcie się od wszystkiego. Nie w moim przypadku. Nie dzisiaj. #Spokój to moment, kiedy #ciało i myśl idą w tym samym kierunku, bez tarcia i bez walki. Kiedy , i ja stajemy się jednym układem, który działa bez wysiłku. A kiedy to się dzieje, wszystko inne może poczekać.

Rolki były moim pierwszym językiem ruchu, instrukcją. Tam nauczyłem się, że #spokój rodzi się z napięcia. I że może stać się przewodnikiem. To była prosta droga do tańca – choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Dwa i pół roku temu podjąłem mega ważną decyzję. To właśnie wtedy zdecydowałem się pójść na pierwsze zajęcia z tańca współczesnego. Wymagało to ode mnie ogromnej odwagi, ale ta jedna decyzja całkowicie odmieniła moje życie. Dziś , , – są podstawą każdego mojego dnia. To mój fundament. Nigdy nie czułem tak wielkiego spokoju.

niedziela, 10.08.2025

och, fajne pytanie, w mojej głowie od razu tworzą się fajne wizje 🙂 z resztą, wiele razy wyobrażałem sobie, że prowadzę sklep. właściwie to nie tyle sklep, co… kawiarnię, może nawet coś więcej. moje fajne miejsce w ogóle nie przypominałoby typowej kawiarni. poza kawą, przygotowywaną pewnie na różne sposoby – w zależności od mojego nowego pomysłu na nią – byłyby tan przekąski, może większe dania. menu bardzo często by się zmieniało. to byłoby miejsce. z płynnym menu, potrawy i napoje ewoluowałyby razem ze mną, stawałyby się zdrowsze, lepsze, smaczniejsze, odważniejsze. tak, dokładnie tak widzę moją przyszłość: prowadzę sobie taką dziwaczną kawiarnię, prowadzę dalej bloga opisując moje fajne życie, rano i popołudniami kawiarnia zamieniałaby się w salę fitness albo taneczną, gdzie odbywałby się zajęcia. ba, nawet mógłbym niektóre z nich prowadzić! 🙂 i nawet nie potrzebowałbym tam tłumów, wystarczyłyby mi pojedyncze osoby, które chciałby w tym dziwnym tworze uczestniczyć razem ze mną 🙂 najlepsze jest to, że otwierając takie miejsce, zrobiłbym to głównie dla siebie – a to sprawia, że nie ma opcji, aby coś nie wyszło, jeżeli innym nie spodobałby się ten pomysł. ach, tak właściwie to ja powoli, bardzo powoli, realizuję sobie ten plan… za dwa tygodnie sala taneczna (przerobiona z garażu) będzie gotowa. potem kawiarnia…?

sobota, 09.08.2025

długo myślałem nad odpowiedzią na to pytanie i do głowy przychodziły mi różne rzeczy: myślałem o telefonie (iphonie), ale ani nie noszę go wszędzie, ani nie uważam go za tak ważną dla mnie rzecz. z ważnych rzeczy mam za to małego ipada, ale kurczę – nie noszę go wszędzie ze sobą, niestety. z resztą, chyba nawet bym tego nie chciał. pomyślałem o apple watch’u, ale poza faktem, że jest to dla mnie mega użyteczne narzędzie zbierające mnóstwo danych o mnie, to jednak od miesięcy coraz bardziej mnie denerwuje sam fakt, że MUSZĘ go mieć na ręku i nie chcę go oznaczać jako ta moja „najważniejsza” rzecz. po długich przemyśleniach, doszedłem więc do wniosku, że moją najważniejszą rzeczą, którą noszę ze sobą każdego dnia jest… moje ciało. na takim właśnie etapie w życiu dzisiaj jestem. i myślę, że nikogo, kto od czasu do czasu zerka na mojego bloga, odpowiedź ta nie zdziwi. to właśnie moje ciało leży od dłuższego czasu w centrum moich zainteresowań, działań i planów na przyszłość. wszystko inne podporządkowałem temu, by o to ciało dbać, poprawiać je i optymalizować. fajne życie to ciało. moje ciało.

piątek, 08.08.2025

zazwyczaj nie odpowiadam na podrzucane mi przez aplikację wordpress. w sumie sam nie wiem dlaczego tak tego unikam, chyba mam obawy przed mechanizmami, które cokolwiek mi narzucają. #wolność, #niezależność, brak ograniczeń – stały się dla mnie wręcz chorobliwą obsesją. jednak fajne życie to również wychodzenie ze strefy komfortu, walka z ograniczeniami – ale tymi wewnętrznymi, moimi ograniczeniami. to również – jedno ważne słowo, które od lat towarzyszy mi każdego dnia. to zmiana dzisiejsza, ale też wiara w to, że mogę się zmienić i jutro, że mogę coś poprawić, być lepszy. że wszystko (co zależy ode mnie) zależy ode mnie. odkrycie tego tak bardzo mnie uwolniło – i chciałbym, aby pomogło również uwolnić się każdemu, kto zechce przeczytać jakikolwiek tekst na moim blogu.