Tag: ciało

niedziela, 21.09.2025

dopiero mówiłem o mojej walce, którą toczę z jedzeniem. właściwie nie z jedzeniem, z samym sobą, bo to tutaj jest problem. a po raz kolejny nadziałem się na swoją słabą silną wolę i po raz kolejny trafiłem nie tam gdzie trzeba, to znaczy do kfc. i zastanawiam się cały czas, w którym momencie zrobiłem błąd, że tam wylądowałem. oczywiście jest dzisiaj kolejny dzień i tego żałuję, ponieważ już czuję, że będzie to słabszy energetycznie dzień, a tego nie chcę i tego nie lubię. będzie to dzień, w którym będę próbował odpokutować wczorajsze gorsze jedzenie, odpokutować podwójną dawką ćwiczeń, dzisiaj mega zdrowym jedzeniem, pewnie też dłuższym jakimś postem po tym wczorajszym gorszym żarciu. i to jest też stały schemat, który się powtarza już od dawna i chociaż zdarza się już teraz bardzo rzadko, to jednak się powtarza i to nadal jest dla mnie problem. i teraz znam siebie i wiem, że jedyną drogą dla mnie do rozwiązania tego problemu jest radykalne i całkowite wyeliminowanie raz na zawsze konkretnych dań, restauracji, miejsc, w których się zamawia jedzenie. po prostu pozbycie się tego raz na zawsze. koniec.

ucięcie tego totalnie. jeżeli jakiś mcdonald’s czy kfc nie jest w zgodzie ze mną, z moimi celami, z moimi wartościami, to powinienem to raz na zawsze uciąć. i w sumie lubię te dni, gdy po jakiejś porażce, a wczorajszy dzień traktuję jako porażkę, następuje mobilizacja. na fali tej mobilizacji wiem, że jestem w stanie osiągnąć fajne rzeczy. po to też nagrywam ten podcast, ten dziennik – żeby to sobie organizować, żeby o tym mówić, żeby przypominać sobie jaki jest mój cel i jakie kroki podejmuję, żeby go osiągnąć. a moim dzisiejszym krokiem będzie, chyba już kolejny raz, ale ucięcie na stałe tych fast foodów, których nie chcę i nie lubię. ostatnio, gdy podjąłem taką decyzję, wytrzymałem dosyć długo, nie jedząc nic fast foodowego. i myślałem wczoraj, gdzie to się rozsypało, w którym momencie – i już wiem, że był to moment, w którym z moimi córkami zamówiliśmy sobie pizzę do domu. i to był błąd, który spowodował, że przerwałem mój ciąg, moje postanowienie, moją własną deklarację. ten jeden mały wyjątek sprawił, że odblokowały mi się pewne schematy w głowie i już byłem gotowy na ponowne wyjście do fast foodowego miejsca, co się przydarzyło właśnie wczoraj.

na szczęście dzisiaj jest kolejny nowy dzień, a ja mogę podejmować kolejne nowe decyzje, zaczynać po raz kolejny i właśnie to robię. próbuję po raz kolejny odciąć się od fast foodów, od kfc i innych tego typu miejsc. bo patrząc na moje życie sprzed 6 lat, to ten wczorajszy wybryk nie był jakoś mega zły. nie jest tak, że jem to codziennie, ale mimo wszystko przyzwyczaiłem mój organizm do innego trybu i wymagam od niego bardzo wiele codziennymi treningami. wiem, że nie chcę mu dostarczać takiego jedzenia jak wczoraj, bo potem moje ciało nie da mi tego, czego od niego oczekuję.

żeby ciało mi służyło i pomagało w osiągnięciu moich celów, muszę o nie dbać jak najlepiej. nie będę w stanie spełnić moich marzeń, jeżeli nie będę dbał o ciało tak bardzo, jak dużo od niego wymagam. dlatego po raz kolejny muszę to uciąć, po raz kolejny muszę o tym ze sobą rozmawiać, pisać, mówić, tłumaczyć sobie, podejmować decyzje. pamiętam, że jak rzucałem palenie, to rzucałem przez 2 lata, aż w którymś momencie powiedziałem: przestajesz rzucać palenie. i w tym momencie je rzuciłem. tak samo muszę zrobić z innymi rzeczami. muszę powiedzieć sobie, że to się dokonało, że nie jestem w trakcie, tylko już to zrobiłem.

tak jak głupi przykład chodzenia po domu bez kapci. dopiero gdy wyrzuciłem kapcie z domu, całkowicie się przestawiłem. podobnie było, gdy przechodziłem ze zwykłej szczoteczki do zębów na soniczną – dopiero wyrzucenie starej sprawiło, że się przestawiłem. takie drobne rzeczy pokazują, jak działa mózg i jak warto znać siebie, żeby wprowadzać zmiany.

i wiem, że jeżeli chcę nie jeść niezdrowych rzeczy, to muszę je całkowicie wyciąć. powiedzieć, że już więcej nie zjem w mcdonaldzie, w kfc, w maxie i na tym poprzestać. nie rozważać tego ani za tydzień, ani za miesiąc, ani w wyjątkowych sytuacjach. koniec, kropka. ta opcja została wymazana i to jest wyjście. takie radykalne, być może trudne, ale jedyne rozsądne, żeby osiągnąć moje cele.

i to nie są poświęcenia, to są decyzje. bo co ja poświęcam? chwilową, pozorną przyjemność. to się już dokonało. rzuciłem to.

Koniec

sobota, 30.08.2025

jak palisz papierosy albo pijesz codziennie to piwko, czy papierosek z rana nie robi wielkiej różnicy w samopoczuciu. a przynajmniej nie zauważasz jej. ale gdy nie palisz, to każdy papieros odczuwasz jak najgorszą truciznę – tak to traktuje organizm i pokazuje to, nawet jeszcze długo po tym wypalonym papierosie, czy wypitym alkoholu. po co o tym wspominam? ponieważ od kilku tygodni jem o wiele zdrowiej niż wcześniej, praktycznie wyeliminowałem fast foody. a jednak przez ostatnie dwa dni pozwoliłem sobie na nieco cięższe kolacje. takie, które wcześniej były codziennością. i przedwczoraj był delikatny , wczoraj z dominosa. i dzisiaj jest tragedia w tym jak czuje się moje #ciało po tym gównianym jedzeniu. trzeba to przerwać i wrócić na właściwą ścieżkę. jak najszybciej.

środa, 13.08.2025

podchodzę do ipada, chcę zanotować, że dzisiaj odpoczywam. czuję każdy mięsień mojego ciała po wczorajszym dniu. było , dwie godziny zajęć na siłowni i trzy godziny tańca. zrobiłem ze 100 brzuszków, dwa razy tyle skoków, i pewnie tyle samo razy próbowałem zrobić przepiękny piruet. było #rozciąganie, naciąganie, przeciąganie, odkręcanie i skręcanie. rozgrzewałem się 5 razy, tyle samo potem studziłem i relaksowałem. na sam koniec dnia pokazał nam pozycję relaksacyjną, przy której wszelkie pozycje na zajęciach jogi przestają być wyzwaniem, a po której mieliśmy się przez dwa dni czuć się fizycznie rozbici. super dzień, po którym nie ma części ciała, której nie jestem bardziej świadomy, niż wczoraj. i ciężko mi nazwać to uczucie bólem, to właśnie #świadomość tych elementów mojego ciała – czuję je, wszystkie na raz i każde z osobna. wspaniałe uczucie. po tym wszystkim pomyślałem, że dzisiaj czas na odpoczynek, przynajmniej rano. i już mi szkoda tego wspaniałego stanu, w który wpadam wracając z porannego biegania, już tęsknię za uczuciem spełnienia, które pojawia się po każdych zajęciach w sali fitness. i szkoda mi tego poranka. ale tak, dzisiaj odpocznę – moje #ciało bardzo zasłużyło sobie na kilka godzin regeneracji. to ciało, które przez 35 lat mojego życia tak mocno zaniedbywałem, a które dzisiaj – gdy zacząłem wymagać od niego więcej, niż kiedykolwiek wcześniej – wcale nie mówi mi: „teraz to się odpierdol”, tylko idzie razem ze mną i pozwala spełniać , świetnie się bawić, zmieniać, naprawiać i poprawiać. więc dam mu chwilę na odpoczynek, ale popołudniu lecimy dalej!

wtorek, 12.08.2025

Wchodzę na halę. Jestem sam, jakże by inaczej, kto inny o tej porze ma czas na takie rzeczy. Kto inny wie, jak bardzo to pomaga? Czuję ten specyficzny zapach sali, taki… hangarowy, może garażowy. Chyba ciężko nazywać to miejsce salą, bardziej przypomina magazyn, ze starymi, poobdzieranymi bandami dookoła, powycieraną podłogą w prowizorycznej przebieralni, z rozpadającymi się drzwiami wejściowymi, brudnymi siedzeniami w kilku kątach. Dla mnie jednak to świątynia, miejsce medytacji, mój świat.

Siadam na czerwonej kanapie, zdejmuję pełne emocji skarpetki, zakładam drugie, białe, podciągam je najwyżej, jak tylko się da – mają być napięte, sprawić, że i ja zacznę się zbierać. Spodenki, koszulka – wszystko zmieniam. Zakładam mój strój, pelerynę, za chwilę przemienię się z Klarka Kenta w Supermana, nie mogę więc zostać w codziennym stroju. Biorę plecak, odpinam od niego – mój Batmobile. Zakładam jedną rolkę. Sznurówki napinam tak mocno, że przez chwilę drętwieje mi noga. Jeszcze nie, na początku musi być trochę luźniej, nie jestem jeszcze gotowy – poprawiam więc wiązanie. Zakładam drugą. Jestem gotowy.

Wchodzę na . Tak, w tym momencie, podłoga tego dziwnego magazynu, staje się moim parkietem. Pod kółkami idealnie gładka tafla parkietu – zero piasku, zero nierówności, nic, co mogłoby wyrwać mnie z rytmu. To moje terytorium.

Zakładam słuchawki, puszczam muzykę i zaczynam krążyć. Pierwsze metry zawsze są nerwowe — jakby całe #ciało jeszcze trzymało w sobie to, co przywiozłem ze świata na zewnątrz. Napinam się. Ale po kilku okrążeniach pojawia się ten moment: barki lekko opadają, oddech wraca do normalnego rytmu, a w głowie robi się ciszej. Zaczyna się, czuję to, wszelkie napięcia zaczynają znikać, uwalniam się…

Wtedy w moim życiu działo się dużo.
Zbyt dużo. Układałem je na nowo. Szukałem. Były momenty, gdy traciłem kontrolę. #Ciało to wiedziało – i reagowało napięciem, nerwowością, dziwnym drżeniem wewnątrz. Czułem je, czułem to #napięcie. Nie umiałem jeszcze wtedy znaleźć spokoju w ciszy, bo cisza tylko wzmacniała ten niepokój. To był czas poszukiwań.
Uciekałem w , ale jeszcze taki niepoukładany, nieświadomy. Na rolkach, z muzyką w uszach, mogłem odzyskać kawałek siebie. Mogłem poczuć, że to ja nadaję , że znów jestem panem sytuacji.

To był czas, kiedy zaczynałem rozumieć, że #spokój przychodzi do mnie przez ciało. Ale nie przez bezruch – przez , który rozładowuje #napięcie. Przez #napięcie, które paradoksalnie prowadzi do rozluźnienia. Do spokoju. Do ciszy. To wtedy nauczyłem się, że nie każdy #spokój jest miękki i cichy. Czasem jest on szybki, głośny i mocno spocony.

Dziś mam więcej takich miejsc, w których mogę go odnaleźć.
Jednym z nich jest na przykład – choć prawdę mówiąc, to spokój tylko z nazwy. Zapach drzew, ścieżki wijące się w półcieniu, dźwięk własnych kroków… to wszystko jest jak kołdra rzucona na niewygodę. Miłe, potrzebne, jednak mnie nie oczyszcza. Prawdziwe przychodzi gdzie indziej.

Na sali tanecznej, kiedy wypełnia każdy centymetr przestrzeni, a moje #ciało zaczyna odpowiadać na jej puls. Kiedy przestaje być wykonywaniem kroków, a staje się podążaniem za dźwiękiem. To jest stan, do którego długo dochodziłem. Kiedyś widziałem w ćwiczeniach #wysiłek, dzisiaj czuję w nich ulgę.

To jest dziwny paradoks: największy #spokój przynosi mi największe #napięcie. Nie da się go osiągnąć w półśrodkach. Potrzebuję dać z siebie wszystko, poczuć każdy mięsień, pozwolić, żeby rytm prowadził moje #ciało. Tak jak na rolkach, tak teraz w tańcu – jest tym, co mnie niesie. Bez niej jest tylko ruchem. Z nią staje się językiem, którym mogę rozmawiać z samym sobą.

Najczęściej jestem wtedy sam. Nie dlatego, że nie lubię ludzi – jest wręcz odwrotnie – ale dlatego, że obecność innych zmienia moją rolę. Z kimś obok automatycznie wchodzę w tryb czuwania, odpowiedzialności, reagowania. A #spokój wymaga odwrotności. Wymaga, żebym nie musiał myśleć o nikim i o niczym poza tym, co właśnie dzieje się tu i teraz.

Kiedy to się udaje, wchodzę w coś, do czego najbardziej pasuje określenie „#flow”. staje się oczywisty. #Myśli przestają się spieszyć. To jest trochę jak . Trochę bardzo. Tylko że w biegu, w obrotach, w skokach. Moment, w którym odzyskuję kontrolę nad sobą — a z nią wraca spokój. On mnie wręcz otula i wnika głęboko we mnie.

Kiedyś, myślałem, że #spokój to brak bodźców. Dziś wiem, że to nie jest właściwe dla mnie podejście. #Spokój to nie siedzenie w ciszy ani odcięcie się od wszystkiego. Nie w moim przypadku. Nie dzisiaj. #Spokój to moment, kiedy #ciało i myśl idą w tym samym kierunku, bez tarcia i bez walki. Kiedy , i ja stajemy się jednym układem, który działa bez wysiłku. A kiedy to się dzieje, wszystko inne może poczekać.

Rolki były moim pierwszym językiem ruchu, instrukcją. Tam nauczyłem się, że #spokój rodzi się z napięcia. I że może stać się przewodnikiem. To była prosta droga do tańca – choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Dwa i pół roku temu podjąłem mega ważną decyzję. To właśnie wtedy zdecydowałem się pójść na pierwsze zajęcia z tańca współczesnego. Wymagało to ode mnie ogromnej odwagi, ale ta jedna decyzja całkowicie odmieniła moje życie. Dziś , , – są podstawą każdego mojego dnia. To mój fundament. Nigdy nie czułem tak wielkiego spokoju.

sobota, 09.08.2025

długo myślałem nad odpowiedzią na to pytanie i do głowy przychodziły mi różne rzeczy: myślałem o telefonie (iphonie), ale ani nie noszę go wszędzie, ani nie uważam go za tak ważną dla mnie rzecz. z ważnych rzeczy mam za to małego ipada, ale kurczę – nie noszę go wszędzie ze sobą, niestety. z resztą, chyba nawet bym tego nie chciał. pomyślałem o apple watch’u, ale poza faktem, że jest to dla mnie mega użyteczne narzędzie zbierające mnóstwo danych o mnie, to jednak od miesięcy coraz bardziej mnie denerwuje sam fakt, że MUSZĘ go mieć na ręku i nie chcę go oznaczać jako ta moja „najważniejsza” rzecz. po długich przemyśleniach, doszedłem więc do wniosku, że moją najważniejszą rzeczą, którą noszę ze sobą każdego dnia jest… moje ciało. na takim właśnie etapie w życiu dzisiaj jestem. i myślę, że nikogo, kto od czasu do czasu zerka na mojego bloga, odpowiedź ta nie zdziwi. to właśnie moje ciało leży od dłuższego czasu w centrum moich zainteresowań, działań i planów na przyszłość. wszystko inne podporządkowałem temu, by o to ciało dbać, poprawiać je i optymalizować. fajne życie to ciało. moje ciało.

Koniec roku 2025
Koniec

poniedziałek, 07.10.2024

Badania pokazują, że ciało człowieka jest przystosowane do życia od 120 do 150 lat. I z jednej strony wielkie „wow!”. Całkiem ładny wynik! Jednak z drugiej… no kurde, jakoś nie słyszę, by co chwilę ktoś obchodził 120. urodziny. Mało tego, dożycie nawet nędznych 100 lat jest rzadkością. Szacuje się, że mniej niż 0,02% światowej populacji osiąga ten wiek! A to przecież dopiero 80% minimalnego wykorzystania możliwości naszego ciała! Mało tego, jak się okazuje, w Polsce, kobiety mają czterokrotnie większe szanse na dożycie 100 lat niż mężczyźni. Granica 120 lat jest jeszcze trudniejsza do osiągnięcia. Szacuje się, że mniej niż 0,0001% światowej populacji osiąga ten wiek. W rzeczywistości bardzo niewiele osób w historii udokumentowanej medycyny dożyło 120 lat. Czy tylko ja czuję się, jakbym żył w średniowieczu czytając te słowa?

Okazuje się, że trzeba się mocno postarać, by mądrze używać (ale nie zużyć za wcześnie) naszego ciała. I tu pojawia się mój blog – powstał, by pomóc mi zbliżyć się do tego wyniku. I już nawet nie chodzi o 120 lat – założyłem sobie mizerną dziewięćdziesiątkę, co i tak nie będzie łatwym zadaniem.

W serwisie Medonet znalazłem bardzo ciekawy artykuł na ten temat. Monika Mikołajska, autorka, podsumowuje w nim wnioski, do jakich doszli naukowcy, na temat długiego życia i przyczyn, które uniemożliwiają nam jego osiągnięcie. Warto zerknąć na całość, ale mi w tym wpisie przyda się sam wstęp do tego artykułu:

Starzenie się to inaczej stopniowa utrata zdolności organizmu do utrzymania równowagi fizjologicznej (odporności) – w miarę upływu czasu coraz wolniej wracamy do zdrowia po chorobie. W końcu ludzkie ciało traci całą swoją odporność, kolejne elementy organizmu ulegają awarii, konsekwencją tego jest śmierć. Wg uczonych istnieje sztywna granica czasu, w którym do tego dochodzi – to wyznacza maksymalną długość ludzkiego życia. Wynosi ona 150 lat.

Ciekawy artykuł, który pokazuje rownież, dlaczego najczęściej nie udaje nam się tego pięknego wyniku (wieku) osiągnąć. A ile właściwie żyjemy? Okazuje się, że współczesna średnia długość życia na świecie wynosi 79 lat. Średnia. Kurna. W Polsce jest podobnie. Z tym że – jak udało mi się przeczytać w healthy&beauty:

Umieralność mężczyzn w Polsce, podobnie jak w innych krajach europejskich, jest wyższa niż kobiet. Różnica dotyczy przeciętnego trwania życia. Jak wskazuje Główny Urząd Statystyczny, w 2023 roku przeciętne trwanie życia mężczyzn wynosiło 74,7 lat, a kobiet – 82 lata. Choć w ostatnim czasie ta różnica maleje, wciąż jest większa niż w innych krajach europejskich.

74 lata?
Coooo?!
Czy Wy sobie żarty robicie ludzie?

Kurde, 74,7 to o ponad 15 mniej, niż mój plan minimum. A i tak dopiero połowa naszej teoretycznej, maksymalnej granicy. A ja przecież wymyśliłem sobie, że chciałbym dożyć minimum do tej mojej mizernej 90-taki. Choć biorąc pod uwagę tekst z początku tego wpisu, to wydaje się i tak ogromnym marnotrawstwem, to jak zerkam na statystyki… staje się ona bardzo dużym wyzwaniem.

Realny plan? Sam nie wiem. Z mojego dziennika wynika, że robię sporo, aby udało mi się go zrealizować, ale widzę również, jak wiele jeszcze zostało mi do zrobienia, zmiany, naprawy. Pytanie: czy wystarczy czasu? Cieszę się, że zacząłem coś robić, że znalazłem odwagę, by cokolwiek w życiu zmienić. Odgrzebałem ostatnio wpis sprzed 8 lat. Jeden z tych początkowych na moim blogu. Inaugurujących moją drogę.

Pisząc go, 8 lat temu, już wiedziałem, że chcę żyć dłużej, niż te nędzne 74,7. Choć nie jest to proste, każdego dnia próbuję. Z jednych rzeczy rezygnuję, inne wprowadzam do mojego życia – wszystko po to, by jakoś dociągnąć do dziewięćdziesiątki. Minimum do 90.!

Chociaż nie. Użyłem bardzo niewłaściwego słowa. Nie chcę „jakoś” dożyć tych 90. Ma być niesamowicie, wspaniale, spokojnie, naturalnie…

Ma być…
fajnie.

A Ty?
Ile planujesz żyć?

Koniec

sobota, 14.09.2024

Dla jednych to codzienna rutyna, dla innych nuda, a dla mnie s-u-p-e-r-m-o-c. I to taka, która działa na absolutnie wszystko. A chodzi o… chodzenie.

Przesadzam? Nic podobnego, stosuję chodzenie na wszystko. Dawaj, zabieram Cię na spacer. Po moim świecie. Gdzie każdy krok ma magiczne właściwości.

Idziemy! 🚶 🚶‍♀️ 🚶‍♂️ 🚶 🚶‍♀️ 🚶‍♂️ 🚶 🚶‍♀️ 🚶‍♂️ 🚶 🚶‍♀️ 🚶‍♂️

🚶‍♂️ Niech pomyślę…

Gdy nie wiem co zrobić – idę na spacer. Poważnie. Stosuję chodzenie na lepsze myślenie i mogę Ci przysiąc, że podczas marszu pomysły i rozwiązania pojawiają się w mojej głowie szybciej niż ziarna popcornu w mikrofalówce.

🚶 Życie, życie, krótkie życie…

Już dawno zapomniałem o eliksirach młodości, teraz stosuję chodzenie na życia wydłużenie. Kroczek w prawo, kroczek w lewo – i już czuję, jak zegar biologiczny zaczyna się rozciągać. Toż to prawdziwa magia chodzenia!

🚶‍♂️ Zmarszczki? E tam…

Spacer to mój naturalny lifting. Stosuję chodzenie na ciała odmłodzenie i mogę przysiąc, że widać efekty. Może nie z dnia na dzień, ale hej, rzeźbienie cudów wymaga czasu.

🚶‍♂️ Po jedzeniu, na brzuszek…

Zamiast pękać z przejedzenia, stosuję chodzenie na lepsze trawienie. To jak wewnętrzny masaż żołądka. Bonus: nie potrzebuję drogich suplementów.

🚶 Mięśnie jak z marmuru…

Siłownia? I owszem, ale na siłowni świat się nie kończy! Stosuję chodzenie na mięśni żłobienie. Kto by pomyślał, że coś tak prostego może działać jak naturalny rzeźbiarz?

🚶‍♂️ Stres? Pfff…

Nie ma takiego stresu, którego nie dam rady rozdeptać. Stosuję chodzenie na stresu zmniejszenie i z każdym krokiem czuję, jak mój wewnętrzny Hulk wraca do ludzkiej postaci.

🚶‍♂️ Energia na nieludzkim poziomie…

Gdy tylko potrzeba. Stosuję chodzenie na energii mnożenie. Serio, im więcej chodzę, tym więcej mam siły. To jak ładowanie baterii, i to bezprzewodowo.

🚶 Nic już nie boli…

Stosuję chodzenie na bólu zmniejszenie i choć to może brzmieć absurdalnie, działa. Zamiast leżeć i narzekać, idę. I po kilku minutach? Pyk, ból znika.

🚶‍♂️ Głowa w chmurach…

Gdy potrzebuję oddechu. Stosuję chodzenie na głowy dotlenienie. Świeże powietrze, kroki – i od razu mózg pracuje jak nowy. Ej, zaraz, nowy mózg chyba nie pracuje zbyt dobrze…

🚶‍♂️ Duchu podnieś się…

I trwaj! Stosuję chodzenie na ducha wzmocnienie – każde wyjście na spacer to zastrzyk odwagi, pewności siebie i gotowości do działania.

🚶 Lepiej niż na siłowni…

Stosuję chodzenie na formy poprawienie. Może to nie brzmi jak hardcore trening, ale dla mnie to najlepszy sposób, by czuć się fit bez nadmiernego spinania mięśni.

🚶‍♂️ Na humorki…

Gdy dzień gorszy. Stosuję chodzenie na nastroju zmienienie. Deszczowy dzień? Zły humor? Wychodzę na spacer, a wracam z uśmiechem od ucha do ucha.

🚶‍♂️ Zamiast nudy…

Tak! Stosuję chodzenie na nicnierobienie. Bo czasem po prostu idę, nigdzie, bez celu, i to jest właśnie najpiękniejsze. I lepsze niż „nic”.

🚶 Na zdrowie…

By nic nie szwankowało. Stosuję chodzenie na zdrowia chronienie. Każdy krok to jak polisa ubezpieczeniowa. Wiem, że im więcej chodzę, tym mniej muszę się martwić o zdrowie.

🚶‍♂️ Wpisowe…

Gdy pomysłów i weny brak. Stosuję chodzenie na postów tworzenie. Tak, tak! To podczas spacerów wpadają mi do głowy najlepsze pomysły na blogowe niespodzianki.

🚶‍♂️ Po co się tak złościć…

Kiedy jestem wkurzony, stosuję chodzenie na złości skończenie. Każdy krok dosłownie gasi ogień złości, jakby ziemia pochłaniała moje nerwy.

🚶 Chaos się skończy…

…gdy wyjdę z domu. Stosuję chodzenie na życia ułożenie. Jeśli mam wrażenie, że wszystko się sypie, biorę buty, wychodzę i po kilku(set) krokach wiem, co robić.

🚶‍♂️ Gdy widzę pożar…

Gdy czuję, że emocje zaczynają mnie przytłaczać. Stosuję chodzenie na emocji gaszenie. Kroczek w lewo, kroczek w prawo i znów czuję spokój.

🚶‍♂️ Skupienie w ruchu…

Tak się da! Stosuję chodzenie na medytacji włączenie. To nie tylko chodzenie – to ruchome zen. Każdy krok to wdech… wydech… wdech… wydech…

🚶 Maksymalne obroty…

Stosuję chodzenie na siły wzmocnienie. I fizycznie, i psychicznie. Po spacerze czuję się jak nowo narodzony.

🚶‍♂️ Gdy humor w dół…

Kiedy czuję się buuuuu. Stosuję chodzenie na smutku zniszczenie. Bo smutki, tak jak kałuże, można ominąć, przeskoczyć albo po prostu rozdeptać. Ej, zaraz…

🚶‍♂️ Poszukiwany, poszukiwana…

Na minki zmianę. Stosuję chodzenie na uśmiechu przywrócenie. Zawsze znajdę go gdzieś po drodze, czasem w mocno nieoczywistym miejscu.

🚶 Gdy robię się ciemno…

Gdy noc już blisko. Stosuję chodzenie na wieczorne wyciszenie. Przed snem krótki spacer, a potem zasypiam jak dziecko – bez myślenia, bez kręcenia się w łóżku. Choć ostatnio i tak wcale w łóżku nie sypiam

🚶‍♂️ Sen jak marzenie…

Gdy dzień się kończy. Stosuję chodzenie na snu pogłębienie. Po aktywnym dniu spać się chce jak nigdy. A więc zaraz spacer i… dobranoc.

Koniec? Nie, nie, dopiero początek!

Każdy krok to nowy sposób na życie. Dlatego, gdy coś w Twoim życiu zaczyna się psuć, kiedy czujesz, że masz dość, wkurzasz się lub po prostu brakuje Ci energii, bierz buty i na dwór. Na spacer. Pochodzić. Stosuj chodzenie na Twego świata polepszenie! 🚶‍♂️🚶🚶‍♀️

No dobra, to idę na wieczorny spacer…

Koniec roku 2024
Koniec

sobota, 30.09.2023

Pani Ula, bardzo sympatyczna osoba, z którą mam okazję od dłuższego czasu współpracować, zna mnie już dość dobrze i wie, że uwielbiam aktywny styl życia. Pani Ula jest fanką sportów zimowych, głównie jazdy na nartach. Często, gdy przychodzą chłodniejsze miesiące, i zaczyna planować swój kolejny wyjazd na narty, zachęca mnie, abym i ja kiedyś spróbował. Bo widzicie, jakoś tak wyszło, że nigdy nie mialem okazji jeździć na nartach. Pani Ula o tym wie i kusi mnie często opowieściami, jak to fajnie jest na stoku. Moja odpowiedź na to jest zawsze taka sama: „Niestety, nie mogę. Ponieważ zakocham się i będzie klops”.

Tak właśnie wyglądają od dłuższego czasu moje przygody z każdym nowym sportem, aktywnością. Zaczynam, jeden raz, potem drugi, trzeci i… zatracam się całkowicie. No, może nie tak całkowicie, ale każda z takich aktywności, dość mocno mnie wciąga. Tak było z bieganiem, łyżwami, rolkami, pływaniem, ping-pongiem… droga jest zazwyczaj bardzo podobna. Zaczynam, czasem obudowuję się kilkoma gadżetami związanymi z danym sportem (dodaje pewności siebie i łatwiej wtedy zacząć), wchodzę pełną parą w nową rzecz i… zakochuję się.

Dzieje się tak, z dwóch powodów.

Pierwszy to mój sposób na nowe aktywności. Moje – dość emocjonalne podejście – do nowych rzeczy w życiu, opisałem w jednym z ostatnich wpisów na blogu: Wstań z kanapy ->. Jest to w gruncie rzeczy też moja instrukcja na to, jak się zakochać, choć zdaję sobie sprawę, że nie u wszystkich może zadziałać. U mnie jednak taki schemat sprawdza się nadzwyczaj dobrze.

I tu pojawia się pewien problem, ponieważ najprościej by było, gdybym biorąc się za nowe zajęcie, porzucał – czy raczej przestawał kochać – jedno z tych dotychczasowych. A niestety tak nie jest, dokładam więc do kotła namiętności kolejne rzeczy i moje serce stale musi powiększać się o nowe ukochane elementy. W miłości to chyba nazywa się: wierność? 🤔 Albo: bigamia 🤣 Efekt jednak jest taki, że miałem jakiś czas temu dzień, w którym wstałem wcześnie rano, wyskoczyłem pobiegać, potem złapałem rower, spakowałem na niego rolki i wyruszyłem w objazdową trasę pomiędzy miejscami, w których mogę sobie popracować, a wieczorem dojechałem jeszcze na halę na trening rolkowy. A i tak żałowałem, że nie mam jeszcze zajęć z jazzu, basenu, czy chociaż ping-ponga – każdą z nich mógłbym jeszcze z radością wcisnąć w mój dzień. Jednak to właśnie wielogodzinna aktywność tamtego dnia uświadomiła mi, jak bardzo ruch, ciągły ruch, stał się ważny w moim życiu.

W pewnym momencie zadałem jednak sobie pytanie: czy to jest ok? Czy nie przesadzam? Gdzie jest granica pomiędzy pasją a uzależnieniem? I moja odpowiedź prowadzi do drugiego powodu, przez który tak łatwo się zakochuję. A jest on taki, że podświadomie czuję, co w tym przypadku w mojej głowie graniczy wręcz z pewnością, że ze wszystkich uzależnień świata, to związane z aktywnym stylem życia, jako jedyne mi nie przeszkadza i jest całkiem ok.

W moim życiu podążałem wieloma ścieżkami, miałem całkiem sporo „sensów życia”, przeróżne cele. Z perspektywy czasu, widzę jednak, że moja dzisiejsza droga, która zakłada tak dużo ruchu, a co za tym idzie dbania o zdrowie, o moje ciało – powinna być podstawą każdego z tych „sensów”. Moim najważniejszym założeniem dzisiaj jest właśnie zdrowie. Tak przynajmniej sobie tłumaczę moje zafiksowanie na punkcie „ciągłego ruchu”.

A na punkcie czego Ty masz (dzisiaj) bzika?